Gears of War: E-Day – recenzja (XSX). Piękno końca świata

10 godzin temu

Kolejna odsłona Gears of War była z jednej strony nieunikniona, z drugiej wzięła wielu fanów z zaskoczenia. Marka, która stoi za sukcesem Xbox 360, tak jak Halo za pierwszą konsolą „zielonych”, po prostu nie mogła wiecznie leżeć odłogiem. Jednak zamiast kontynuacji piątej odsłony, The Coalition zaserwowało nam prequel do oryginalnej trylogii. Gears of War E-Day zabiera nas na szaloną przygodę w jeden z najmroczniejszych okresów w dziejach Sery – Emergence Day.

Spis Treści

  • Przerywamy program w związku z ważnym komunikatem
  • Klimat wręcz wylewa się z ekranu
  • Piękno apokalipsy, czyli Gearsy znowu benchamarkiem UE
  • Udźwiękowienie buduje atmosferę, muzyka pompuje adrenalinę
  • Kocie ruchy w wykonaniu czołgu
  • Świat jest pełen broni czekających na wykorzystanie
  • Dla nowych, dla starych – czyli próg wejścia
  • Zaskakująco stabilnie, z kilkoma uwagami
  • Koniec świata smakuje najlepiej ze znajomymi
  • Quo vadis Gears of War?


Kup Gears of War: E-Day (XSX)

Przerywamy program w związku z ważnym komunikatem

Pomysł na fabułę tej odsłony wydaje się prosty – pokażmy światu moment, który na zawsze zmienił obraz planety i jej mieszkańców. Emergence Day, mimo swojej roli w fabule Gears of War, był dotychczas przedstawiany fragmentarycznie – zarówno w grach, jak i komiksach i powieściach. Jednak tym razem The Coalition bierze ten koszmarny punkt w dziejach Sery na tapet i stawia go w świetle jupiterów.

Akcja gry rozpoczyna się niedługo po zwycięstwie COG w Pendulum Wars, po niespełna 80 latach ciągłego konfliktu. Marcus Fenix i Dominic Santiago wymienili pancerze na galowe mundury, a jazgot artylerii na smętne przemówienia o poświęceniu. Obaj próbują stawiać pierwsze kroki w tej nowej dla siebie rzeczywistości. Na front poszli w trójkę, powróciła tylko dwójka. Żaden z nich jeszcze nie wie, iż niewinny toast w pubie przerodzi się w coś znacznie poważniejszego. W jednym miejscu zupełnym przypadkiem spotykają się dobrze nam znany duet, wydalona ze służby weteranka i żółtodziób. Atmosferę gwałtownie psują silne wstrząsy, pisk opon i krzyki od strony ulicy. Jest 7 Fall 5992 i ta noc zmieni wszystko.

Klimat wręcz wylewa się z ekranu

Fani serii Gears of War przyzwyczajeni są do charakterystycznej estetyki – brutalnych starć, krwawej walki zarówno na dystans, jak i w zwarciu, oraz posyłania całych zastępów przeciwników do piachu. E-Day absolutnie nie odbiega od tego wizerunku, ale jednocześnie pokazuje prawdziwą grozę inwazji Locust. Na ulicach Kalony, które będziemy przemierzać przez kolejne godziny, cywile uciekają w popłochu, a ci bardziej pechowi są rozszarpywani na strzępy przez przeciwników. Ulice spływają wręcz krwią, słabo oświetlone uliczki skrywają miejsca bezwzględnych egzekucji. W odróżnieniu od chronologicznie kolejnych odsłon serii Gears of War E-Day przedstawia nam świat zupełnie niegotowy na starcie z nieludzkim przeciwnikiem, nastawionym wyłącznie na wymordowanie mieszkańców tzw. powierzchni. Tu nie ma miejsca na zwycięstwa, wszystkie starania nakierowane są wyłącznie na przetrwanie, które pomimo naszych wysiłków wcale nie jest gwarantowane. Przez całą grę będziemy wręcz otoczeni tym koszmarem, na co bohaterowie wielokrotnie zwracają uwagę, z narastającą bezradnością i frustracją. W obliczu tej nieoczekiwanej inwazji do głosu dochodzą też inne problemy – niezdolność dowódców do zaadaptowania się do nowego zagrożenia, szemrane interesy między przemysłem a wojskiem, napięcia społeczne w obliczu zagrożenia. W tym wszystkim widzimy naszych towarzyszy broni, nie tylko w formie naszego oddziału Bravo, którzy w różny sposób próbują radzić sobie z otaczającym ich szaleństwem. Jedni kryją się za humorem, inni próbują naginać zasady, aby pomóc innym, jeszcze inni kurczowo trzymają się wojskowego kodeksu. Co kawałek mamy okazję usłyszeć rozmowy pobocznych postaci i niejednokrotnie przystawałem tylko po to, żeby ich wysłuchać. I praktycznie nigdy nie był to czas zmarnowany.


Piękno apokalipsy, czyli Gearsy znowu benchamarkiem UE

W celu przedstawienia graczom tych makabrycznych wydarzeń ekipa The Coalition wykorzystała w pełni narzędzia oferowane przez UE5. Bez wahania mogę powiedzieć, iż Gears of War E-Day to jedna z najpiękniejszych gier tej generacji. Teoretycznie nie powinno to dziwić, skoro już poprzednia odsłona – wydana na Xbox One – do dzisiaj zachwyca wizualnie, dzięki aktualizacji do natywnej wersji XSX. Gra daje nam do wyboru trzy ustawienia graficzne – stawiające na wydajność, jakość lub balans między nimi (dla posiadaczy wyświetlaczy 120 Hz). Same „wodotryski” graficzne to jednak nie wszystko – równie istotny jest styl artystyczny obrany przez deweloperów. Kalona jest spójna wizualnie w każdym calu, od ulic, przez wnętrza budynków, po tunele metra. Liczba szczegółów otoczenia zachwyca. Wraz z kolejnymi wydarzeniami w grze możemy obserwować zmieniające się dookoła nas środowisko. Dodatkowo każda z odwiedzanych dzielnic ma swój specyficzny charakter, co tylko podbija realizm. Twórcy naprawdę skupili się na detalach – jak inaczej nazwać fakt, iż np. stan wizualny radiowozów patrolujących Downtown jest widocznie gorszy niż tych przypisanych do bogatego Golden Quarter? Wszystko to składa się na prawdziwą ucztę dla oka, od pierwszych minut inwazji, po ostatnie kadry epilogu.

Na szczególną uwagę zasługują przerywniki filmowe – generowane w całości na silniku gry. Dzięki spójnej wizji artystycznej, podpartej możliwościami silnika, zbliżenia na twarze bohaterów zapierają dech w piersiach szczegółowością. To samo można powiedzieć o facjatach Locustów, choć tu bardziej można mówić o wstrzymywaniu oddechu na ich widok. Tytuł też umiejętnie gra światłem i efektami wolumetrycznymi. Gdyby wyłączyć HUD, postronny obserwator mógłby wziąć to, co widzi na ekranie za film.

Udźwiękowienie buduje atmosferę, muzyka pompuje adrenalinę

Warstwa audio nie pozostaje w tyle. E-Day równie umiejętnie gra muzyką, co i jej brakiem. Noc inwazji przepełniona jest krzykami ofiar, ujadaniem Locustów i dźwiękami walki. Pierwszy świt ukazuje nam opuszczone ulice miasta, a nienaturalną ciszę przerywają tylko okazjonalne dźwięki konsumowania ciał w zacienionych alejkach lub walących się ścian kamienic. Salwa Lancera w ciasnym korytarzu metra potrafi wręcz ogłuszyć, a okrzyk wysiłku przy przeskakiwaniu przeszkody w tunelach wydrążonych przez hordę niesie się daleko echem. o ile macie sprzęt obsługujący technologię Dolby Atmos – zdecydowanie polecam ją w połączeniu z Gears of War E-Day.

Do tego dochodzi warstwa muzyczna, za którą w całości odpowiedzialny jest Adam Lastiwka. Ten kanadyjski multiinstrumentalista spędził ostatnie cztery lata, pracując z The Coalition. Na potrzeby E-Day powstało ponad dwadzieścia trzy godziny muzyki. W mojej ocenie klimatycznie wpasował się idealnie w brutalny, bezsensowny konflikt, którego stawką jest przetrwanie gatunku. Mamy sekcje z pompującą adrenalinę gitarą elektryczną, gdy stawiamy czoła niby niekończącym się falom potworów. Mamy melancholijne sekcje, podkreślające koniec świata, jaki dotychczas znany był mieszkańcom Sery. Muzyka dobierana jest dynamicznie do tego, co akurat dzieje się na ekranie i podejście to sprawdza się bardzo dobrze. choćby tryb multiplayer doczekał się odrębnych ścieżek!

Kocie ruchy w wykonaniu czołgu

Gears of War E-Day został przebudowany od podstaw, mimo iż na pierwszy rzut oka każdy dostrzeże znajome elementy i mechaniki. Zmianie uległ system poruszania się – od zachowania pędu przy zatrzymywaniu się i zakrętach, po możliwość skakania i wspinania się na elementy otoczenia. Sama mechanika osłon – sztandarowa cecha serii – również rozwija w E-Day skrzydła. Postacie dostosowują swoją pozycję do obiektu, za którym się chowają, dzięki czemu choćby półmetrowej wysokości uskok w nawierzchni drogi może dać nam chwilę wytchnienia od ostrzału. Poruszanie się jest znacznie bardziej dynamiczne w porównaniu do poprzednich odsłon, ale przy zachowaniu poczucia masy. The Coalition rozumie, z czym ma do czynienia i serwuje nam specyficzny profil ruchu, z którego seria jest znana, dopracowując go i dodając szczyptę realizmu. Wszystko to składa się w intuicyjną i przyjemną całość, do której „starzy wyjadacze” będą musieli się przyzwyczaić, ale jestem pewien, iż z czasem docenią jej walory. Zmiany te oznaczają też nowe mapowanie kontrolera, ale gra oferuje możliwość przełączenia się na wersję legacy.

Świat jest pełen broni czekających na wykorzystanie

Całe to bieganie, skakanie i chowanie się ostatecznie służy jednemu celowi – wypaleniu przeciwnikowi z Gnashera z odległości nieświeżego oddechu. A może wpakowaniu bagnetu pod żebra, czy piły w bark? Walka z Locustami to czysta przyjemność i E-Day daje nam jej pod dostatkiem. Arsenał jest trochę okrojony w porównaniu z kolejnymi odsłonami – trzeba mieć tego świadomość – ale w większości jest to uzasadnione historycznie. Wracają klasyki, takie jak Lancer Mk. 1 (w późniejszych odsłonach znany jako Retro Lancer), będący podstawowym wyposażeniem w armii COG podczas Pendulum Wars. Mamy do dyspozycji karabin snajperski Longshot czy pistolet Snub. Wraca również ulubiona przez wielu strzelba – Gnascher. Do tego oczywiście dochodzi uzbrojenie Locustów. Lancer Mk. 2 zalicza swój debiut w tej odsłonie, co stanowi pewną zmianę uprzednio ustalonej chronologii zdarzeń, ale zostało to zgrabnie „ograne”. Oczywiście części uzbrojenia znanego z kolejnych gier tu nie uświadczymy – musimy pamiętać, iż E-Day jest chronologicznym prequelem do reszty serii.

Swego rodzaju nowością jest możliwość modyfikowania uzbrojenia, również w kampanii fabularnej. Każda broń posiada 1 modyfikator główny (odpowiedzialny za efekt aktywnego przeładowania) oraz 3 dodatkowe. Te ostatnie mogą posłużyć do zmiany parametrów, jak chociażby szybkości przeładowania, ale potrafią też zmienić przykładowo tryb prowadzenia ognia, czy rodzaj lunety. No i wisienka na torcie – można zamontować bagnet na strzelbie! Każda broń ma swoje charakterystyczne mocne strony, ale nigdy nie jesteśmy przymuszani do korzystania z konkretnego oręża. Jedyny mankament w kwestii uzbrojenia, który mi dokuczał, to fakt, iż wszyscy nasi towarzysze korzystają adekwatnie wyłącznie z Lancera. Sami nie sięgają po inne pukawki, my też nie mamy możliwości wręczenia im konkretnej broni. Jest to o tyle dziwne, iż każdy kompan ma teoretycznie swoją specjalizację, a choćby w grafikach promocyjnych każdy dzierży inną broń.

Dla nowych, dla starych – czyli próg wejścia

Gears of War E-Day stanowi de facto punkt startowy dla każdej z dotychczas wydanych odsłon serii. Dlatego też pojawia się pytanie – czy trzeba znać inne części, żeby czerpać z nowego tytułu przyjemność? Szybka odpowiedź brzmi – teoretycznie nie. o ile E-Day jest dla was punktem wejścia w serię, zapewniam, iż będziecie się bawić naprawdę dobrze i mam nadzieję, iż rozbudzi to w was pokłady ciekawości i zachęci do dalszego zgłębiania historii. o ile jednak przygody Marcusa i Doma są już wam znane – wyłapiecie w tej nowej odsłonie sporo smaczków, a sama relacja między bohaterami nabiera zupełnie innej głębi. Zresztą dla fanów Gears to wręcz kopalnia znanych z uniwersum postaci, wydarzeń i wątków. Ostatecznie, poza ukazaniem graczom horroru Emergence Day, deweloperzy zaserwowali nam historię czwórki bohaterów – bo poza uwielbianym przez graczy duetem, w oddziale mamy dwie zupełnie nowe postacie. Mags Carter, weteranka Pendulum Wars, specjalistka od materiałów wybuchowych, wydalona ze służby za rzekome uchybienia skutkujące śmiercią jej oddziału. Jej doświadczenie bojowe, ale też znajomość niechlubnej twarzy wojska i rządu, potrafią wnieść nową perspektywę na wydarzenia rozgrywające się w Kalonie. Na drugim końcu spektrum znajduje się Lucas Reyes, kadet marzący o zdobyciu chwały na polu bitwy, który musiał się zadowolić posadą za biurkiem z dala od linii frontu. Obserwujemy jego pierwsze kroki w prawdziwej walce i poznajemy mniej lub bardziej interesujące ciekawostki, którymi raczy resztę drużyny w sytuacjach dla niego stresowych. Cała czwórka ma swoje własne problemy i z przyjemnością obserwowałem, jak zmieniają się ich relacje podczas gry.

Zaskakująco stabilnie, z kilkoma uwagami

Gears of War E-Day miałem okazję przejść w trakcie tzw. wcześniejszego dostępu. Zadziwiająco, przez prawie dwadzieścia godzin mojej przygody, nie spotkałem się z żadnym znaczącym błędem. adekwatnie tylko raz gra zanotowała spadek klatkażu (większość gry przeszedłem w trybie jakości, a więc przy sztywnych 30 FPS). Nastąpiło to w kampanii, w miejscu, w którym ten sam problem został odnotowany w wersji beta trybu sieciowego (mapy tegoż są zmodyfikowanymi wersjami niektórych lokacji z kampanii). Problem pojawił się podczas walki i ustąpił zaraz po jej zakończeniu, nie ujawniając się już nigdzie indziej. Podobna „pozostałość” z wersji beta tyczyła się śmierci jednego rodzaju przeciwników – który przy większej jatce potrafił po prostu zniknąć, pomijając adekwatną animację zgonu. Poza tymi dwoma przypadkami, które prawdopodobnie zostaną gwałtownie załatane, gra była wyjątkowo stabilna. Miła odmiana w obliczu premier, w które da się spokojnie grać dopiero po kilku tygodniach łatania.

Mam natomiast uwagę do AI naszych kompanów. Przez większość czasu ich wkład w walkę można podsumować stwierdzeniem „może i kilka pomagają, ale przynajmniej nie przeszkadzają”. Do czasu walki finałowej, w której cała trójka zaczęła się zachowywać irracjonalnie. Zamiast trzymać dystans do przeciwnika, pchali się wręcz w jego objęcia. Ten oczywiście korzystał z okazji i sprowadzał ich jednym ciosem na ziemię, a drugim na tamten świat, co skutkowało zawaleniem misji. Niańczenie botów z zapędami samobójczymi, łączone z próbą uniknięcia własnego zgonu, a jednocześnie skrobania paska życia bossa, to nie jest najprzyjemniejszy zestaw. W tym przypadku zdecydowanie liczę na patch.

Koniec świata smakuje najlepiej ze znajomymi

Oczywiście Gears of War E-Day poza kampanią fabularną – którą można przejść w pojedynkę, w duecie na podzielonym ekranie (jak za dawnych czasów!), albo choćby w cztery osoby jako sieciowy co-op – oferuje też tryb rozgrywki wieloosobowej. Na start dostajemy tryb Versus (PvP) oraz nowość w serii, Siege Horde (PvE). Trzeba jednak zwrócić uwagę, iż w tej chwili widoczne są pewne braki funkcjonalne w obu trybach – brak prywatnych lobby, niewielka liczba map, nieobecne funkcjonalności typu pojedynków na piły, czy żywe tarcze. The Coalition otwarcie o nich pisze na stronie gry i zapewnia, iż te zostaną dodane w późniejszym czasie. Wiemy też, iż w multi wracają sezony, z których pierwsze cztery zostały już zapowiedziane. Każdy ma wiązać się z nowymi elementami dodawanymi do gry.

Powraca również sklep z elementami kosmetycznymi. W tej sprawie deweloperzy jasno zakomunikowali, iż wszystkie dodane tam elementy można zakupić zarówno za walutę premium (iron), jak i tę zdobywaną bezpośrednio w grze. Również oferty limitowane czasowo albo dostępne tylko w większych zestawach, pojawią się później w regularnej ofercie – tak, aby każdy miał możliwość je zdobyć. Poza elementami płatnymi znajdziemy tam też sporo takich, których odblokowanie wymaga konkretnych osiągnięć w samej grze. Wyjątkiem od tych zasad dostępności są specjalne akcje promocyjne, dostępne wyłącznie za prawdziwe pieniądze. Na start w ofercie jest na przykład pakiet stworzony we współpracy z zespołem Metallica, składający się ze skórek do broni, emblematu, proporca i ikony. Sami oceńcie, czy taka polityka mikrotransakcji wam odpowiada.

Przeczytaj także

Gears of War: E-Day – wrażenia z bety. Chcemy więcej!

Quo vadis Gears of War?

The Coalition i Xbox Games Studios nie mogli sobie pozwolić na porażkę w przypadku Gears of War E-Day. Drugi najważniejszy tytuł onegdaj ekskluzywny zobowiązuje. Z przyjemnością mogę powiedzieć, iż deweloperzy dowieźli do mety produkt na najwyższym poziomie. Tak, w internecie znajdziemy na pęczki ludzi próbujących udowodnić, jak bardzo jest ta gra, ile rzeczy zrobiono źle, czego to dowodzi i jaka to potwarz. Większość z tych osób prawdopodobnie widziała Gears of War E-Day najwyżej z trzeciej ręki, ale niestety takie mamy czasy. Pomimo iż sam z serią miałem okazję zapoznać się dopiero w 2022 roku, najnowszą odsłonę uważam za bardzo dobrą. Zrobić prequel do trylogii przez wielu uważanej za ideał, to nie jest to łatwy kawałek chleba. Jednak The Coalition się to udało i daje mi to nadzieję na kolejne projekty z uniwersum Gears of War. Oby tylko Microsoft w swoim szaleństwie nie zaprzepaścił tej szansy.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Gra została zakupiona ze środków własnych autora.
Kup Gears of War: E-Day (XSX)

Idź do oryginalnego materiału