Gmail pożegnał beztroski internet. Zapamiętajmy tę datę

konto.spidersweb.pl 3 godzin temu

Funkcja, na którą czekało wielu użytkowników Gmaila, jest jednocześnie symbolicznym końcem pewnej epoki.

Gmail wreszcie pozwala użytkownikom zmienić adres mailowy. Nie trzeba zakładać nowego konta, ale można przemianować stare, nieco wstydliwe, które już nie pasuje do naszego aktualnego wizerunku.

Wprawdzie trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś przez lata korzystał z nazwy, która mogłaby kompromitować go w oczach nauczycieli, wykładowców czy współpracowników. W takich sytuacjach opamiętanie przychodziło prawdopodobnie wcześniej i taka osoba zdążyła porzucić ciążące miano. Poza tym nie musi chodzić wyłącznie o frywolną i przesadnie niepoważną nazwę – na zbyt długo mogła do nas przylgnąć cyfrowa wizytówka z cyferkami i niepotrzebnymi dodatkami. Wtedy nam to nie przeszkadzało, ale teraz już tak, więc dobrze, iż można to zmienić.

Niby chodzi tylko o kosmetyczną modyfikację, ale to jednak naprawdę duża zmiana

Symboliczny koniec dawnego myślenia o internecie, kiedy nasze konto nie było jeszcze naszym prawdziwym ja, czymś, za co musimy być odpowiedzialni jak za nazwisko. To jak moment rozpoczynający prawdziwą dorosłość. Koszulki z nazwami zespołów i hasłami wywołującymi ciarki żenady wylądowały w koszu (nie wypada w nich chodzić choćby ironicznie), ze ścian zerwane zostały plakaty. Już jest się kimś innym. Poważnym. A skoro tak, to występki z młodości, niepoważne wybryki, już nie pasują – choćby jeżeli to tylko głupkowata, niewinna nazwa adresu mailowego.

Ten moment nastąpił rzecz jasna dużo wcześniej. Trudno jednak ustalić kiedy. W momencie, gdy blogi przeszły do historii? Były anonimowe, można było ukryć się za zmyśloną nazwą, która dawała prywatność i idący za nią luksus mówienia niemal o wszystkim, choćby o najbardziej skrywanych emocjach. Media społecznościowe kazały pokazać twarz i nazwisko. Jasne, dalej można występować pod pseudonimem – stąd pojawiał się zgrzyt, kiedy np. prezydent dyskutował w sieci z dziwnie brzmiącymi kontami – ale jednak ujawnienie swojego prawdziwego ja dodaje prestiżu. Wiadomo, kto jest po drugiej stronie.

Był moment, kiedy naiwnie sądziliśmy, iż to wyeliminuje hejt i wyzwiska. Nic z tego: ludzie z awatarami, na których widać ich dzieci czy wnuki, piszą tak okropne rzeczy, iż aż strach. Dziś ta wiara w ujawnienie się jest doszczętnie skompromitowana przez fałszywe konta, które udają prawdziwych ludzi. Niekiedy profil nie ma choćby awataru – samo imię i nazwisko ma sugerować, iż treści pisze ktoś żywy, istniejący, kto naprawdę tak myśli, a nie wypełnia polecenie funkcjonariusza. Co gorsza, ta taktyka działa.

Oczywiście to też nie tak, iż występując pod własnym nazwiskiem każdy w internecie automatycznie jest sobą. Raczej wręcz przeciwnie, w sieci powstaje cyfrowy sobowtór.

Wielu z nas uważa się za osobiste marki i kreuje podzieloną tożsamość, będącą nami, a zarazem nie nami, sobowtórem, którego bez ustanku odgrywamy w cyfrowym świecie, taka jest bowiem cena, jaką trzeba zapłacić, żeby odnaleźć się w gospodarce opartej na pazernym zabieganiu o uwagę – pisała Naomi Klein w książce „Doppelgänger. Podróż do lustrzanego świata”.

Sobowtór powstaje na wzór, ale tym samym ma okazję być kimś lepszym, odegrać ważniejszą rolę niż przewidziana jest w prawdziwym świecie. Może więc ten kres dawnego internetu to moment powstania pierwszego konta „Imię i nazwisko – fotograf/pisarz/aktor”. To właśnie wtedy wszystko zaczęło być profesjonalne, poważne i tak bardzo dorosłe.

Gmail pozwala w końcu zorganizować 18. urodziny, które z jakiegoś powodu się nie odbyły. Może i od osiemnastki minęło już wiele czasu, ale moment przejścia być musi. Możemy z naszymi kontami, które uwierały i ciążyły, wejść w dorosłość. Porzucić lata beztroski, kiedy profil w sieci był czymś niepoważnym, nieistotnym, bo chodziło tylko o stworzenie konta na forum albo w grze, a nie tożsamość równoznaczną z tą prawdziwą. Tak, to prawda – ta epoka dawno minęła, ale nie mogliśmy ustalić kiedy. Teraz przynajmniej mamy symboliczny dowód.

Idź do oryginalnego materiału