Hellraiser: Revival poniewiera. Nie wiem jakim cudem wpuścili go na konsole – recenzja

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

Hellraiser: Revival to jedna z kilku najbrutalniejszych gier wideo, jakie kiedykolwiek zostały dopuszczone na konsole. Momentami sprawia, iż (nie)sławny Manhunt wydaje się wesołym spacerkiem. Produkcja jest obrzydliwa i podła, ale cieszę się, iż mogłem w nią zagrać.

W Hellraiser: Revival jest tyle podłych, brutalnych i niepokojących scen, iż gdybym zaczął o nich szczegółowo pisać, algorytmy zakopałyby Spider’s Web na dnie Internetu. Nie przesadzam ani nie koloryzuję. To jedna z najbrutalniejszych, najbardziej szokujących produkcji, jakie kiedykolwiek wylądowały na konsoli.

Jestem w szoku, iż Sony czy Microsoft wpuścili Hellraiser: Revival na swoje platformy

Na świecie nie brakuje chorych, zboczonych, nikczemnych gier wideo. Tyle tylko, iż ogromna większość z nich to niszowe produkcje dostępne wyłącznie na PC. Do tego tylko w części krajów. Konsole są pod tym względem znacznie ugrzecznione. Korporacyjna policja obyczajowa ściślej pilnuje na nich treści trafiających do dystrybucji. Dlatego jestem szczerze zdumiony, iż Hellraiser: Revival przecisnął się przez cenzorskie sito.

Gra jest znacznie bardziej brutalna, krwawa i niepokojąca niż takie serie jak Resident Evil, Silent Hill czy choćby Outlast. Jest też od nich bardziej bezpośrednia, traktując nagość i masakrę jako coś powszechnego. Twórcy mainstreamowych horrorów mają doskonale wyuczony katalog tego, co mogą pokazać. Producenci Hellraiser: Revival łapią za ten katalog i go depczą, śmiejąc się szyderczo.

Co takiego sprawia, iż Hellraiser: Revival zszokował gracza 30+, wychowanego na Resident Evil?

Moja miłość do horrorów zaczęła się z Resident Evil 2 przechodzonym na PSX, ze słownikiem języka angielskiego na kolanach. Od tamtego czasu widziałem więc naprawdę wiele. W tym szokująco brutalne animacje Manhunta czy sceny z Condemned. Wymieniam te produkcje, bo w nich śmierć była czymś przejmująco realistycznym. Odpowiednio ciążyła, w przeciwieństwie do takiego Fatal Frame czy Dead by Daylight.

Hellraiser: Revival pod pewnymi względami jest właśnie takim Condemned, ale podkręconym do 110%. Dostaliśmy tutaj niemal wszystko, o czym pomyślisz w kontekście gry zbanowanej przez jej brutalność. Wszelkie konfiguracje sadyzmu, groteski oraz nagości. Szczęśliwie ominięto niepełnoletnich. Mimo to jazda jest absolutnie bez trzymanki, wliczając w to tortury miejsc intymnych.

Najbardziej szokuje zestawienie palety brutalności z jej powszechnością. To nie tak, iż w Hellraiser: Revival wciśnięto jedną kontrowersyjną scenę, mającą zrobić nieco szumu w sieci. Gra konsekwentnie bombarduje gracza niepokojącymi treściami, od intro do napisów końcowych. Grzecznie robi się tylko wtedy, kiedy kupujesz nowy ekwipunek u tajemniczej nieznajomej.

Nie uważam, iż gry takie jak Hellraiser: Revival powinny być zakazane

Gry wideo jako medium dojrzały, przynajmniej na pewnych płaszczyznach. Dlatego nie widzę przeszkód, aby gra podejmowała tak samo drastyczne i szokujące tematy, jak dokumenty kryminalne czy sensacyjne książki. Fundamentalne jest odpowiednie oznaczenie wiekowe, aby materiał trafiał wyłącznie do pełnoletnich odbiorców. Takich, którzy odróżniają fikcję od rzeczywistości, a ich wrażliwość pozwala doświadczać skrajnie szokujących treści.

Oczywiście gra jako medium jest znacznie sugestywniejsza niż książka. Do tego dochodzi kwestia interaktywności. Uważam jednak, iż jeżeli producent nie łamie prawa w swoim dziele, to odpowiedzialność ostatecznie spada na odbiorcę. Gdybym zobaczył, iż dziecko gra w Hellraiser: Revival, chciałbym przywalić rodzicowi, nie twórcom. Stąd mój apel do Czytelników Spider’s Web: upewnijcie się, iż w bibliotece Steam waszej pociechy albo na konsoli nie ma Hellraiser: Revival. To jedna z tych produkcji, które mogą poważnie zryć beret podatnemu odbiorcy.

Za to dorosłych ostrzegam: choćby jeżeli uwielbiacie horrory, Hellraiser: Revival to inna liga. Głębszy krąg piekła. Znacznie gorsze plugastwo. jeżeli gracie wyłącznie na konsoli i trzymacie się mainstreamowych produkcji grozy, kontakt z tym tytułem może być autentycznym szokiem. Nie przesadzam.

Teraz kluczowa kwestia: Hellraiser: Revival to po prostu bardzo dobra gra.

Rozcinając skalpelem szokujący obraz, kryje się pod nim naprawdę solidna rozgrywka. Jest zmienna, zróżnicowana i daje frajdę. Twórcy mieszają Resident Evil 7 z Condemned, zmuszając graczy do walki o przetrwanie w zwarciu oraz na dystans. Naboi jest mało, a broń biała się psuje, toteż skradanie często jest najlepszym rozwiązaniem. Wtedy część przeciwników możemy powalić po cichu, albo po prostu przemknąć za ich plecami, oszczędzając zasoby.

Podoba mi się, iż twórcy Hellraiser: Revival nie mają graczy za idiotów. Na średnim poziomie trudności rzucają nam spore wyzwanie, przygotowując kilka wyjątkowo trudnych starć. Moje ulubione do obrona w małej drewnianej chacie, atakowanej z każdej strony. Monstra tłumnie wpadają przez okna i sufit, w jasny sposób nawiązując do Resident Evil 4. choćby okna można ryglować, wzorem kultowej gry Capcomu. Poczucie przytłoczenia jest ogromne, przetrwałem dopiero za drugim podejściem.

System walki, zwłaszcza po kilku godzinach, staje się zaskakująco rozbudowany. Możemy zakładać pułapki na zwierzęta oraz rozkładać kanistry z paliwem w taktycznych miejscach. Zyskujemy kilka rodzajów broni, każda z kilkoma ulepszeniami. Mamy też specjalne umiejętności, wynikające z posiadania charakterystycznej kostki (konfiguracji) z uniwersum Hellraisera. Co jakiś czas zdarza się też większa lokacja z kilkoma ścieżkami, pozwalająca taktycznie rozegrać grupę przeciwników. Jest fun.

Do tego Hellraiser: Revival to kapitalna grywalizacja filmowych horrorów. Wierność uniwersum jest imponująca

Na miejscu Clive’a Barkera – autora książek dających początek marce Hellraiser – pękałbym z dumy. Revival to z jednej strony gra wiernie odwzorowująca uniwersum Cenobitów, a z drugiej świetnie je rozwijająca. Mamy tu wszystko, co zainteresuje fanów: próbę stworzenia nowego Cenobita, kultowego Pinheada, „pakty z diabłem” i handel duszami. Jest też seks, hedonizm oraz tona błyszczącego lateksu.

Bardzo podoba mi się, jak twórcy mieszają sekwencje w wymiarze śmiertelników z podróżami przez enigmatyczny Labirynt. Sieć mrocznych, stale zmieniających się korytarzy jest prawdziwym domem Cenobitów i spotkamy tutaj wiele znajomych (i paskudnych) twarzy. Nie tylko Pinheada, ale też Chatterera czy Butterballa. Aż się człowiekowi przypominają filmy oglądane w późnych latach 90. pod nieobecność rodziców, z kocem nasuniętym pod sam nos.

Wraz ze zmianą otoczenia zmienia się styl gry. W wymiarze śmiertelników głównie walczymy. W Labiryncie unikamy pułapek oraz uciekamy przed oprawcami. Tu i tu od czasu do czasu rozwiązujemy jakąś prostą zagadkę. Najciekawiej robi się, gdy oba wymiary zaczynają zlewać się w jedno. Gracz zostaje wytrącony z rytmu i naprawdę nie wie, czego się spodobać. Producenci zaskakująco umiejętnie żonglują formą.

Z drugiej strony widać, iż w Hellraiser: Revival pasja i ślina zalepiają braki budżetowo-kadrowe

Weźmy oprawę graficzną. Co do zasady horror jest pełen detali, światłocieni i naprawdę klimatycznych lokacji. Część z nich zapamiętam na długo, jak muzyczny klub BDSM z osobliwym DJ-em. Zaraz potem dostaję jednak w twarz leśnym obszarem tak ubogim w detale, jakby pamiętał czasy późnego PS3. Momentami czułem się przeniesiony do Left 4 Dead. Swojego czasu świetna gra, ale jak na dzisiejsze standardy uboga wizualnie.

Ten produkcyjny borderline słychać też na dobrych słuchawkach. Niektóre lokacje są tak pięknie dostrojone, iż mijając korytarze pełne łańcuchów dostawałem dreszczy. Kiedy indziej rozgrywce towarzyszyła nienaturalna pustka, nie licząc kroków głównego bohatera. Jakby twórcom zabrakło czasu w odpowiednie udźwiękowienie. Bardzo dziwne doświadczenie. Zaznaczam jednak: otrzymałem od zachodniego wydawcy kod do recenzji przed premierą. Mógł to więc być bug.

Pod względem budżetowo-jakościowym horror skojarzył mi się z naszym polskim The Blood of the Dawnwalker. Co prawda są to dwie odmienne produkcje z radykalnie innych gatunków, ale łączy je silna, dzika, niemal bijąca z ekranu pasja twórców. Czuć, iż zgrana ekipa średnich rozmiarów jest w stanie osiągnąć naprawdę wiele.

Jestem zgorszony, zniesmaczony i potrzebuję prysznica, ale cieszę się, iż przeszedłem Hellraiser: Revival

Dostaliśmy zaskakująco udaną produkcję. Taką, która broni się jakością wykonania, zróżnicowaniem lokacji oraz zmiennością rozgrywki. Jasne, główny motor marketingowy tego tytułu to sadystyczna i odrażająca przemoc, ale pod nią mamy przemyślany tytuł na solidnych fundamentach. Twórcy nie boją się jechać po bandzie, jednocześnie dbając o odpowiednią jakość. Coś takiego zdarza się bardzo rzadko.

Największe zalety:

  • Bezkompromisowość, jaka na konsolach się nie zdarza
  • Niesamowita wierność i szacunek do materiału źródłowego
  • Condemned miesza się z Resident Evil i Layers of Fear
  • Niektóre lokacje wyglądają fenomenalnie
  • Odwaga w realizacji szokującej wizji dla pełnoletnich
  • Zmienna rozgrywka, wiele stylów walki, szeroki arsenał
  • Wyraźne ostrzeżenia przed rozgrywką dla wrażliwych
  • W większości udane „psychodeliczne” sekwencje
  • Kultowy Pinhead w tej grze to absolutne 10 na 10

Największe wady:

  • Tu i tam czuć, iż brakuje budżetu. Wahania jakości
  • Niskiej jakości filmy przerywnikowe (PS5)
  • Część pułapek Labiryntu mocno frustruje
  • Efekt pop up podczas oglądania obiektów na konsoli

Ocena recenzenta: 8/10

Hellraiser: Revival to absolutnie unikalne doświadczenie dla pełnoletnich. Gorszące i szokujące, ale podstępni Cenobici zadbali również o to, aby podczas rozgrywki czuć przyjemność. Moją duszę złapali, wyje gdzieś głęboko w Labiryncie.

Zrzuty ekranu zostały wykonane przez autora recenzji na PS5 Pro. Zawierają wyłącznie te grzeczniejsze, nadające się do publikacji fragmenty rozgrywki

Idź do oryginalnego materiału