Skip to main content

Intryga noir w komiksowym stylu. Fallen Aces to dopiero early access, ale już czekam na pełną wersję

Immersive sim w świetnym wydaniu.

Korzystając z niedawnych przecen na Steam Spring Sale, uzupełniłem bibliotekę o kilka tytułów, które od jakiegoś czasu czekały na mojej liście życzeń. Jednym z nich był Fallen Aces, czyli niezależny immersive sim wydany przez New Blood Interactive w ramach wczesnego dostępu. Chociaż oferuje on dostęp jedynie do pierwszego z trzech rozdziałów, to daje nadzieję na solidną przygodę w klimacie noir, pełną ciekawych rozwiązań i dużej swobody w podejściu do rozgrywki.

Fallen Aces to pierwszoosobowa gra akcji tworzona przez Treya Powella i Jasona Bonda stworzona w duchu gatunku immersive simów, czyli takich gier jak System Shock, Deus Ex lub Prey z 2017 roku. Twórcy podjęli się wymagającej sztuki, bo trudna do zaprojektowania swoboda płynąca z różnorodności dostępnych mechanik zepchnęła ten gatunek do niszy. To gry, których fani bardziej cenią sobie głębię gameplayu od kosztownych w produkcji efektów wizualnych i dużych, otwartych światów.

Historia rodem z kart komiksu noir

Fabuła i styl artystyczny Fallen Aces to miks klisz znanych z różnych, kultowych już gatunków popkultury. Znajdziemy tu motywy zaczerpnięte z kryminałów noir i kina gangsterskiego, połączone z estetyką inspirowaną początkami mody na komiksy o superbohaterach. Nie tych kolorowych, wciśniętych przez Disneya w futurystyczne kombinezony, a ich protoplastów, ponurych mścicieli odzianych w długie, przeciwdeszczowe płaszcze, którzy co noc stają w szranki z przedstawicielami gnijącej tkanki miejskiego półświatka.

Wcielamy się w postać Michaela „Mike'a” Thane'a, byłego boksera, który spróbował szczęścia w zawodzie prywatnego detektywa. W scenie otwierającej pierwszą misję wyraźnie nietrzeźwy bohater spada z łóżka obudzony dźwiękiem dzwoniącego telefonu, a my mamy kilka chwil, by przyjrzeć się mieszkaniu. Wycinki z gazet wspominają o karierze bokserskiej, a listy od właściciela nieruchomości wrzeszczą o zaległości w płatnościach za czynsz. Gdy w końcu zdecydujemy się odebrać telefon, tajemniczy głos ostrzega Mike'a przed czyhającym na niego niebezpieczeństwem, wplątując go w sam środek kryminalnej intrygi.

Pierwsze strony gazet wypełnione są nagłówkami o postrzeleniu człowieka wydającego się jedyną nadzieją na odkupienie Switchblade City, a członkowie organizacji zwanej „Aces” giną w niezwykłych okolicznościach. Ta ulepiona ze znanych motywów historia sprawdza się świetnie jako tło dla brutalnej i mocno przerysowanej atmosfery całej produkcji. Mimo wyświechtanych przez inne media klisz, Fallen Aces błyszczy świeżością. Gier wykorzystujących podobną tematykę jest po prostu zbyt mało, by mogły się znudzić - do głowy przychodzą mi jedynie Max Payne, L.A. Noir, Grim Fandango, Tails Noir i może jeszcze kilka innych.

Kluczem francuskim, rewolwerem i… skórką od banana

We wczesnym dostępie odwiedzimy pięć różnorodnych lokacji - między innymi miejskie uliczki, doki, luksusową rezydencję i stację metra. Wszystkie obszary to tak naprawdę niewielkie piaskownice, w których - jeśli chcemy - możemy spędzić tylko pół godziny, by najkrótszą drogą kierować się w stronę ukończenia misji. Twórcy zachęcają jednak do eksploracji interesującym projektem każdego z poziomów. Raz zaciekawiło mnie widziane z oddali niedomknięte okno, a przy innej okazji drzwi, do których musiałem odszukać klucz.

By dotrzeć do celu misji, możemy spróbować skradania i unikać bezpośrednich starć, by za kilka chwil oddać serię z pistoletu maszynowego lub rozprawić się z przeciwnikami rozbitą butelką po piwie, krzesłem lub własnymi pięściami. Podobną swobodę otrzymujemy podczas zwiedzania lokacji, które naszpikowane są sekretnymi pomieszczeniami i alternatywnymi ścieżkami. Dotarcie do nich będzie wymagać na przykład ułożenia wieży z drewnianych beczek lub rozszyfrowania informacji zawartych w licznie porozrzucanych notatkach.

Świat Fallen Aces to istny plac zabaw. Można na przykład użyć włącznika światła lub zniszczyć generator, by ułatwić sobie skradanie lub rozbić szybę w oknie i dostać się do budynku, omijając zamknięte lub chronione przez bandytów drzwi. Spróbowałem nawet wrzucić kubek do toalety i ku mojemu zaskoczeniu, zniknął wraz ze spłukiwaną wodą. Broń też ma znaczenie - kij baseballowy ogłuszy wroga, który później będzie mógł zostać ocucony przez kompanów, a jeśli chwycimy za brzytwę, przetniemy gardło przeciwnika jednym precyzyjnym cięciem. Nawet skórki po zjedzonych bananach, choć nie są śmiercionośne, wytrącą z równowagi oprycha, który na nie nadepnie.

Niemal każda z zaprojektowanych mechanik wydaje się satysfakcjonująca i choć najłatwiej po prostu rozprawić się z przeciwnikami w otwartej walce, warto - choćby dla samej satysfakcji - nieco pogłówkować. Otoczenie jest naszą bronią i sprzymierzeńcem - trzymana przez Mike'a zapalniczka podpali rozlaną benzynę, a wyrwana z podłogi deska posłuży jako obuch. Warto też eliminować przeciwników po cichu, bo broń trzymana przez oponentów może zostać podniesiona jedynie wtedy, gdy ogłuszymy ich z zaskoczenia.

Wczesny dostęp działa znakomicie

Choć twórcy na każdym kroku przypominają, że gramy w early access, nie zauważyłbym tego, gdyby nie brak dostępu do dwóch kolejnych rozdziałów historii. Przygotowany fragment ukończyłem w około 8 godzin i tylko raz podczas wczytywania gry byłem świadkiem zresetowania się wszystkich dialogów, jakie usłyszałem od początku misji. Kilka minut później nie załadował mi się skrypt, który miał pchnąć fabułę do przodu i musiałem ponownie wczytać ostatni zapis. Poza tym jednym wypadkiem gra ani razu nie sprawiła mi problemów ze stabilnością.

To nie oznacza jednak, że Fallen Aces jest pozbawione wad - niestety niektóre wynikają ze specyficznych decyzji designerskich. Poruszamy się w pełni trójwymiarowym otoczeniu, ale elementy - i postacie niezależne - z którymi możemy wejść w interakcję, są reprezentowane w postaci sprite'ów 2D. Wygląda to świetnie i w większości przypadków nie wpływa negatywnie na rozgrywkę, ale utrudnia korzystanie z beczek i skrzyń, gdy użyjemy ich w formie prowizorycznych konstrukcji, by wdrapać się na wyżej położone miejsca.

AI wrogów również mogłoby zyskać kilka usprawnień. Jeśli już rozpoczniemy rozwałkę, przeważnie będziemy zmuszeni do wyczyszczenia w ten sposób sporego fragmentu mapy. Walka, choć ciekawie zaprojektowana, nie jest specjalnie wymagająca i zdarzało się, że gdy rozprawiłem się zbyt szybko ze wszystkimi przeciwnikami, wolałem wczytać zapis i spróbować bardziej finezyjnego sposobu na przejście poziomu. Brakuje mi czegoś w rodzaju systemu chaosu znanego z serii Dishonored, który zmieniał środowisko w zależności od naszego stylu gry. Znalazłem też tylko jedną misję poboczną, a szkoda, bo choć prosta, uwiarygodniła atmosferę niebezpiecznych ulic miasta.

Mimo tych niedociągnięć ciężko mi jest nie zachwycać się Fallen Aces w dostępnym dzisiaj kształcie. To ambitny projekt tworzony przez skromny zespół, który aż kipi od ciekawych pomysłów zarówno w sferze mechanik, jak i w prezentowanym stylu artystycznym. Być może fabuła w przyszłych rozdziałach jeszcze zaskoczy spektakularnym zwrotem akcji, ale nawet jeśli nie, to utrzymanie jakości zaprezentowanej w demie wystarczy, bym uznał, że zagrałem w jeden z najciekawszych tytułów ostatnich lat.

Zobacz także