Stało się. Po raz pierwszy od 25 lat nowa (no, powiedzmy) odsłona serii Project Zero zadebiutowała na rynku europejskim pod wprawdzie zdecydowanie sensowniejszym, acz dalekim od japońskiego oryginału tytułem Fatal Frame. Przyznać trzeba, iż wybrali na to naprawdę dobry moment, bo branding ujednolicono wraz z premierą Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake, czyli części mogącej się poszczycić najwyższymi notami z całej serii oraz nazywanej tu i ówdzie jednym z najstraszniejszych survival horrorów w historii gier. To ostatnie uważam osobiście za spore nadużycie, ale z pewnością jest to całkiem unikatowe doświadczenie, a przy okazji naprawdę niezły remake.
Spis Treści
- Remake czy remaster
- Fabuła
- Side Stories
- Rozgrywka
- Walka
- Tempo
- Mayu
- Strona techniczna
- Podsumowanie
Remake czy remaster?
Należy w tym miejscu zaznaczyć, iż faktycznie mamy tu do czynienia z remakiem, a nie zaledwie gloryfikowanym remasterem. Nowa wersja Fatal Frame II: Crimson Butterfly pozostaje wierna oryginałowi na tyle, na ile to możliwe, ale twórcy nie bali się wprowadzić szeregu zmian, które w teorii powinny pozwolić weteranom serii na doświadczenie tego klasyka na nowo. Gwoli ścisłości, sam wypowiadam się z perspektywy laika, bo o ile pewne doświadczenie z serią Project Zero mam, o tyle było to moje pierwsze spotkanie z Fatal Frame II: Crimson Butterfly.
Jednym z głównych motywów gry jest uciekająca Mayu.Duchowe połączenie bliźniaczek
Jestem z tego powodu zawiedziony, iż historii Mio i Mayu, sióstr bliźniaczek, które pewnego dnia zgubiły się w lesie i znalazły się w pełnej duchów wiosce Minakami, nie dane było mi doświadczyć tych dwadzieścia kilka lat temu. Może wówczas moja ocena tej opowieści okazałaby się cieplejsza, bo na chwilę obecną Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake uważam za produkcję fabularnie sztampową i przewidywalną. Możliwe, iż w momencie premiery sytuacja na rynku horrorów prezentowała się zgoła inaczej, ale teraz historyjki o nawiedzonych wioskach i okultystycznych rytuałach, które niegdyś miały w nich miejsce, straszą przede wszystkim wtórnością.
Crimson Butterfly to jeden z tych tytułów, którego scenarzyści całą swoją uwagę poświęcili na budowaniu fabularnego tła, „współczesne” wydarzenia traktując po macoszemu. W efekcie, choć Fatal Frame II mimo wszystko potrafi zaintrygować dawnym życiem duchowym wioski, co rusz podrzucając nam kolejne fragmenty układanki poprzez znajdowane tu i ówdzie notatki, to historię Mio i Mayu śledzi się niejako z obowiązku. Dziewczyny pozbawione są jakichkolwiek charakterów, toteż obie przez całą grę pozostawały mi obojętne. Zwłaszcza Mayu, która notorycznie pakowała się w kłopoty bądź nagle znikała, zmuszając mnie do pogoni, chociaż najchętniej zostawiłbym ją w tej wiosce w cholerę.
Również przerywniki filmowe zrobiono tutaj od nowa.Nowe wątki starej opowieści
Co ciekawe, choć Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake nie modyfikuje oryginalnej opowieści w żaden znaczący sposób, to w pewnych aspektach ją rozszerza. Przede wszystkim mowa tutaj o tzw. Side Stories, czyli opcjonalnych zadaniach, skupiających się na śledzeniu historii poszczególnych mieszkańców. przez cały czas nie są to jakoś nazbyt zajmujące opowieści, polegające na pójściu do konkretnego miejsca i przeczytaniu znajdującego się tam dziennika, ale mimo wszystko stanowią miły dodatek, zwłaszcza iż niektóre z nich są ściśle powiązane z głównym wątkiem. Będziecie je musieli zresztą zaliczyć, o ile chcecie zapoznać się z dwoma nowymi zakończeniami wprowadzonymi w remake’u (co niestety odbyło się z jakiegoś powodu kosztem trzech finałów dostępnych wcześniej wyłącznie na Wii).
Camera już nie taka bardzo obscura
Powracających do gry fanów oryginału najbardziej zdziwią natomiast zmiany w rozgrywce. Kościec oczywiście pozostał ten sam, więc wciąż mamy tutaj do czynienia z klasycznym survival horrorem, w którym naszą główną bronią jest Camera Obscura, czyli specjalny aparat do walki z duchami. Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake zrywa natomiast z predeterminowanymi ujęciami kamery i przenosi jej obiektyw za plecy Mio, oddając pełną kontrolę w ręce gracza. Rozgrywka zdecydowanie bardziej przypomina teraz nowsze odsłony, jak chociażby Project Zero: Mask of the Lunar Eclipse.
Filtr ziarna w ruchu prezentuje się zdecydowanie mniej inwazyjnie. Można go też wyłączyć.Osobiście uważam tę zmianę za pozytywną, aczkolwiek brak kontroli nad kamerą prawdopodobnie zwiększyłby poczucie zagrożenia, co mocno przydałoby się grze. Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake nie jest bowiem zbyt straszną produkcją. Niepokój niby jest od czasu do czasu odczuwalny, ale dzieje się to głównie w momentach, kiedy twórcy wyrywają nam z rąk aparat bądź wysyłają na nas odpornego na cykane nim fotki przeciwnika. W każdym innym wypadku kolejne starcia z duchami to pańszczyzna do odrobienia, smutna konieczność, by móc ruszyć wątek główny dalej.
Paradoks nużącej różnorodności
Z tego, co zdążyłem się dowiedzieć, jest to głównie konsekwencja przeprojektowanego systemu walki, który w remake’u przypomina rozwiązania zastosowane w Mask of the Lunar Eclipse. Oczywiście powracają różne rodzaje klisz, będące ekwiwalentami innych typów amunicji, które różnią się od siebie przede wszystkim mocą ataku i czasem ładowania. Nowość w tej konkretnej odsłonie stanowią natomiast filtry, czyli odpowiedniki soczewek z innych części. Każdy filtr charakteryzuje się innymi parametrami i specjalnymi zdolnościami – jeden może na chwilę ogłuszyć zjawę, inny z kolei pozwoli nam dostrzec niedostrzegalne (głównie duchy, za którymi powinniśmy podążać), a jeszcze kolejny pomoże nam w wypędzaniu demona, który opętał drzwi, tym samym odcinając nam dalszą drogę. Sam aparat możemy ponadto w remake’u ulepszać poprzez znajdowane w świecie koraliki.
Przybliżeniem i skupieniem soczewki możemy manipulować manualnie bądź zdać się na grę.Nie brzmi to, jak coś szkodliwego dla rozgrywki, w końcu zwiększa to różnorodność walki. Problem w tym, iż na normalnym poziomie trudności potyczki z duchami są zwyczajnie prostacko wręcz łatwe i to choćby biorąc pod uwagę fakt, iż twórcy zwiększyli w remake’u agresywność przeciwników, pozwalając im dodatkowo na wejście w stan „rozjątrzenia”, charakteryzujący się też większą odpornością na obrażenia. W połączeniu z już i tak większą bazową ilością zdrowia sprawia to, iż starcia realizowane są zatrważająco wręcz długo, zwyczajnie męcząc gracza, zwłaszcza iż na dobrą sprawę każde wygląda tak samo.
Jasne, Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake posyła ku nam kilka rodzajów zjaw, w tym bossów, o zróżnicowanym wachlarzu ataków, ale nie zmienia to faktu, iż wszystkie potyczki sprowadzają się do oczekiwania na moment, w którym obiektyw zaświeci się na czerwono tuż przed atakiem przeciwnika, bo wtedy zadamy mu więcej obrażeń. Szkoda, bo ich projekty są naprawdę fantastyczne – od kobiet ze skręconymi w wyniku upadku karkami, przez oślepionych kultystów, aż po małe, demoniczne dziewczynki – ale cała groza pryska, kiedy jesteśmy zmuszeni do kilkuminutowej sesji zdjęciowej z duchem, niestanowiącym dla nas zagrożenia.
Podnoszenie przedmiotów zajmuje kilka sekund i istnieje szansa, iż coś nas w trakcie tej czynności zaatakuje.To trzeba na spokojnie, usiąść, podumać…
Wypada to tym bardziej nieporadnie, iż rozgrywka w Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake jest z natury dość ślamazarna. Mio porusza się z dynamiką ślimaka choćby po zwiększeniu prędkości jej kroków w odświeżonej wersji. Każde sięgnięcie po leżący na ziemi przedmiot czy otworzenie drzwi zajmuje chwilę. Starcia z duchami powinny stać w kontraście z eksploracją półotwartych uliczek wioski. Bez tego tempo akcji Fatal Frame II jest boleśnie wręcz płaskie i – szczerze powiedziawszy – odechciewa się przez to grać. Nagroda z eksploracji jest w zasadzie żadna, bo za zdjęcia ewentualnych znajdziek odblokujemy co najwyżej dodatkowe filtry do trybu fotograficznego.
Ręce, które leczą
Co ciekawe, remake zmienia też funkcję, jaką pełni w grze Mayu. W oryginale mogliśmy się w nią wcielić w krótkich, poświęconych jej sekcjach, których kompletnie pozbyto się w nowej wersji gry. Zamiast tego możemy ją teraz chwycić za rękę w momentach, w których obie dziewczyny są razem. Jest to nie tylko uroczy przejaw siostrzanej miłości, ale też przede wszystkim okazja do podleczenia własnego zdrowia bez marnowania apteczek – Mayu posiada bowiem ręce, które leczą. To mała zmiana, ale jakże mile widziana. Pamiętać jednak trzeba, iż w trakcie potyczek Mayu przez cały czas jest kompletnie bezużyteczna i uważać trzeba zarówno na swoje, jak i na jej zdrowie.
Mayu w remake’u to wciąż głównie dziecko do niańczenia, ale przynajmniej potrafi leczyć.Artystyczny nieład
Pod względem oprawy audiowizualnej Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake wypada przyzwoicie. Grafika uległa znaczącej poprawie względem oryginału, ale absolutnie nie jest to szczyt możliwości współczesnych sprzętów. Najlepiej zdecydowanie wypadają szczegółowe lokacje pełne opustoszałych i zniszczonych zębem czasu domów i kapliczek. Modele postaci z kolei, choć ładne, charakteryzuje pewna plastikowość. Co ciekawe, główne bohaterki wyraźnie postarzono – kilkunastoletnie dziewczynki z oryginału zamieniły się tu w młode kobiety. Złego słowa powiedzieć nie można natomiast o udźwiękowieniu. Złowieszczy ambient kapitalnie buduje niepokojący klimat, a możliwość wyboru japońskiego dubbingu zamiast angielskiego to zawsze miły dodatek. Jeszcze milszym byłyby polskie napisy, ale tych akurat nam poskąpiono.
Olbrzymim rozczarowaniem jest natomiast płynność rozgrywki. Z jakiegoś powodu twórcy postanowili zablokować na konsolach klatkaż w 30 FPS-ach, wliczając w to choćby PS5 Pro. Jasne, zyskujemy dzięki temu rozdzielczość 4K, ale w równie ciemnej grze co Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake korzyść z wyższej rozdziałki jest w zasadzie żadna. Można się kłócić, iż w tego typu powolnej produkcji 30 FPS spokojnie wystarcza i rzeczywiście gwałtownie można się do nich przyzwyczaić, ale nie widzę absolutnie żadnego powodu, bym nie mógł uruchomić jej w 60 ramkach. Pochwalić trzeba natomiast za stabilność rozgrywki i brak jakichkolwiek błędów.

Wypłowiały karmazyn
Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake jako nowa wersja klasycznej produkcji wypada naprawdę dobrze. Przedstawia bowiem to, co pokochali fani oryginału, w nowym świetle, dorzucając garść nowości. To zaledwie moje domniemania , ale sądzę, iż jeżeli pierwowzór skradł Wasze serce, to zrobi to również remake, aczkolwiek musicie wziąć pod uwagę zmiany w rozgrywce, które mimo wszystko wpływają na tempo gry. Dla fanów, uważam, do przełknięcia. Sprawa ma się z gorzej z podobnymi do mnie nowymi graczami, których nie niosą skrzydła nostalgii. Fatal Frame II to bowiem produkcja z dzisiejszej perspektywy sztampowa (nawet biorąc pod uwagę aparat jako broń), niestraszna i zwyczajnie męcząca swoją ślamazarnością.
Fatal Frame II: Crimson Butterfly Remake – recenzja (NS2). Siostry, duchy i przeklęta wioska
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Za dostarczenie gry do testów dziękujemy firmie Better.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.

4 dni temu















