Copa City nie wyszło i wiem czemu. Największa polska porażka w grach

konto.spidersweb.pl 2 godzin temu

Na swój dziwny sposób Copa City to idealna gra na trwające Mistrzostwa Świata – problem w tym, iż nie odnosi się do prawdziwych piłkarskich emocji, ale współgra z całą otoczką, od której wielu kibiców tak naprawdę ucieka.

Zwykle w okolicach maja zaczynałem odpuszczać sobie gry piłkarskie. Kariery w dawnych Fifach czy Football Managerach zbyt znacząco odbiegały od rzeczywistości, a rozpoczynanie nowych nie miało żadnego sensu – tuż po wakacjach wychodziły przecież nowe edycje. Lato to zaś gorący okres transferowy, kiedy do klubów przychodzą nowi gracze, a odchodzą starzy. Jestem zbyt leniwy, aby aktualizować składy choćby swoich ulubionych drużyn, więc nie bawiło mnie strzelanie bramek napastnikiem, który już dawno miał zapewniony lepszy kontrakt gdzieś indziej. Nie chciałem rywalizować z zespołami, które właśnie z ligi spadły i brakowało mi tych, które do najwyższej klasy rozgrywkowej awansowały.

Były jednak wyjątki – lata, w których rozgrywane były Mistrzostwa Świata albo Mistrzostwa Europy. Z tej okazji zwykle wychodziły gry poświęcone wielkim piłkarskim wydarzeniom. Odsłonę z okazji mundialu z 2002 pamiętam za sprawą płonących piłek i bramek strzelanych z absurdalnych odległości. Część poświęcona imprezie w RPA z 2010 roku była dla mnie jedną z najlepszych gier piłkarskich w ogóle. Dlatego byłem wściekły, kiedy dwa lata później wypuszczono gniota. Ból był tym większy, iż Euro 2012 rozgrywane było przecież w Polsce i Ukrainie, a wirtualne mistrzostwa EA Sports przygotowało na kolanie. Zwykły skok na kasę kibica, który dał się ponieść turniejowej gorączce.

Od tego czasu gry piłkarskie poświęcone wielkim turniejom przestały mieć znaczenie. Wiecie, iż w tym roku wyszła FIFA World Cup: Launch Edition? Można grać na Netfliksie, ale lepiej tego nie robić.

Atmosferę mundialu postanowili wykorzystać polscy twórcy zupełnie nowej piłkarskiej serii – Copa City. Zapowiadało się całkiem imponująco. Niemały budżet (50 mln zł) czy znane nazwiska inwestujące w projekt – m.in. piłkarze tacy jak Jakub Moder czy Tymoteusz Puchacz – sugerowały, iż autorzy z Triple Espresso mierzą naprawdę wysoko. Udało się choćby pozyskać licencje takich klubów jak Arsenal, Borussia Dortmund czy Bayern Monachium. Wprawdzie sześć oficjalnych zespołów jak na grę piłkarską to mało, ale nazwy robiły wrażenie. Są też oficjalne stadiony, w tym PGE Narodowy.

Skromną liczbę licencji na start można było tłumaczyć jednak tym, iż Copa City nie jest typową grą piłkarską. Tu nie strzela się bramek. Tu nie wystawia się składu. Nie ustala się taktyki. Nie odpowiada się za transfery. Nie planuje obozu przygotowawczego.

W Copa City przygotowuje się całą meczową otoczkę w postaci… stref kibica

Słowem – nie rozgrywasz meczu, nie masz na niego wpływu, ale go organizujesz.

Kiedy więc pojawiły się pierwsze nie najlepsze wyniki dotyczące popularności Copa City nie byłem ani trochę zdziwiony. Wg SteamDB w szczytowym momencie w grę zagrało jednocześnie… 395 osób. Od momentu premiery tej liczby nie udało się przebić. A trwa przecież mundial, atmosfera piłkarskiego święta powinna się udzielać znacznie większej liczbie kibiców.

Wszystko dlatego, iż Copa City to w najlepszym wypadku gra co najwyżej około piłkarska. Zahaczająca o tematykę. To tak, jakby w momencie Małyszomanii wypuścić nie kultowe Deluxe Ski Jumping, a grę, w której składa się bułki z bananem i sprzedaje kibicom skoków narciarskich. Niby wspólny mianownik jest, ale naśladując Małysza wolelibyśmy skakać, a nie jeść kojarzone z nim danie. Być tym, który daje sygnał do skoku, a nie sprzedaje grzańca pod Wielką Krokwią.

Naprawdę nie wiem, dlaczego miałbym chcieć organizować mecz Arsenalu z Besiktasem w momencie, gdy Leo Messi bije kolejne rekordy, Cristiano Ronaldo go goni, a małe drużyny z odległych zakątków sprawiają sensację. Może gdybym miał organizować strefy kibica w Stanach Zjednoczonych, Meksyku czy Kanadzie, czyli w krajach, gdzie mistrzostwa się rzeczywiście odbijają, chętniej wskoczyłbym na tę falę, ale… nie, nie sądzę.

Rozumiem tę motywację. Twórcy Copa City chcieli zrobić coś, czego jeszcze nikt nie zrobił. I w teorii – i tylko w teorii – to miało sens. Owszem, większość myśląc o karierze w piłce nożnej widziało siebie najpierw na boisku, a potem na trenerskiej ławce. Byłoby ciekawie sprawdzić się jako dyrektor sportowy czy tym bardziej prezes. Ale organizator meczów?

Swego czasu popularny był gatunek gier ekonomicznych, w których zarządzało się przeróżnymi miejscami: restauracjami, lotniskami, parkami rozrywki, zoo czy choćby szpitalami. Pokusa stworzenia kawiarnianego, transportowego czy growego imperium była zrozumiała, bo to rzeczy jednak bliskie, ale nie tak bardzo.

I ten motyw zarządzania w grze piłkarskiej niby może być ciekawy

Wyobrażam sobie tytuł, w którym wcielamy się w prezesa. Mogę być idealistą i tworzyć klub jak Rayo Vallecano czy FC St. Pauli. Wierny zasadom, odrzucałbym oferty sponsorów, nie sprzedawał biletów na mecz w sieci, nie rozbudowywał stadionu. Wspierałbym akcje ultrasów, gwiżdżąc na kary za race.

Albo właśnie odwrotnie – byłbym prezesem, którego kibice nienawidzą. Wyniósłbym się z historycznego obiektu za miasto, żeby wybudować większy obiekt, który zarobi jeszcze więcej kasy. Zmieniałbym herb, żeby był bardziej modny, barwy zastąpił kolorami sponsorów, podpisując umowy z kimkolwiek się da. Dokładałbym do pieca w mediach społecznościowych, zwalniał trenerów co trzy kolejki. Rozgrywka albo na poważnie, albo na luzie, jak w Airline Tycoon czy Pizza Syndicate.

Koncentrowanie się na tym, co mogłoby być, a nie na tym, co jest, wydaje się trochę nieuczciwe względem autorów. Rzecz w tym, iż dygresje narzucają się same, bo Copa City jest po prostu przeraźliwie nudne.

Samouczek to droga przez mękę. Skoro jako kibic piłki nożnej nie mam żadnej frajdy w ustawianiu budek z hot dogami dla kibiców, którzy zjeżdżają do Warszawy na mecz młodzieżowych drużyn Arsenalu i Besiktasu, to dlaczego miałoby to rajcować przeciętnego fana strategii, reagującego alergią na cokolwiek związanego z piłką nożną? choćby gdybym był kibicem jednej albo drugiej drużyny nie miałbym z tego żadnej frajdy. Twórcy Copa City nie zrobili nic, żeby przyciągnąć do siebie neutralnie nastawionych do futbolu. A co gorsza gwałtownie zniechęcili mnie, futbolowego entuzjastę.

Ustawiam przedmioty w strefie kibica. Niektóre mają dać euforia ultrasom, inne kibicom przychodzącym z dziećmi. Są momenty, kiedy można poczuć atmosferę piłkarskiego święta, gdy widać, jak kibice spacerują ulicami albo gdy stawia się scenę z emblematami danej drużyny. Problem w tym, iż więcej tutaj nudnego wciskania, wybierania przedmiotów, a wszystko to choćby nie po to, aby zadowolić samych fanów, ale wyciągnąć z nich kasę.

To zaskakujące, jak często przewija się motyw zarabiania pieniędzy

Przyciągnąć fanów, żeby wydawali pieniądze. Żeby kupili bilet. Takie prawidła gatunku, jakim jest strategia ekonomiczna, ale nie tego oczekuję jako kibic, fan futbolu. Mam szansę spojrzeć na wirtualną piłkę nożną z innej, nieznanej mi perspektywy, ale gwałtownie okazuje się, iż nie chcę tego robić. To nie mój świat.

Nie jestem aż tak naiwny. Wiem, iż pieniądze odgrywają olbrzymią rolę w światowej piłce, jeżeli nie najważniejszą. Wiem, ile kasy zarabiają kluby na koszulkach, jak istotnym elementem jest sprzedaż pamiątek i akcesoriów. Mimo wszystko mierzi mnie, kiedy dziennikarze sportowi analizują, gdzie ma zagrać Robert Lewandowski i skupiają się na takich kwestiach jak ewentualne zarobki czy marketingowy potencjał. Doradzają mu Chicago, bo tam mieszka Polonia, albo Arabię Saudyjską, bo pensja będzie się zgadzać. A ja wolałbym, żeby poszedł do FC Porto albo ligi włoskiej, żeby ciągle grał w poważnych ligach i mierzył się z najlepszymi.

Dusza romantyka niby nie ma czego szukać we współczesnym futbolu, ale jest wiele historii, które pokazują, iż jednak jest dla nas miejsce. Mimo olbrzymich kontrowersji związanych z mundialem, docierają do mnie wspaniałe obrazki np. bawiących się szkockich kibiców. Amerykanie są w szoku, iż można tak podchodzić do kibicowania swojej drużynie. Ich strefy pełne są śpiewów, zabawy. To jest piłka, którą pokochałem. I szkoda, iż bardziej w to nie poszli twórcy Copa City, którzy skoncentrowali się na piłce pokazanej przez pryzmat biznesu.

Jednocześnie na tym samym mundialu nowością są tzw. przerwy na nawodnienie. Wcale nie chodzi o to, żeby piłkarze rzeczywiście mogli odpocząć i uzupełnić płyny, a jeżeli nawet, to jest to robione przy okazji. Główny cel to możliwość wyświetlania reklam. Właśnie po to jest dodatkowa przerwa, dziś już regularnie wygwizdywana na trybunach.

Mam wrażenie, iż twórcom Copa City bliżej do tego drugiego podejścia. Tak postrzegają futbol – jako okazja do wyciskania pieniędzy z kibiców. Sportowe emocje też są ważne, ale są gdzieś na uboczu. To tylko pretekst, aby robić wielki biznes. I właśnie to chcieli pokazać.

Dlatego ja tego nie kupuję. Pomysł może i oryginalny, ale nie widzę niczego interesującego w sprzedawaniu kibicom kiełbasek czy gadżetów. Jestem fanem piłki, a nie księgowym.

I jak widać po statystykach – najwyraźniej nie tylko ja. Pewnie mógłbym schować swoje poglądy do kieszeni, gdyby tylko Copa City oferowało ciekawą rozgrywkę. Ale nic z tego.

Copa City już sprzedawane jest z 35 proc. zniżką, choć od premiery minęło raptem kilka dni. Spodziewam się, iż dużych promocji będzie znacznie więcej.

Idź do oryginalnego materiału