Miasto od dawna przypomina planszę do gry, w której ktoś nieustannie przesuwa pionki, przestawia płotki i dopisuje regulaminy drobnym drukiem. Przestrzeń nigdy nie była niewinna. Ktoś ją posiadał, ktoś pilnował, ktoś decydował, kto może usiąść na ławce, a kto najwyżej popatrzeć przez siatkę. Wystarczy przejść się po nowych osiedlach deweloperskich, żeby zobaczyć współczesną wersję tej starej historii. Mikroplac zabaw. Ogrodzony. Jedna zjeżdżalnia, najlepiej w kolorze wyblakłej pomarańczy. Huśtawka dla jednego dziecka, ponieważ wspólnota kończy się tam, gdzie zaczyna się koszt drugiej huśtawki. Obok ławka. Jedna. Trawnika brak, bo przecież trawa wymaga troski, a kostka brukowa wymaga jedynie faktury VAT.