Crazy Taxi (1999) — Arcade/Dreamcast

1 miesiąc temu
Zdjęcie: Crazy Taxi (1999) — Arcade/Dreamcast



Żółta fura, zielony $$$ – czyli Dreamcast wjeżdża na pełnym gazie

Crazy Taxi to esencja salonu arcade zamknięta w małej, białej kostce Dreamcasta. Zero zbędnych wstępów, żadnego „powoli wchodzimy w fabułę” – odpalasz, wybierasz drivera, wciskasz gaz i po 10 sekundach już kombinujesz, jak wyciągnąć jeszcze jednego pasażera, zanim timer policzy ci do zera. Rok 1999, Sega desperacko walczy o przetrwanie na rynku konsol, a Crazy Taxi ląduje w salonach gier jak granat błyskowo–hukowy. Na Dreamcaście dostajemy konwersję tak wierną oryginałowi z automatów, iż czuć wręcz zapach przepoconych joysticków.

To jest ten typ gry, który tłumaczy, po co w ogóle istnieją konsole. Nie po to, żeby odpalać realistyczne symulatory jazdy, w których zmieniasz olej co 10 tysięcy kilometrów, tylko po to, żeby w pięć minut po szkole zrobić „jeszcze jedną rundkę” – i ocknąć się po dwóch godzinach, z bólem kciuka i śladem po krzyżaku na dłoni.

„Crazy Taxi to nie gra. To test refleksu, cierpliwości sąsiadów i wytrzymałości gałki analogowej.”Dred, dział konsolowy

O co tu adekwatnie chodzi? Taksówką po zdrowy rozsądek

Zasada jest tak prosta, iż bardziej się nie da: jesteś kierowcą taksówki w wielkim, kolorowym mieście. Zbierasz pasażerów oznaczonych kolorowymi „halo”, dowozisz ich jak najszybciej do celu, zgarniając za to kasę. Czas leci, odliczanie nieubłagane, a jedyny sposób, żeby choć trochę wydłużyć żywotność twojej sesji, to dowozić ludzi w ekspresowym tempie, zaliczając kolejne „Crazy Through” i inne cudowne cuda na drodze.

To nie jest jazda „jak w prawdziwym życiu”. Tu nikt nie myśli o kierunkowskazach, znakach drogowych czy innych absurdach. Przecinasz cztery pasy ruchu, wjeżdżasz pod prąd, robisz slalom między autobusami, a przechodnie skaczą na boki jakby mieli w butach sprężyny od Segi. Każdy klient ma swój cel, swój czas i swój kolor, który mówi ci, ile kasy możesz z niego wyciągnąć. Zasada – im dalej, tym więcej – jest niby oczywista, ale w praktyce bywa ryzykowna, bo jak zakorkujesz się gdzieś na środku miasta, to zamiast grubych dolarów dostaniesz figę z makiem.

Nie ma tu historii o kierowcy z trudną przeszłością ani opowieści o podupadającej korporacji taksówkarskiej. Są tylko cztery gęby do wyboru, każdy z własną furą, charakterkiem i odzywkami – i to one robią klimat. To jest czysty arcade, bez klasycznego „koniec gry, zobacz napisy”. Najważniejsze są rekordy, czasy i ranking, a nie jakiś tam scenariusz.

„Jak ktoś w 1999 roku pytał mnie, o czym jest Crazy Taxi, odpowiadałem: o ciśnieniu. Twoim i timera.”Kraszan, retro sekcja

Kierownica, gaz, wrzask – grywalność w stanie czystym

Crazy Taxi to podręcznikowy przykład tego, jak wygląda mechanika „easy to learn, hard to master”. Pierwsze minuty: kręcisz kółkiem, wciskasz gaz, zahamujesz czasem, żeby nie zabić pieszego, docierasz do celu, zaliczone. Ale daj tej grze 2–3 godziny, a nagle zaczynasz kombinować jak zawodowiec: driftujesz w zakrętach, robisz szalone skoki, wyciskasz z milisekund każdą możliwą premię.

Sega nie tyle pozwala ci łamać zasady fizyki – ona cię do tego zachęca. Po drodze uczysz się kilku „specjalnych” manewrów:

– coś w rodzaju turbo–startu, żeby wyrwać do przodu jak z procy,
– Crazy Drift, bez którego nie ma mowy o sensownym wykręcaniu czasu,
– i całą gamę trików związanych z nagłym hamowaniem i wrzucaniem biegu, dzięki którym twoja taksówka zachowuje się raczej jak gokart po dopalaczu niż normalny samochód.

Te triki nie są wcale oczywiste. Gra niby je tłumaczy, ale połowa funu polega na tym, iż uczysz się ich „w boju”, powtarzając trasę po raz setny i szukając kolejnego miejsca, gdzie da się przyciąć zakręt albo przeskoczyć przez ruch uliczny jak gazela nad kaktusami.

Do tego dochodzą wersje trybu gry: klasyczna rozgrywka na czas (Arcade i Original, o nich za chwilę), Time Attack, plus Crazy Box, czyli zestaw wyzwań, minigier i małych tortur dla hardkorowców. Niby proste zadania: dojedź jak najszybciej, skacz jak najdalej, zbierz iluś tam pasażerów w określonym czasie… ale ich wykonanie na najwyższym poziomie to już sport ekstremalny.

„Crazy Taxi to taka gra, gdzie po godzinie mówisz: ‘Dobra, już ogarniam’. A potem włączasz Crazy Box i dowiadujesz się, iż nic nie wiesz, Jon Snow.”Rogal, dział arcade

Miasto, które nigdy nie śpi – Arcade vs Original

Sega mogła po prostu wrzucić jeden standardowy level z automatów i powiedzieć „dziękuję, do widzenia”. Na szczęście na Dreamcaście poszli krok dalej. Dostajemy dwa osobne „miasta”:

– tryb Arcade – praktycznie 1:1 konwersja mapy znanej z salonów,
– tryb Original – przygotowany specjalnie dla wersji domowej, z innym układem ulic, skrótami i rozmieszczeniem lokacji.

To od razu winduje regrywalność w kosmos, bo każde miasto ma swój rytm, swoje korki i swoje „złote ścieżki”.

Miasto arcade’owe jest bardziej zwarte, nastawione na szybkie przejazdy, agresywne slalomy między autami, częste skrzyżowania. Znasz salonową wersję – poczujesz się jak w domu. Wersja Original jest większa, pozornie bardziej „rozległa”, z większą ilością otwartych przestrzeni, dłuższymi przelotówkami, ale i większym ryzykiem zgubienia się czy nieekonomicznego wyboru klienta.

W obu przypadkach projekt lokacji jest cudownie „nierzeczywisty”, taki trochę „San Francisco + Los Angeles na kwasie”: mamy wzgórza, skosy, strome ulice, promenady przy porcie, centra handlowe, parki, autostrady. Dodaj do tego komplet ikonicznych miejscówek: pizza, restauracje fast–food, stacje benzynowe, skate parki, plaże – wszystko, czego trzeba, żeby ówczesny nastolatek poczuł się jak w reklamie chipsów.

Co ważne – układ trasy i logika miasta są tak zaprojektowane, iż po kilku–kilkunastu godzinach zaczynasz znać mapę na pamięć. Wiesz, iż jak złapiesz gościa chcącego do kina, to najlepiej przeciąć tę jedną ulicę na skos, a jak ktoś marudzi o plaży, to opłaca się zrobić krokodyli skrót przez park i zaryzykować jeden szalony skok. Im lepiej znasz miasto, tym wyższa nagroda – i tym dłużej utrzymasz licznik czasu przy życiu.

„Jeśli pamiętasz na pamięć, gdzie w Originalu jest ten jeden nieszczęsny autobus blokujący skrót do centrum handlowego – gratulacje, jesteś jednym z nas.”Jaro, tester redakcyjny

Bryki i ich załogi – cztery charaktery na krzyż

Sega nie zaszalała liczbą postaci, ale za to zadbała o to, żeby każda miała swój charakter. Do wyboru mamy czterech kierowców–wariatów, z których każdy prowadzi inaczej:

Axel – blond wariat w zielonej koszuli, złoty środek między prędkością a sterownością. Idealny na początek.
B.D. Joe – wiecznie uśmiechnięty gość w żółtej czapce, którego kabriolet ma świetne przyspieszenie, ale lubi tańczyć po drodze przy ostrzejszych manewrach.
Gena – wściekła pannica w czerwonej stylówie, jej auto jest bardziej responsywne, niby lekkie, świetne do driftów, ale łatwo się na niej wyłożyć przy braku wyczucia.
Gus – stary wyga, grubszy typ z cięższą furką. Może nie najszybszą w prostej linii, ale dla wielu weteranów to właśnie on daje najlepszą kontrolę przy wąskich mijankach.

Każde auto ma inny feeling: inaczej wchodzi w zakręty, inaczej reaguje na hamulec, inaczej zbiera się po turbo–trikach. I co najlepsze – gra nie wali ci w twarz tabelką statystyk. Musisz to wszystko wyczuć sam, metodą prób, błędów i kilku efektownych spotkań z tylnym zderzakiem ciężarówki.

Do tego dochodzi warstwa „charakterologiczna”: każdy coś tam sobie gada podczas jazdy, komentuje ruch uliczny, wydziera się na pasażerów. W erze, w której większość gier przez cały czas raczej milczała albo raczyła nas kilkoma zdawkowymi samplami, Crazy Taxi wypadało jak spotkanie z szalonymi kumplami, z którymi zrobisz miastu małą rewolucję.

„Gus forever. Jak ktoś gra Axelem, to znaczy, iż jeszcze nie przeszedł inicjacji.”Mały, dział konsolowy

Tik–tak, tik–tak – timer, napięcie i uzależnienie

Serce Crazy Taxi bije w rytmie timera. Gdyby nie on, mielibyśmy tu sympatyczną, ale jednak dość szybką do znudzenia sandboksową jazdę. To właśnie poczucie, iż każda sekunda jest na wagę złota, podnosi zabawę do rangi sportu.

Za każde dowiezienie klienta na czas dostajesz nie tylko kasę, ale i parę dodatkowych sekund. Zależnie od tego, jak gwałtownie się uwiniesz, gra wręcza ci ocenę: od Bad, przez Normal i Good, aż po Crazy. Ten ostatni to święty Graal – szczególnie gdy ciśniesz serię kilku z rzędu i widzisz, jak licznik czasu, zamiast schodzić, przez moment wygląda, jakby się zawiesił w miejscu.

Jest to ten typ gry, gdzie powtarzasz w kółko te same trasy, ale zawsze znajdzie się jedno miejsce, gdzie można było:

– ciaśniej wyminąć autobus,
– wcześniej odbić w boczną ulicę,
– lepiej wykorzystać rampę, żeby przeskoczyć nad ruchem.

Efekt jest taki, iż wpadamy w klasyczną spiralę: „jeszcze jedna partia, teraz już na pewno pobiję rekord”. I tak 20 razy pod rząd. Sega ma to w małym palcu: mechanika punktacji jest tak zaprojektowana, żeby nagradzać ryzyko, szaleństwo i agresywną jazdę. Jedziesz poprawnie – przetrwasz. Jedziesz po bandzie – robisz wyniki.

„Crazy Taxi to najlepszy argument przeciwko opcji ‘save anywhere’. Jakby tu był quicksave, ludzie przestaliby nieść odpowiedzialność za swoje głupie decyzje na zakrętach.”Wujek, felietony

Crazy Box – małe piekło w kolorowych barwach

Tryb Crazy Box to coś w rodzaju poligonu treningowego, szkoły jazdy i jednocześnie zestawu najdziwniejszych wyzwań, jakie można było wcisnąć do gry o taksówkach. To seria misji, które uczą cię zaawansowanych technik, ale podane są w formie minigier: skocz jak najdalej po rampach, dowieź tylu pasażerów, ilu się da w krótkim czasie, wykonaj konkretny trik w określonym miejscu.

To tutaj odkrywasz, iż twoje „dobrze ogarniam” jest kompletnie bez znaczenia. Gra każe ci np.:

– zrobić potężny skok nad morzem samochodów na autostradzie,
– wcisnąć się w mikroskopijną szczelinę między pojazdami,
– wykorzystać drift do nieprawdopodobnego skrótu.

Nagroda jest jedna: satysfakcja i nowe triki, które potem możesz z powodzeniem wykorzystywać w głównym trybie. Dla wielu graczy Crazy Box był wręcz obowiązkowym etapem inicjacji – bez niego trudno było dołączyć do elity, która potrafiła katować Crazy Taxi na poziomie niemalże sportu wyczynowego.

„Crazy Box jest jak trener personalny: krzyczy, męczy i poniża, ale po miesiącu patrzysz w lustro i mówisz: ‘O kurde, jednak warto było’.”Borsuk, kącik wyzwań

Grafika – kolorowy atak na zmysły (1999 edition)

W epoce, gdy większość gier na PSX walczyła ze sobą na liczbę pikseli w teksturach i długość mgły w tle, Dreamcast przy Crazy Taxi wyciągał asa z rękawa. Mamy tu wyrazistą, mocno przerysowaną, arcade’ową grafikę, która choćby dziś broni się jakością stylu.

Miasto jest kolorowe, pełne detali, ruchliwe. Samochody po ulicach jeżdżą stadami: autobusy, ciężarówki, osobówki, wszystko to w ruchu, bez większych spadków płynności. Przechodnie niby są tylko biegającymi, krzyczącymi modelami w kilku wariantach, ale robią wrażenie tłumu. Do tego całe otoczenie – sklepy, knajpy, neony, palmy, morze – działa jak wizualne „wow”, zwłaszcza jeżeli pamięta się, jak wtedy wyglądała typowa „ulica” w innych grach na konsole.

Kluczowe jest to, iż grafika nie jest realistyczna – jest stylizowana. Przez to znacznie lepiej się starzeje. Jasne, tekstury z bliska dzisiaj trącą myszką, a modele postaci są kanciaste jak bloki z wielkiej płyty, ale całość ma taką dynamikę i płynność, iż po minucie jazdy przestajesz zwracać uwagę na detale techniczne. Liczy się tylko to, czy zmieścisz się między tym autobusem a ciężarówką, i czy zdążysz przed czerwonym paskiem czasu.

Do tego dochodzi interfejs: duży, czytelny, krzykliwy, w stylu „salon automatów mówi ci wprost, iż jest fajnie”. Strzałka nad głową klienta prowadzi do celu w sposób… powiedzmy, specyficzny – czasem bardziej przypomina pijany kompas niż GPS, ale to też część uroku. W tamtych czasach nikt jeszcze nie oczekiwał od strzałki realizmu.

„Crazy Taxi był jednym z pierwszych tytułów, przy których znajomi z PSX–a pytali: ‘Serio, to chodzi w domu, nie w salonie?’.”Shin, dział hardware

Dźwięk, który kopie jak subwoofer w bagażniku

Jeśli jest coś, co naprawdę wbija Crazy Taxi w pamięć na lata, to soundtrack. Offspring i Bad Religion grają na pełen regulator, serwując punkrockowe kawałki, które idealnie podkręcają tempo zabawy. To jest muzyka, która nie tylko towarzyszy rozgrywce, ale wręcz ją napędza. Gdy słyszysz pierwsze riffy „All I Want” Offspringów, odruchowo chcesz wcisnąć gaz do dechy.

Dźwięki otoczenia też robią robotę: klaksony, piszczące opony, krzyki przechodniów, komentarze kierowcy i pasażerów. Wszystko jest głośne, agresywne, lekko przesterowane – jakby ktoś w salonie arcade odkręcił głośniki na „11” i powiedział: „Niech boli”.

Co ważne: w 1999 roku licencjonowana muzyka w grach nie była jeszcze standardem. To, iż Sega wrzuciła do swojego tytułu tak znane zespoły, było strzałem w dziesiątkę – Crazy Taxi zyskało przez to nie tylko energię, ale i pewien „uliczny” sznyt. Dla wielu graczy to właśnie ta ścieżka dźwiękowa była pierwszym kontaktem z punk rockiem w ogóle.

„Ścieżka dźwiękowa w Crazy Taxi jest jak energetyk w płynie – jak raz wjedzie, to nie zaśniesz jeszcze przez trzy godziny.”Lisu, kącik audio

Sterowanie – gałka analogowa w końcu ma sens

Kontroler Dreamcasta może wyglądał jak dziwny prototyp czegoś, co Nintendo wyrzuciło do kosza, ale z Crazy Taxi dogaduje się wyśmienicie. Gałka analogowa pozwala na precyzyjne, szybkie korekty kursu, bez których mordercze slalomy między pojazdami byłyby dużo mniej przyjemne. Triggerami obsługujemy gaz i hamulec, co świetnie symuluje pedały w aucie, a do zmiany biegu (przód/tył) używamy klasycznych przycisków.

Na papierze brzmi to banalnie, ale w praktyce gra wymaga od ciebie żonglowania tymi wszystkimi funkcjami w ułamkach sekund: przyspiesz, zahamuj, wrzuć wsteczny, zrób trik, odbij, skoryguj, wyprostuj. Kiedy już wejdziesz w rytm, twoje palce zaczynają tańczyć po padzie w sposób, którego nie da się opisać zwykłym „steruje się dobrze”.

Dobrze zaprojektowane jest też skalowanie trudności: na początku wystarczy opanować podstawy, żeby się nie ośmieszyć, ale jeżeli chcesz sięgnąć po naprawdę wysokie wyniki, musisz nauczyć się:

– perfekcyjnego wyczucia hamulca,
– driftowania bez utraty kontroli,
– szybkiej zmiany biegów przy trikach.

Nie ma tu żadnego „auto–drifta” czy innych ułatwień. Crazy Taxi nagradza czysty skill.

„Prawdziwy test Crazy Taxi: czy po 30 minutach czujesz mięśnie dłoni? Jak nie czujesz, to znaczy, iż za mało ryzykujesz.”Pio, dział gameplay

Arcade w domu – czyli co Dreamcast zrobił dobrze

Crazy Taxi jest jednym z tych tytułów, które pokazują, jak powinna wyglądać dobra konwersja z automatu na konsolę. Zamiast kombinować, jak tu sztucznie przedłużyć grę, Sega dorzuciła:

– nowe miasto (Original),
– tryb Crazy Box z wyzwaniami,
– kilka opcji ustawień czasu gry i zasad,
– i przede wszystkim – tryb domowy, który pozwala na krótsze i dłuższe sesje.

Można wpaść na pięciominutową rundkę, można też zasiąść na cały wieczór i katować konkretne misje z Crazy Boxa lub poprawiać rekordy pieniężne w obu miastach. W tamtych czasach nie było jeszcze systemów osiągnięć, ale Crazy Taxi nie potrzebuje trofeów, żeby wciągać do bicia rekordów.

Jest też ta specyficzna satysfakcja „arcade w domu”: kiedy widzisz, iż gra wygląda i chodzi jak na automacie, ale płacisz za nią raz, a nie złotówkami wrzucanymi co pięć minut. Dla posiadaczy Dreamcasta był to jeden z tych tytułów, którymi można było „zamknąć usta” kolegom od PlayStation czy N64.

„Crazy Taxi to jedna z tych gier, które tłumaczą zakup Dreamcasta jednym zdaniem: ‘Patrz, to jest lepsze niż w salonie, i nie muszę żebrać o drobne’.”Sinner, publicystyka

Ciekawostki z żółtego dystryktu

Dla tych, którzy lubią grzebać głębiej niż tylko w pamięci VMU, parę smaczków związanych z Crazy Taxi:

Po pierwsze – lokacje. W oryginalnym arcade i wersji Dreamcastowej mamy m.in. bardzo jawne nawiązania do realnych marek: pizzerii Pizza Hut, sieci sklepów Tower Records czy KFC. To nie są jakieś zmyślone „Pizza Hat” – to oficjalne brandy. Późniejsze reedycje gry, pozbawione licencji, musiały te nazwy i loga wyciąć, co mocno uderzyło w klimat. Dlatego właśnie dreamcastowa wersja jest dziś uznawana za jedną z „kanonicznych” i najbardziej klimatycznych.

Po drugie – fizyka skoków. Pod maską Crazy Taxi działa całkiem interesujący system przeliczania trajektorii auta, dzięki czemu pewne rampy i podjazdy pozwalają na w miarę powtarzalne, „nauczalne” tricki. To nie jest całkowity chaos – weterani doskonale wiedzą, w jakich miejscach można zrobić spektakularne przeloty nad ruchem, i jak ustawić samochód w chwili wybicia.

Po trzecie – ranking. W salonach arcade Crazy Taxi znane było z bezlitosnego systemu punktacji. Wersja Dreamcastowa w zasadzie zachowuje tę filozofię: jeżeli chcesz zobaczyć wyższe klasy ocen (od Class D po Class S i beyond), musisz dosłownie „złamać” miasto na kolanie, wygryzając każdy możliwy trik i skrót.

I wreszcie – VMU. Owszem, Crazy Taxi używa karty pamięci z wyświetlaczem, ale raczej symbolicznie: ikony, mini–info, zapisy stanów gry. Nie ma tu jakichś minigier na VMU, które znamy z innych tytułów na DC, ale sam fakt, iż możesz zobaczyć dane o rekordach na małym ekraniku, dodawał klimatu konsoli jako „małego automatu w domu”.

„Największy ból serca: patrzeć na późniejsze porty Crazy Taxi bez Offspringa i markowych knajp. Jakby ktoś wyjął z gry duszę i zostawił same opony.”RetroGravy, archiwum redakcyjne

Wady, czyli gdzie się ten licznik zacina

Nie ma co udawać – Crazy Taxi nie jest grą dla wszystkich i nie jest też idealne. Po pierwsze, to tytuł ekstremalnie nastawiony na powtarzalność. jeżeli nie kręci cię poprawianie własnych rekordów, uczenie się miasta na pamięć i śrubowanie wyników o kilka dolarów w górę, możesz się znudzić po paru wieczorach.

Po drugie, brak jest jakiejkolwiek „głębszej” struktury: nie ma kampanii, nie ma elementów rozwoju kierowcy, nie ma nowych samochodów do odblokowania. To było super–uczciwe w erze arcade, ale z perspektywy kogoś przyzwyczajonego do dzisiejszych systemów progresji, Crazy Taxi może wyglądać na „gołe”.

Po trzecie, sterowanie gałką analogową jest świetne, ale wymaga przyzwyczajenia. Niektórym może przeszkadzać też kamera – dynamiczna, drgająca, czasami gubiąca się przy gwałtownych manewrach. Do tego dochodzi agresywny, momentami wręcz męczący soundtrack – jeżeli nie lubisz punk rocka, to po godzinie możesz mieć wrażenie, iż ktoś ci wierci w mózgu gitarą.

I wreszcie – zawartość. Dwa miasta plus Crazy Box to dużo jak na arcade, ale w kategoriach „domowej” gry za pełną cenę niektórzy mogli czuć niedosyt. To nie jest produkcja, w której spędzisz 60 godzin „fabularnie”. To raczej tytuł, do którego wraca się regularnie na krótkie, intensywne sesje.

„Crazy Taxi to jak bardzo mocna kawa bez cukru. Nie każdy lubi, ale jak ci podejdzie, to będziesz wracał codziennie.”Skowronek, dział recenzji

Dziedzictwo i legenda – dlaczego wciąż o tym pamiętamy

Mimo iż Dreamcast nie przetrwał długo, Crazy Taxi zdążyło stać się jedną z jego wizytówek. Było tym tytułem, który pokazywało się znajomym, żeby w pięć minut zrozumieli, o co chodzi w „nowej generacji”. Na tle bardziej „poważnych” ścigałek i symulatorów wyróżniało się bezczelną, czystą euforią z jazdy i totalnym brakiem respektu dla jakichkolwiek zasad.

Z dzisiejszej perspektywy jest to też kapsuła czasu końca lat 90.: muzyka, styl ubioru postaci, kolorystyka miasta, klimat „amerykańskiego snu w wersji arcade”. Jednocześnie mechanika gry pozostała świeża – bo dobra arkadówka nie starzeje się tak gwałtownie jak grafika.

Sega później próbowała kontynuować serię, pojawiły się kontynuacje, porty, wersje na inne platformy, ale dla wielu graczy to właśnie pierwsze Crazy Taxi na Dreamcasta jest tą „prawdziwą” odsłoną: najczystszą w założeniach, najuczciwszą w realizacji, najbardziej „szaloną” w odbiorze.

„Gdyby Dreamcast był filmem, Crazy Taxi byłoby jego sceną pościgu – krótką, głośną i taką, którą pamiętasz po latach.”Denat, redakcja

Podsumowanie – czy dziś warto wsiąść do tej fury?

Jeśli lubisz arcade’owe granie, szybkie sesje, bicie rekordów i gry, które nie udają, iż są czymś więcej niż czystą rozrywką – Crazy Taxi w 2026 roku przez cały czas ma sens. Jasne, technicznie odstaje od współczesnych produkcji, ale styl, dynamika i feeling jazdy bronią się bez problemu. To jest dokładnie ten typ tytułu, który włączasz „na chwilę”, a potem orientujesz się, iż zrobiła się druga w nocy.

Jeżeli jednak oczekujesz rozbudowanej kampanii, fabuły, odblokowywania dziesiątek samochodów, tuningu i całej tej otoczki znanej ze współczesnych ścigałek – możesz się mocno zdziwić. Crazy Taxi to arkadówka do kości. Bierzesz pad, wsiadasz, jedziesz. Reszta zależy od ciebie i od tego, czy polubisz ten klimat chaotycznego, kolorowego miasta i jazdy na pełnym gazie.

Dla posiadaczy Dreamcasta to pozycja obowiązkowa, jeden z fundamentów biblioteki konsoli. Dla fanów retro – kawał historii, który warto poznać w oryginalnej formie, z Offspringiem w głośnikach i logiem Pizza Hut w tle. Dla reszty – bardzo smakowity, mocno przyprawiony fast–food, który potrafi uzależnić.

„Nie wiem, ile razy mówiłem ‘ostatni kurs i spać’… i kończyłem z nowym rekordem o 4:30 rano.”Szpon, testy nocne

Ocena końcowa

Miodność / grywalność: 10/10 – esencja arcade, ‘jeszcze jeden kurs’ w czystej postaci.
Video: 8/10 – kolorowo, dynamicznie, bardzo „1999”, ale styl robi robotę.
Audio: 9/10 – Offspring + Bad Religion + piszczące opony = audio–koks. Minus, jeżeli nie lubisz takiej muzyki.
Innowacyjność: 8/10 – taxi–arcade z takim tempem i stylem to był wtedy powiew świeżego powietrza.
Ogólnie: 9/10 – klasyk Dreamcasta i jedna z najlepszych konwersji arcade do domowego salonu.

Dane techniczne

Platforma: Sega Dreamcast (wersja bazowa arcade z 1999 r.)
Gatunek: Arcade / wyścigi zręcznościowe
Tryby gry: Single player (1 gracz) Rankingi lokalne
Tryby rozgrywki: Arcade, Original, Time Attack, Crazy Box
Wymagania: Konsola Sega Dreamcast, 1 pad DC, karta pamięci VMU do zapisów
Poziom brutalności: Niski – zero krwi, zero potrąceń „na serio”, przechodnie zawsze uskakują
Trudność: Średnia w wejściu, wysoka w opanowaniu zaawansowanych trików i rekordów
Żywotność: W teorii – kilka wieczorów. W praktyce – miesiące bicia rekordów, jeżeli wsiąkniesz w klimat
Język: Angielski (menu, okrzyki, komentarze)
Tryb arcade vs wersja domowa: Wierna konwersja + nowe miasto i tryb Crazy Box jako bonus

Redakcyjna dymka:
„Jeżeli masz Dreamcasta i nie masz Crazy Taxi, to trochę tak, jakbyś miał gitarę bez strun. Coś tam zagrasz, ale po co się tak męczyć?”

Idź do oryginalnego materiału