Kącik Retro: The Longest Journey (PC). Magiczna wyprawa w nieznane

4 miesięcy temu

Jestem przekonany, iż każdemu z Was (lub przynajmniej większości) przewinął się przed oczami tytuł The Longest Journey. Najdłuższa Podróż, bo taką nazwę nosi ta produkcja na polskim rynku, to jedna z tych produkcji, które fani przygodówek wymieniają jednym tchem obok Syberii, Gabriela Knighta i Broken Sword. Każdy szanujący się znawca point-and-clicków musi znać kultowy już tytuł fińskiego Funcomu, a o ile go nie zna, zdecydowanie powinien nadrobić zaległości. Osobiście za tym konkretnym gatunkiem wprawdzie nie szaleję jakoś specjalnie, ale od czasu do czasu oddaję się z jego przedstawicielami w niezobowiązujące romanse. Nadszedł więc również czas, by nadrobić także The Longest Journey i przekonać się, czym tytuł ten zasłużył sobie na status kultowego.

Przygoda dla dorosłych

Z miejsca muszę przyznać, iż Najdłuższa Podróż przeszła moje choćby najśmielsze oczekiwania. Nie mam tu jednak na myśli jakości samej gry, ale jej tematykę i docelową grupę odbiorczą. Przygodówki zawsze kojarzyły mi się z produkcjami raczej familijnymi, które, choćby jeżeli biorą na tapet mroczniejsze tematy, to przez cały czas są w pewnym stopniu ugrzecznione. Tymczasem The Longest Journey to tytuł kierowany zdecydowanie do starszego odbiorcy, niestroniący od ostrego języka, przemocy, czy niedwuznacznych aluzji. Nie zrozumcie mnie źle, w żadnym razie nie jest to produkcja obsceniczna, ale co rusz dębiałem, kiedy z głośników monitora padały wulgaryzmy, a bohaterowie dyskutowali o molestowaniu seksualnym.

Smoki są w The Longest Journey najmniej zaskakującymi stworzeniami.

Uważam to za olbrzymi plus The Longest Journey. Scenariusz gry jest po prostu dorosły, ale też nie epatuje tą „dorosłością” na każdym kroku. Ten tematyczny ciężar pasuje wręcz idealnie do świata przedstawionego, będącego szaloną mieszanką futurystycznej dystopii i fantastyki. April Ryan, główna bohaterka, dość na co dzień musi znosić panujące w Newport nierówności. Dziewczyna utknęła w niższych warstwach miasta, próbując pogodzić studia z dorywczą pracą w barze, podczas gdy elity bawią się na górze pośród drapaczy chmur i latających samochodów. Życie April jest zatem biedne, ale stabilne. Wszystko zmienia się, kiedy pewnej nocy trafia we śnie do magicznej krainy, w której biała smoczyca wyjawia jej, iż jest kimś więcej, niż zwykłą nastolatką. Nie upływa zbyt dużo czasu, nim okazuje się, iż nie był to tylko sen, a przenoszenie się pomiędzy jednym światem a drugim staje się dla April codziennością.

Po drugiej stronie lustra

Stark i Arcadia to dwa połączone ze sobą światy. Nie będę tu zdradzał zbyt wiele, bo odkrywanie zależności i różnic pomiędzy nimi stanowi sporą część zabawy. Ten pierwszy to futurystycznym dom April, ten drugi natomiast to kraina wyrwana wprost z kart powieści fantasy, pełna magii, dziwacznych stworów, a przy tym technologicznie względem Stark zacofana. Obu światom grozi jednak olbrzymie niebezpieczeństwo. Balans został zachwiany, a jego brak doprowadzi do końca świata. Niespodzianką nie powinien być raczej fakt, iż to właśnie April ma doprowadzić do przywrócenia równowagi i ocalić miliony istnień od zagłady. Tak przynajmniej zostało przepowiedziane.

Panorama Newport rozbudza wyobraźnię.

Przyznam jednak szczerze, iż sam główny wątek nie jest perfekcyjny i momentami wydaje się niepotrzebnie rozwleczony, byle tylko przedłużyć czas rozgrywki. Na całe szczęście świat przedstawiony jest na tyle interesujący, iż chce się go poznawać choćby pomimo tych wszystkich dłużyzn. Olbrzymia w tym zasługa kapitalnie wykreowanych bohaterów. The Longest Journey poszczycić może się plejadą godnych zapamiętania postaci, z których wymienić warto chociażby wygadanego ptaka imieniem Crow, ekipę żyjących korzeni czy w końcu Abnaxusa, czyli żyjący ponad czasem byt, widzący jednocześnie przeszłość, przyszłość i teraźniejszość. To tylko ułamek z kapitalnej obsady, ale na wymienienie wszystkich interesujących nazwisk musiałbym poświęcić przynajmniej kilka kolejnych akapitów i zepsuć Wam tym samym frajdę z ich poznawania.

Mózg paruje

Sięganie pod przygodówki sprzed ponad dwudziestu lat jest dość ryzykowne, bo nigdy nie możemy być pewni, jakie zagadki się nam trafią. Na szczęście The Longest Journey pod względem logiczności łamigłówek wypada naprawdę nieźle. Jasne, niektóre z nich będą nieco bardziej abstrakcyjne, a i rozwiązywania zagadek metodą prób i błędów też nie zabraknie, ale w większości przypadków stawiane przed graczem wyzwanie jest w miarę sensowne. Podpowiedzi zwykle znajdziemy w dialogach lub komentarzach April, więc warto odłożyć w ich trakcie telefon. Gigantycznym plusem jest również fakt, iż twórcy nie okazali się sadystami, dzięki czemu April nie może zginąć. Próbować można zatem do skutku lub do momentu, aż sfrustrujemy się na tyle, by sięgnąć po poradnik. Drugie rozwiązanie wprawdzie pozbawi nas satysfakcji z rozwiązania zagadki samemu, ale wciąż frajda czerpana z eksplorowania świata gry powinna stanowić wystarczające wynagrodzenie.

[See image gallery at pograne.eu]

Kiedyś to było, teraz to nie jest

Tym, co od the Longest Journey najpewniej odstraszy sporą liczbę potencjalnych graczy, jest warstwa techniczna. Przede wszystkim oprawa graficzna zestarzała się absolutnie fatalnie. Krajobrazy i tła wprawdzie wciąż cieszą oko, ale już modele bohaterów i przedmiotów straszą kanciastością i brakiem szczegółów. Gra niezbyt lubi się też z nowymi systemami, co odczuwalne jest choćby w wersji z GOG-a. The Longest Journey odpaliło się na Windows 10 bez większych problemów, ale w trakcie rozgrywki notorycznie spotykałem się z podziurawionymi modelami bohaterów (komicznie wyglądał zwłaszcza Crow z podziurawionymi niczym sito skrzydłami), lewy przycisk myszy bez przerwy odmawiał posłuszeństwa, a od czasu do czasu tytuł ten potrafi wysypać się nagle do pulpitu. Zapisujcie zatem często, by potem nie złorzeczyć pod nosem. Bezproblemowo wypada natomiast warstwa audio. Gra aktorska, choć daleka od ideału, jest niezła, a melancholijna muzyka idealnie buduje posępny klimat chylącego się ku upadkowi świata. Jasne, jakość nagrań nie powala, ale należy brać pod uwagę rok wydania.

Magiczna wyprawa w nieznane

Żaden z wymienionych powyżej problemów nie wpłynął jednak w żaden sposób na moją fascynację The Longest Journey i jego światem. Śmiem twierdzić, iż to tytuł ponadczasowy, który warto sprawdzić choćby dziś. Przygoda momentami będzie nieco upierdliwa, głównie ze względu na wiek produkcji, ale sporą część problemów można załatwić fanowskimi modyfikacjami, które klasycznie w moim przypadku odmawiają posłuszeństwa. Jednak choćby bez nich przy The Longest Journey spędził dobrych kilka godzin i nie żałuję absolutnie żadnej z nich. To produkcja z fascynującym światem, arcyciekawymi bohaterami i kapitalnym klimatem. Nie wierzcie mi jednak na słowo, przekonajcie się o tym sami.

Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), naszym Discordzie lub Fediverse. Jesteśmy też dostępni w Google News!

Idź do oryginalnego materiału