Indiana Jones i Wielki Krąg – recenzja (NS2). Bicz, kapelusz i wielka przygoda w kieszeni

9 godzin temu

Gry na licencjach filmowych mają w branży jedną z najgorszych reputacji – i to całkowicie zasłużenie. Przez lata serwowano nam pośpieszne, pozbawione duszy potworki, które z materiałem źródłowym łączyło wyłącznie logo na pudełku. Indiana Jones i Wielki Krąg od MachineGames przełamał tę klątwę już podczas premiery na Xbox Series i PC, a potem udowodniając swoją klasę na PS5. Teraz kultowy kapelusz i bicz trafiają na Nintendo Switch 2, a pytanie nie brzmi już „czy to dobra gra”, tylko „jak wypadła na hybrydowej konsoli”.

Spis Treści

  • 1937 rok, Watykan i tajemniczy Wielki Krąg
  • Pięść, bicz i patelnia
  • Eksploracja i zagadki
  • To nie jest Harrison Ford – i dobrze
  • Grafika i wydajność: Wizualny cud z drobnymi zgrzytami
  • Żyroskop i mysz
  • Podsumowanie


Kup Indiana Jones i Wielki Krąg (NS2)

1937 rok, Watykan i tajemniczy Wielki Krąg

Historia rozgrywa się między wydarzeniami z Poszukiwaczy zaginionej Arki a Ostatnią Krucjatą, dając twórcom czystą kartę bez ryzyka namieszania w filmowym kanonie. Indy wraca do spokojnego życia wykładowcy na Uniwersytecie Marshalla, ale sielanka kończy się, gdy do uczelnianego muzeum włamuje się wielki intruz (w tej roli śp. Tony Todd) i kradnie mumię kota. Ten absurdalny z pozoru incydent gwałtownie pączkuje w potężną intrygę, rzucając nas do Watykanu, Egiptu, Syjamu i Iraku.

Nie oszukujmy się, fabuła nie sili się na filozoficzną głębię. To awanturnicza jazda bez trzymanki z typowym dla serii, lekko nadprzyrodzonym sznytem i galerią barwnych postaci. Emmerich Voss, główny antagonista, jest przerysowany dokładnie na tyle, by z rosnącą przyjemnością oglądać go na ekranie. Towarzysząca Indianie dziennikarka Gina Lombardi ma własny plan na tę podróż, nie daje Jonesowi taryfy ulgowej i udowadnia, iż chemia w tym duecie po prostu działa. Historia nie zaskoczy starych wyjadaczy kina nowohoryzontowego, ale świetnie trzyma się pulpowych założeń i ani na moment nie nudzi.

Pięść, bicz i patelnia

Wielki Krąg to gra z perspektywy pierwszej osoby, ale jeżeli podejdziesz do niej jak do typowego shootera, gwałtownie pożałujesz. Broń palna, owszem, istnieje, ale amunicji jest jak na lekarstwo, a samo strzelanie bywa toporne. Walka wręcz to zupełnie inna bajka: system ciosów, bloków i kontr aż iskrzy. Arsenał improwizowanej broni to totalny, satysfakcjonujący absurd. Butelki, gitary, szczotki, łopaty, patelnie i tona innych gratów zmieniają się w łapach Indiany w narzędzia ostatecznej sprawiedliwości. Z kolei bicz świetnie sprawdza się przy rozbrajaniu czy przyciąganiu, a każde uderzenie ma ten przyjemny, kinowy ciężar, który rzadko udaje się uchwycić w grach wideo.

Jeśli wolisz załatwiać sprawy po cichu, polecam skradanie i przebieranki. Wbicie się w mundur wroga i bezczelny spacer tuż pod nosem nazistów daje zupełnie inny rodzaj satysfakcji. Trzeba być jednak czujnym, bo oficerowie błyskawicznie demaskują oszusta. Gra nie narzuca ci konkretnego stylu, pozwalając na improwizację. Pamiętaj tylko o jednym: na wyższych poziomach trudności wparowanie do wrogiego przyczółka z samą patelnią w dłoni to najkrótsza droga do ekranu wczytywania.

Eksploracja i zagadki

Każda większa lokacja działa tu jak miniaturowy otwarty świat. Tereny są na tyle obszerne, by zachęcać do węszenia po kątach, ale na tyle zwarte, by uniknąć syndromu pustej, rozwleczonej piaskownicy rodem z gier Ubisoftu. Watykan, okolice piramid czy świątynie Sukhothai – każde z tych miejsc ma własny klimat, sekrety i zadania poboczne naturalnie wplecione w główny wątek. Warto często patrzeć w górę, bo wspinaczka po gzymsach i dachach solidnie nagradza ciekawskich. Kamera płynnie przełącza się wtedy z widoku FPP na TPP, co na początku odrobinę dezorientuje, ale po kwadransie staje się w pełni naturalne.

Przeczytaj także

Indiana Jones i Wielki Krąg – recenzja (XSX). Fortuna i chwała

Zagadki to zdecydowanie najmocniejszy punkt programu. Zmuszają do ruszenia głową, odpowiedzi rzadko są podawane na tacy, ale nie są też absurdalnie przekombinowane. Świetnym posunięciem jest możliwość dostosowania trudności łamigłówek niezależnie od poziomu wyzwań w walce – odwołują się one przecież do zupełnie innych umiejętności. Co ważne, eksploracja daje wymierne korzyści w postaci punktów przygody. Można je wydać na rozwój postaci, dzięki czemu robienie zdjęć czy czytanie notatek faktycznie ma sens, a nie jest tylko nabijaniem pucharowych statystyk.

To nie jest Harrison Ford – i dobrze

Troy Baker jako Indiana Jones odwalił kawał genialnej roboty. To jedna z najlepszych kreacji w grach ostatnich lat. Nie chodzi o ślepe naśladowanie głosu czy manieryzmu Forda – Baker ewidentnie czuje tę postać do tego stopnia, iż błyskawicznie przestajesz szukać w nim filmowego oryginału. Polska lokalizacja (napisy) wypada solidnie i gładko, jednak angielski dubbing to absolutny priorytet, zarówno ze względu na Bakera, jak i resztę obsady. Mały, ale genialny detal: NPC w tle często mówią w swoich narodowych językach zależnie od kraju, który akurat wizytujemy. Rewelacyjnie buduje to klimat podróży.

Oprawa audio zasługuje na osobną wzmiankę. Gordy Haab skomponował muzykę, która zgrabnie nawiązuje do kultowych motywów Johna Williamsa, nie będąc przy tym leniwą kopią. Z kolei warstwa dźwiękowa – ikoniczny świst bicza, głuche chrupnięcie kości przy ciosie, pogłosy w starożytnych grobowcach – trzyma poziom hollywoodzkiego hitu. Dźwięk odwala tu lwią część pracy, jeżeli chodzi o budowanie immersji.

Grafika i wydajność: Wizualny cud z drobnymi zgrzytami

Zacznijmy od technicznych konkretów. Bethesda nie bawiła się w opcjonalne tryby graficzne, celując w zablokowane 30 klatek na sekundę. Osiągnięcie tego przy tak ogromnej grze wspomaga technologia DLSS, która na Switchu 2 udowadnia swoją wartość. Oprawa wizualna potrafi autentycznie zachwycić – zwłaszcza w kwestii oświetlenia opartego na szczątkowym ray-tracingu. Promienie słońca czy księżyca wpadające przez okna, wysokiej jakości odbicia na wypolerowanych, marmurowych posadzkach czy mgła w dżungli wyglądają po prostu wybornie. Naturalnie nie obeszło się bez kompromisów. Najbardziej w oczy rzucają się cienie w otwartych lokacjach, które bywają kapryśne i potrafią nienaturalnie przeskakiwać po budynkach. Z kolei gęste, drobne tekstury (jak roślinność czy piasek) z większej odległości lubią zlewać się w mało czytelną plamę.

Przez około 90% czasu produkcja stabilnie trzyma klatkaż, co przy wręcz idealnej responsywności sterowania (nie uświadczycie tu irytującego input laga) daje masę frajdy z eksploracji. Spadki płynności oczywiście się zdarzają – odczujecie je głównie podczas częstych autozapisów, przy przejściach z ciemnych pomieszczeń do jasnych lokacji, a także w obszarach mocno obciążających procesor (jak pełen wojska obóz w Gizie). Na duży plus trzeba jednak zaliczyć fizyczne wydanie. Na kartridżu znajdziemy absolutnie kompletną, grywalną grę. Przypominam też, iż gra posiada pełną polską lokalizację (napisy oraz dubbing!). O ile w dystrybucji cyfrowej to żaden problem, tak kupując pudełko, paczkę językową będziecie musieli niestety dociągnąć z eShopu. Warto dodać, iż o ile będzie Wam mało, to Zakon Olbrzymów też jest dostępny dla NS2, ale niestety sam dodatek trzeba nabyć już oddzielnie.

Przeczytaj także

Indiana Jones i Wielki Krąg: Zakon Olbrzymów – recenzja (XSX). Mały, ale olbrzym

Żyroskop i mysz

Wydanie na Nintendo Switch 2 oferuje dwie dodatkowe opcje sterowania: żyroskop oraz tryb myszy. Pierwsza to strzał w dziesiątkę. Rozglądanie się, celowanie z biodra czy namierzanie ukrytych detali przy zagadkach dostaje drugie życie. Żyroskop w pierwszoosobowej perspektywie wydaje się o wiele płynniejszy i bardziej naturalny niż powolne męczenie prawej gałki analogowej.

Niestety, myszce trzeba wystawić o wiele słabszą ocenę. Jasne, opcja istnieje, ale ruch potrafi zgubić rytm, szczególnie podczas dynamicznych, gęstych bójek. Grzebanie w czułościach w głównym menu kilka pomaga i ostatecznie brakuje tu wymaganej precyzji. jeżeli masz zamiar pobawić się alternatywnym sterowaniem celuj od razu w żyroskop.

Podsumowanie

Indiana Jones i Wielki Krąg na Nintendo Switch 2 to wyjątkowo przemyślany i mądrze docięty port. Granica trzydziestu klatek i spadki rozdzielczości to podatek, który trzeba zapłacić, za swobodę zabrania tej przygody do łóżka czy pociągu. MachineGames zrobiło wszystko, by cięcia graficzne uderzyły w te elementy, które najmniej bolą podczas adekwatnej rozgrywki.

Jeśli nie masz w domu PS5 czy XSX, ta edycja pozwoli Ci poczuć magię Indiego bez poczucia, iż jesz resztki z pańskiego stołu. Z kolei jeżeli potężniejsze konsole masz już zaliczone, ale kusi Cię genialnie rozwiązany żyroskop i przenośność, dostajesz bardzo sensowny powód, by rozbić skarbonkę po raz drugi. Kapelusz dojeżdża na miejsce trochę wymięty, ale wciąż robi to, co do niego należy.

Gameplay


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Bethesda.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.
Idź do oryginalnego materiału