Z niemałym sentymentem wspominam Spore. Był to tytuł niepozbawiony wad i nieobce były mu kontrowersje, ale mimo wszystko pomysł Willa Wrighta, by stworzyć grę o ewolucji i oddać w ręce graczy możliwość jej przeprowadzenia, był jedyny w swoim rodzaju. No, a przynajmniej tak wydawało mi się dopóty, dopóki nie odkryłem, iż już w 1992 roku japońskie Alamanic Corporation stworzyło E.V.O.: Search for Eden, które nie tylko podobnie jak Spore obrało za temat przewodni ewolucję, ale też zostało w momencie premiery przyjęte raczej średnio, by po latach gracze spojrzeli na nie dużo łaskawszym okiem.
Spis Treści
- Fabuła
- Rozgrywka
- Mechanika ewolucji
- Niedociągnięcia w mechanice
- Oprawa
- Problemy techniczne
- Podsumowanie
Było sobie życie
Podobnie jak w dziele Maxisa, także w E.V.O.: Search of Eden przygodę rozpoczynamy od wcielenia się w żyjące w głębinach oceanu stworzenie. W tym przypadku jest to ryba, która za namową Gai rozpoczyna trwającą miliardy lat „wędrówkę” przez kolejne etapy ewolucji, celem odnalezienie tytułowego Edenu i udowodnienia tym samym, iż to właśnie jej należy się miano najdoskonalszej formy życia. Fabuła E.V.O. wprawdzie nie należy do najbardziej zajmujących, choćby wliczając w to pewne wątki s-f, ale stanowi przyzwoitą zachętę, by podjąć rywalizację z innymi, stającymi na naszej drodze istotami.
Fabuła przekazywana jest zarówno poprzez plansze z tekstem, jak i dialogi podczas rozgrywki.Rozgrywkowa skamielina
U podstaw jest to dość standardowa, dwuwymiarowa gra akcji z tamtego okresu. Potrzebne na dotarcie do finału 4-5 godzin upływa nam na zwykle liniowym przemierzaniu kolejnych poziomów i walce z rozmaitymi stworzonkami. Pod tym względem trudno mówić o jakiejś większej głębi. Ot, możemy oponentów podgryzać bądź przywalić im z ogona/kopyta, a substytut ewentualnych uników stanowi przeskakiwanie nad agresorem. Urozmaiceniem są tak naprawdę wyłącznie walki z bossami, których charakteryzuje wyższy poziom zdrowia i unikalne ataki, ale wciąż E.V.O.: Search for Eden może być uznany przez część graczy za produkcję żmudną.
Zwłaszcza iż niejednokrotnie będziemy przez całkiem wysoki poziom trudności popchnięci do mozolnego łażenia w lewo i w prawo po tej samej planszy, by pożerać odradzających się przeciwników (czy też raczej wypadające z nich mięsko). Robienie tego nie tylko odnawia nasze zdrowie, ale też wynagradza punktami E.V.O. – tym większą liczbą, im groźniejszy oponent. Pierwsza z korzyści rozumie się sama przez się, natomiast nad drugą zdecydowanie warto pochylić się na dłużej, bo jest ona powiązana z mechaniką, która czyni E.V.O.: Search for Eden grą tak bardzo wyjątkową.
Bossowie są zwykle zdecydowanie od nas więksi.Teoria ewolucji
W skrócie, punkty E.V.O. to w zasadzie doświadczenie, które służy nam do ewoluowania naszego podopiecznego. Wprawdzie największe przeskoki narzuca nam fabuła, więc przemiana z ryby w płaza czy jeszcze później w ssaka nie kosztuje nas nic. Zdobywane punkty wydawać możemy natomiast w obrębie każdego z etapów rozwoju na nowe części ciała jak chociażby silniejsze szczęki, dłuższa szyja, większy rozmiar ciała czy poroże. Trzyma się to oczywiście pewnej logiki, więc rybie nie dorzucimy nóg, a ssakowi fikuśniejszych płetw, ale przez cały czas różnorodność dostępnych części ciała i dowolność w ich wyborze robi wrażenie choćby dzisiaj, pozwalając na kreację niekiedy bardzo dziwacznych stworzonek (konkretne „buildy” możemy też zapisywać, by zamienić się w nie później na chwile przy pomocy specjalnych kryształów).
Zwłaszcza iż wraz z postępami w fabule „drzewko” rozwoju robi się mniej liniowe. O ile w przypadku ryb droższa łuska zwykle oznacza lepszą, o tyle pod koniec gry dostajemy kilka różnych opcji o niejednoznacznym wpływie na rozgrywkę. Przykładowo, na głowie ssaka możemy wyhodować albo grzywę, która zwiększy zadawane przez nas obrażenia, albo rogi jelenia, mające pozytywny wpływ na naszą obronność. Żaden z wyborów nie jest jednoznacznie lepszy od drugiego, wszystko zależy od preferowanego stylu rozgrywki. Mało tego, finalnie możemy wybrać między graniem wspomnianym ssakiem a ptakiem, by finalnie – o ile tylko chcemy, bo jest to opcjonalne – przyjąć formę wczesnego człowieka.
Zabicie przeciwnika to jeszcze nie wszystko, trzeba go jeszcze zjeść.Brakujące ogniwa
Sporym minusem jest niestety fakt, iż niuanse poszczególnych części ciała musimy poznawać sami, wykupując je i porównując statystyki we właściwym menu gry. Zakładka ewolucji nie mówi nam niestety nic poza nazwą i ceną, toteż polecam na telefonie otworzyć stworzoną przez fanów tabelkę z informacjami o każdej z nich. Warto też wspomnieć, iż niektóre części są nieco bezużyteczne. Służące do szarżowania rogi chociażby potrafią kosztować krocie, choć łamią się po kilku uderzeniach. Co ciekawe, te tańsze wciąż mają pewne, nieco oszukańcze zastosowanie.
Każda ewolucja odnawia bowiem nasze zdrowie, więc o ile mamy tylko nadmiar punktów, to w trakcie trudniejszych potyczek możemy na zmianę dodawać lub usuwać sobie róg, kiedy tylko nasz poziom zdrowia jest bliski zeru, tym samym zyskując swego rodzaju nieśmiertelność. To powiedziawszy, kara za śmierć jest niska. Ot, tracimy połowę punktów E.V.O. i wracamy na mapę świata, więc choćby grając fair, nie musicie obawiać się zbytnio przegranej.
Każda epoka przedstawia nam inną mapę świata. Ewoluuje on wraz z nami.Piękno prehistorii
Przyznaję, iż zaskoczeniem była dla mnie spora krytyka oprawy wizualnej w momencie premiery. Prawdopodobnie świadczy to źle o moim guście, ale uważam, iż E.V.O.: Search for Eden jest grą śliczną. Pierwsze godziny, które spędzamy pod wodą, faktycznie mogą być monotonne, ale po wyjściu na ląd produkcja Alamanic Corporation cieszy różnorodnymi widokami (od pustyń, przez lodowe zmarzliny, aż po gęste lasy) i kolorowymi sprite’ami stworzeń. Animacje mają kreskówkowy sznyt, więc zaatakowane stworzenia robią wielkie oczy z bólu, co w moim odczuciu dodaje całości uroku. Średnio do gustu przypadła mi natomiast sfera audio, podrzucająca graczowi na zmianę dość rubaszne i patetyczne utwory, które gwałtownie stają się szumem tła.
Problematyczne aspekty ewolucji
Nie obyło się też bez odrobiny problemów technicznych. Tym najbardziej widocznym są spadki klatek, kiedy na ekranie pojawia się kilka stworzeń. Wystarczą cztery, by E.V.O.: Search for Eden zaczęło dział w połowie swojej normalnej prędkości. Trudne do odczytania bywają niekiedy hitboksy, przez co otrzymamy obrażenia, choć wydawałoby się, iż powinniśmy być bezpieczni. Pewne problemy potrafi sprawić niekiedy sterowanie, aczkolwiek wyłącznie wtedy, kiedy próbujemy odbiec kawałek i natychmiastowo obrócić się, by zaatakować z wyskoku. Przygotujcie się, iż gra zinterpretuje Wasze intencje jako chęć skoczenia tyłem. Na szczęście są to wszystko raczej rzeczy, z którymi da się żyć. Irytują, ale nie niszczą doszczętnie zabawy.

Spore naszych przodków
Uważam zatem, iż o ile choć trochę interesujecie się historią gier wideo, to po E.V.O.: Search for Eden warto sięgnąć, ba, zrobić tego nie zaszkodzi choćby wtedy, kiedy niespecjalnie Was ona zajmuje, ale chcielibyście po prostu zagrać w ciekawą produkcję. Problematyczne może okazać się niestety zdobycie kopii, bo tytuł ten nie został nigdy wydany w Europie, a choćby na innych rynkach w tej chwili z racji wieku nie jest oficjalnie dostępny. o ile jednak już uda Wam się zdobyć E.V.O.: Search for Eden w ten czy inny sposób, to czeka Was kilka godzin naprawdę dobrej, choć niepozbawionej pewnych dłużyzn zabawy w boga.
Kącik Retro: Kid Kool and the Quest for the Seven Wonder Herbs (NES). Nie takie kool
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

1 dzień temu

















