Hollowbody – recenzja (PC). Nostalgiczna podróż w przeszłość

1 miesiąc temu

Grając w najnowszą grę Headware Games zadawałem sobie pytanie: na ile inspirowanie się starymi tytułami i próba odtworzenia ich czaru oddziałuje na oryginalność i tożsamość danej produkcji. Jakby nie patrzeć, takie gry jak Silent Hill czy Resident Evil wraz z ich późniejszymi sequelami stały się pozycjami kultowymi i miały ogromny wpływ na rozwój gatunku. I tutaj na scenę wkracza Hollowbody, tytuł, który z jednej strony przypadł mi do gustu, z drugiej… no właśnie. Tego dowiecie się z poniższej recenzji.

Spis Treści

  • Setting w Hollowbody jest wspaniały, historia już trochę mniej
  • Trochę zagadek, odrobina eksploracji i nieco walki
  • W Hollowbody straszą nie tylko potwory
  • Szarość, brud i pustka
  • Dźwięki ze strefy wykluczenia
  • Czy warto zagrać w Hollowbody?


Kup Hollowbody (PC/GOG)

Setting w Hollowbody jest wspaniały, historia już trochę mniej

W świecie Hollowbody doszło do czegoś, co ludzkość nazwała „Upadkiem” spowodowanego atakiem bioterrorystycznym. By ograniczyć powstałe zagrożenie Wielka Brytania odcięła zachodnie wybrzeże od reszty wyspy, odgradzając je wysokim murem, za który nikt nie ma wstępu. 60 lat później w czasie ekspedycji za wspomnianymi barykadami znika Sasha – bliska przyjaciółka głównej bohaterki. Mica, bo tak nazywa się nasza protagonistka, organizuje wyprawę ratunkową. A iż jest przemytniczką i ma szereg kontaktów, wykorzystuje je by niezauważenie przedostać się do strefy wykluczenia. Jak można się spodziewać, kiedy Mica jest już za murem, jej pojazd ulega uszkodzeniu i rozbija się z dala od ostatniego sygnału zaginionej dziewczyny. Zdezorientowana i zagubiona bohaterka zmuszona jest znaleźć drogę ucieczki i odszukać swoją partnerkę. Piszę partnerkę, ponieważ Hollowbody, choć nie mówi tego wprost, to w kilku miejscach sugeruje, iż obie kobiety łączy zdecydowanie coś więcej.

Historia niestety nie należy do oryginalnych i jej zakończenia można domyślić się już rozpoczynając rozgrywkę. Opowieść celowo jest też prowadzona w dość enigmatyczny sposób, mający na celu pozwolić graczom łączyć kropki czy dopowiadać sobie poszczególne wątki. Nie stanowi to jednak wyzwania bowiem tak, jak wspominałem, fabuła prowadzi gracza po sznurku aż do finału. ale to, co zasługuje na ogromną pochwałę to sposób, w jaki twórca (bo grę tworzyła jedna osoba!) rozbudowywał świat przedstawiony. Podróżując przez strefę natrafimy na sporą liczbę dokumentów, w których poznajemy losy otaczających nas miejsc i życia za murem. Jedyne do czego w tej kwestii bym się doczepił, to fakt, iż niewielka część z nich była stanowczo zbyt długa i mało interesująca.

Trochę zagadek, odrobina eksploracji i nieco walki

Jeśli miałbym opisać rozgrywkę w Hollowbody powiedziałbym, iż jest to wszystko to, czego można się spodziewać po grze wzorującej się na staroszkolnych grach z gatunku survival horroru. Gameplay w dużej mierze polega na zwiedzaniu lokacji i skrupulatnym przeszukiwaniu pomieszczeń, zbieraniu surowców oraz walce z potworami, które próbują uprzykrzyć głównej bohaterce życie. Mica ma do dyspozycji dość skromny, ale wystarczający arsenał zarówno broni palnej jak i improwizowanej, więc jeżeli tylko zachowamy skupienie i będziemy rozsądnie dysponować posiadanymi zasobami nie powinniśmy dotrzeć do przysłowiowej ściany. Zagadki również nie powinny sprawić nikomu trudności – są wyważone w taki sposób, by nie dało się ich rozwiązać z marszu, ale też nie irytowały swoim poziomem trudności. I choć łamigłówek nie znajdziemy w grze zbyt wielu, same w sobie stanowią miłą odskocznię od pokonywania pustych korytarzy czy pojedynków z monstrami.

To co pozostawia wiele do życzenia to sposób, w jaki rozwiązano walkę w zwarciu. Jak wspominałem, Mica może używać różnego asortymentu broni: kija, gitary czy znaku drogowego (!), ale owe uzbrojenie nijak nie różni się od siebie. Owszem, atak sprzętem muzycznym jest szybszy niż zamach ciężkim słupkiem z przymocowaną do niego strzałką wskazującą kierunek ruchu, ale obrażenia są podobne, a impet i efekt zadanego ciosu zawsze są identyczne. Często też zdarzały mi się sytuacje, kiedy atak powinien dosięgnąć przeciwnika, jednak ten nie przyjmował obrażeń i zamiast tego to ja wystawiałem się na otrzymanie dotkliwych ataków. Nie mogę powiedzieć tego o broni palnej: tutaj zarówno strzelba jak i rewolwer sprawdzały się znakomicie i dawały mi mnóstwo satysfakcji.

W Hollowbody straszą nie tylko potwory

Niestety, to za co najbardziej zapamietam Hollowbody to rzeczy, które bardziej mnie irytowały niż straszyły, ale po kolei. Typów wrogów w grze jest naprawdę niewiele. Wyróżnić można adekwatnie 2 typy: zarażeni i więksi zarażeni. Ci drudzy potrafią przyjąć dużo więcej ołowiu niż ich słabsi pobratymcy. Są jeszcze biegające gdzieniegdzie psy. I to tyle. Trochę mało zważywszy na fakt, iż kiedy zaczniemy spacerować po okolicy nieustanne zabijanie tych samych stworów w końcu zaczyna nużyć. Szczególnie kiedy odkryje się, iż adekwatnie każdego oponenta możemy zabić w podobny sposób.

Natrafiłem też na kilka błędów, przez które musiałem powtarzać część gry lub zmarnowałem sporo czasu w szukanie innego rozwiązania. Za pierwszym razem potwór zablokował mi drogę, nie reagował i nie był zupełnie podatny na obrażenia, za drugim nie mogłem aktywować konkretnego przedmiotu w miejscu, gdzie powinien być użyty. Mica wręcz informowała mnie, iż „nie może użyć tutaj tego przedmiotu”. Błądziłem więc po lokacjach tylko po to, by potem wczytać wcześniejszy stan rozgrywki i okazało się, iż dało się użyć tej baterii i odblokować sobie przejście do kolejnego poziomu.

Szarość, brud i pustka

Graficznie Hollowbody nie robi zbyt wielkiego wrażenia, jednak należy mieć na uwadze skalę projektu i to, iż za grę odpowiada niezależne, jednoosobowe studio. To co bardziej w tym przypadku kłuje w oczy to to, iż gra jest niemal zupełnie wyprana z kolorów. Dominują w niej odcienie szarości i rdzawa, ciemna czerwień. prawdopodobnie miało to na celu nadanie tytułowi bardziej posępnej atmosfery i w jakiś sposób to naprawdę działa. A działałoby na pewno lepiej gdyby nie nudne, mało interesujące lokacje. O ile blok mieszkalny i park jeszcze intrygowały, o tyle takie miejsca jak kanały, metro czy przedmieścia działały wręcz demotywująco. Głównie za sprawą pustych, nudnych i nieciekawe zaprojektowanych miejscówek.

Dużo tu też winy w tym, iż wiele z pomieszczeń, do których możemy zajrzeć np. w bloku mieszkalnym, jest pozbawionych czegokolwiek interesującego. Nie ma tam ani przedmiotów, ani potworów, czasem wpadnie nam w ręce jakiś dokument. Z tego też powodu takie sztuczne wydłużacze można by wyciąć i nadałoby to całości lepszego tempa i dynamiki. Kuriozum sytuacji jest backtracking, który w pewnym momencie wymaga od nas przebiegnięcia przez cały park aż do początku przedmieści, tylko po to, by odnaleźć przedmiot potrzebny do otwarcia bramy. Rozumiem, iż miało to na celu wymuszenie na graczu odnalezienia konkretnego miejsca na mapie po adresie, jednak po drodze było tyle miejsc, które można by wykorzystać… A zamiast tego zdecydowano się przegonić gracza przez puste, monotonne ulice nieustannie zapętlających się domów. Uch.

Dźwięki ze strefy wykluczenia

Natomiast to co urywa głowę, to naprawdę niezła warstwa dźwiękowa produkcji. Jęki potworów, wystrzały z broni, czy choćby poruszanie się po menu (to ostatnie momentami aż za bardzo przypomina Silent Hill) są bardzo miłe dla ucha. Całości dopełniają świetnie wyreżyserowane, napisane i zagrane dialogi, których „echa” możemy odebrać dzięki podręcznego radia. Wiele z nich nie tylko chwyta za serce, ale napisanych jest w taki sposób, iż rzeczywiście ma się wrażenie, iż wspomniane sytuacje mogły lub mogą mieć miejsce. Szczególnie w miejscach kwarantanny, gdzie napięcia między ludnością cywilną a wojskiem musiałyby powstać.

Równie dobrze wypadają dialogi między postaciami, jednak dużo bardziej odpowiadają mi te prowadzone przez komunikatory, niż te, gdzie bohaterowie prowadzą normalne konwersacje. Dlaczego? Ponieważ te ostatnie zbyt mocno starają się odtworzyć melancholijny ton znany z Silent Hilla i jest to tak mało subtelne, iż aż zakrawa o plagiat. Szczególnie kiedy bohaterowie rozmawiają stojąc na dachu jednego z budynków, a wkoło wszystko otacza gęsta mgła. Rozumiem inspirację, ale co za dużo to niezdrowo.

Czy warto zagrać w Hollowbody?

Na koniec warto więc odpowiedzieć na pytanie czy warto zagrać w Hollowbody… I odpowiedź tutaj nie jest jednoznaczna. jeżeli lubujecie się w survival horrorach i chcecie odhaczyć kolejny z nich z listy, to tytuł ten dostarczy wam dokładnie czegoś takiego. Natomiast jeżeli oczekujecie od gry powiewu świeżości, czegoś nowego, czegoś co sprawi, iż zostanie z wami na lata, to niestety, ale będziecie srogo rozczarowani. Hollowbody jest grą dokładnie taką, jak jej tytuł. Posiada kręgosłup pełen sprawdzonych mechanik, stoi obiema nogami w dość ciekawym i intrygującym settingu, ma wspaniałą ścieżkę dźwiękową, ale pogoń za odtworzeniem starych gier sprawia, iż brakuje jej oryginalności, którą powinna wypełnić swoje wnętrze.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Idź do oryginalnego materiału