Piątego czerwca zeszłego roku wracałem do domu z głową pełną ciężkich myśli po wyjątkowo trudnym dniu w pracy. W tamtym momencie byłem dosłownie o krok od ugięcia się pod naporem premierowej gorączki i samodzielnego zakupu Nintendo Switch 2. Los chciał jednak inaczej, a moment, w którym przekroczyłem próg mieszkania, zapisał się w mojej pamięci na zawsze. Pod telewizorem czekał na mnie widok, który błyskawicznie wymazał całe zmęczenie – zestaw z Mario Kart World, podarowany jako niespodzianka przez moją narzeczoną, Alonkę. Towarzysząca temu czysta, dziecięca euforia była nie do opisania. Jako zdeklarowany miłośnik handheldów, gdy tylko wziąłem nowe urządzenie do rąk, poczułem, iż Japończycy stworzyli sprzęt niemal idealny, będący naturalnym spełnieniem moich marzeń.
Spis Treści
- Stary znajomy w nowej formie i innowacje w Joy-Conach
- Ewolucja interfejsu
- Nośnikowe kontrowersje
- Nowa era mobilnego grania i nadrabianie zaległości
- Drugie życie starszych gier, czyli wsteczna kompatybilność z dopalaczem
- Ewolucja zamiast rewolucji, czyli werdykt ostateczny
Stary znajomy w nowej formie i innowacje w Joy-Conach
Gdy tylko wziąłem konsolę do rąk, poczułem się, jakbym spotkał starego przyjaciela po latach intensywnych treningów – świetnie przygotowanego na zupełnie nowe wyzwania. Z pozoru to bardzo podobna konstrukcja, jednak w każdym detalu dało się wyczuć magiczny powiew świeżości. Przesiadając się z klasycznego Switcha w wersji V2, od razu doceniłem większy i wyraźnie ładniejszy ekran, na widok którego momentalnie uśmiechnęła mi się twarz. Oczywiście, w bezpośrednim starciu z matrycą z modelu OLED jest to zauważalny krok wstecz i w pełni rozumiem rozczarowanie wielu graczy, bo sam chętnie powitałbym ten standard w nowej generacji. Zamiast jednak narzekać, cieszę się tym, co otrzymałem, zwłaszcza iż sprzęt mocno nadrabia na innych polach.

Niezwykle miłym zaskoczeniem okazały się udoskonalone, znacznie bardziej precyzyjne analogi. Zmiana jest na tyle odczuwalna, iż w trybie zadokowanym rzadko mam potrzebę sięgania po dodatkowy pad, w pełni ciesząc się rozgrywką ze standardowymi kontrolerami. Prawdziwym asem w rękawie okazała się jednak innowacja ukryta wewnątrz nich. Choć nikt nie odkrył tu Ameryki, bo przecież komputerowa myszka towarzyszy nam od dekad, to zaimplementowanie funkcji działającej na tej samej zasadzie bezpośrednio w Joy-Conie stanowi gigantyczny skok komfortu. Możliwość tak płynnego i precyzyjnego sterowania w strzelankach pokroju Fortnite czy w klasycznych grach strategicznych otwiera przed tym sprzętem zupełnie nowe możliwości.
Ewolucja interfejsu
Jeśli chodzi o sam interfejs użytkownika, mamy do czynienia z drobnym liftingiem, bo w gruncie rzeczy to przez cały czas to samo sprawdzone środowisko, które doskonale znamy z pierwszego Switcha. Nowością jest za to wyczekiwana opcja streamowania rozgrywki oraz wbudowany czat głosowy, który doczekał się choćby dedykowanego guzika na Joy-Conie. Kapitalnym rozwiązaniem okazała się również funkcja Share Game. Możliwość wspólnego ścigania się ze znajomym z drugiego końca internetu w FAST Fusion, czyli nieformalnym następcy kultowego Wipeouta, daje mnóstwo radości. Prawdziwym systemowym przełomem jest jednak responsywność.

Poruszanie się po sklepie eShop, co w przypadku pierwszej edycji konsoli było doświadczeniem mocno irytującym, teraz jest milion razy szybsze i płynniejsze. Zrozumiała i w pełni wystarczająca jest również kwestia wbudowanej pamięci. Dostępne na start 256 GB to rozsądne minimum dla sprzętu przenośnego. W przeciwieństwie do stacjonarnego peceta czy dużej konsoli pod telewizorem, tutaj chętnie trzymam całą paletę tytułów gotowych do odpalenia w podróży czy na świeżym powietrzu. Sytuację ratują wprawdzie karty pamięci nowej generacji, które szybkością odczytu i zapisu danych bez problemu dorównują dyskom SSD, ale w dniu premiery ich zaporowe ceny skutecznie odstraszały. Wiele osób po prostu zrezygnowało z rozbudowy miejsca na gry, a ten problem z pamięcią jest niestety potęgowany przez kolejny, dość niezrozumiały pomysł Nintendo.
Nośnikowe kontrowersje
Jako gracz pamiętający starsze generacje, uwielbiam fizyczne nośniki. Fakt, iż gry na tę konsolę wciąż ukazują się na kartridżach, budzi u mnie taki sam szczery uśmiech, jak za dawnych lat spędzonych przed ekranem z NES-em, SNES-em czy Mega Drivem. Jednak nie potrafię zrozumieć, kto wpadł na absurdalny pomysł forsowania tak zwanych „game key cardów”. Otrzymujemy fizyczny kawałek plastiku w pudełku, ale i tak zmuszeni jesteśmy pobierać całą zawartość z sieci. W kontekście konsoli stricte przenośnej to rozwiązanie po prostu mija się z celem, zwłaszcza iż najczęściej dotyczy to największych tytułów.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, iż potężne produkcje pokroju Cyberpunka 2077 czy niedawnej premiery Indiany Jonesa dobitnie udowadniają, iż można wrzucić pełną grę na normalny nośnik. Wiadomo, łatki i aktualizacje zawsze trzeba będzie dociągnąć, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by po wyjściu ze sklepu po prostu usiąść w parku i od razu cieszyć się nowym nabytkiem. Tłumaczenia, iż Nintendo wysoko ceni swoje kartridże, zupełnie do mnie nie trafiają. Nikt mi nie wmówi, iż gigantycznych korporacji pokroju Capcomu czy Segi nie stać na zainwestowanie w porządny, pojemny nośnik zamiast zmuszania graczy do uciążliwego pobierania dziesiątek gigabajtów danych.
Nowa era mobilnego grania i nadrabianie zaległości
Moja adekwatna przygoda z biblioteką gier na Switcha 2 zaczęła się od tytułu, który przez lata budził we mnie sporo sprzecznych emocji. Mowa o Cyberpunku 2077 – produkcji, która początkowo potwornie mnie męczyła swoim fatalnym stanem technicznym. Dopiero rewolucyjna aktualizacja 2.0 wraz z genialnym dodatkiem sprawiły, iż wsiąkłem w Night City bez pamięci, a po ukończeniu historii, ocierając łzy wzruszenia, uświadomiłem sobie, iż z mojego życiorysu nagle zniknęło ponad 90 godzin. Wersja na nową konsolę Nintendo była dla mnie absolutnym obowiązkiem zakupowym.

Choć nie jest to oczywiście najlepiej działający port w historii elektronicznej rozrywki, to gra wygląda po prostu świetnie, działa zaskakująco dobrze i, co najważniejsze, w całości mieści się na fizycznym nośniku. Oprócz zwiedzania futurystycznego uniwersum CD Projekt RED, ostatnie miesiące upłynęły mi także na ogrywaniu kapitalnego Yakuza 0: Director’s Cut oraz nostalgicznej podróży w Bravely Default: Flying Fairy HD Remastered. Co ciekawe, nowa platforma nie służyła mi wyłącznie do sprawdzania świeżych hitów. Z ogromną przyjemnością odświeżyłem na niej również mnóstwo gier z poprzedniej generacji, a wszystko to za sprawą jednego, genialnego czynnika…
Drugie życie starszych gier, czyli wsteczna kompatybilność z dopalaczem
Głównym powodem, dla którego tak chętnie wracam do starszych produkcji, jest fakt, iż cała masa tytułów otrzymała oficjalne aktualizacje dedykowane nowej konsoli. Polityka wydawców bywa pod tym względem różna – jedne poprawki dostajemy całkowicie za darmo, jak miało to miejsce w przypadku spektakularnego patcha do The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom, za inne z kolei, pokroju rozbudowanych edycji „Director’s Cut”, trzeba nieco dopłacić. Prawdziwą rewelacją okazały się jednak produkcje, które już na pierwszym Switchu posiadały fabrycznie odblokowany klatkaż. Doskonałym przykładem jest Saints Row The Third: Remastered – gra, która na starym sprzęcie potrafiła łapać zadyszkę, a teraz na nowej platformie działa w cudownych, niemal zabetonowanych 60 klatkach na sekundę.

Na dodatek Nintendo pokusiło się o genialne, systemowe wsparcie w postaci funkcji „Boost”. Pozwala ona na odpalanie gier z pierwszej generacji w ich pełnym profilu zadokowanym, ale bezpośrednio na ekranie handhelda Switcha 2. Dzięki temu sprytnego zabiegowi mogłem ogrywać moje ulubione, starsze tytuły w znacznie wyższej rozdzielczości, przy widocznie lepszej oprawie wizualnej i ze stuprocentowo stabilnym klatkażem, bez konieczności czekania na ruch ze strony oryginalnych twórców.
Ewolucja zamiast rewolucji, czyli werdykt ostateczny
Patrząc na ten sprzęt po niemal roku, muszę przede wszystkim zacząć od prostego: dziękuję Ci, kochana Alonko, za ten wspaniały prezent. Jasne, Switch 2 ma swoje mniejsze i większe wady, ale ogromna biblioteka gier oraz nieprawdopodobna liczba tytułów idealnych do kanapowej zabawy z przyjaciółmi po prostu bezlitośnie biją całą konkurencję. I choć bardzo bym chciał, żeby Nintendo postawiło w przyszłości mocniej na marki własne – chętnie zobaczyłbym nowe Donkey Kong Bananza czy zupełnie świeże IP – to i tak jestem zachwycony, iż w świetnej jakości mogę ogrywać moje ukochane odsłony Resident Evil czy niedawno odświeżone Fatal Frame II. Ogromna w tym zasługa technologii DLSS. Chciałbym, żeby coraz więcej studiów korzystało z tego rozwiązania, bo rekonstrukcja obrazu robi na tym małym ekranie absolutnie genialną robotę. Wiem, iż rozpływam się nad tym urządzeniem, ale te 11 miesięcy udowodniło mi, iż bezpieczna ewolucja zamiast szalonej rewolucji bywa czasem najlepszą możliwą drogą.

Gdybym miał koncert życzeń na kolejne lata, poprosiłbym Nintendo o jedno: odblokujcie wreszcie emulatory klasycznych gier dla wszystkich, a nie tylko dla subskrybentów droższego abonamentu Switch Online. Cudownie byłoby móc po prostu kupić legendarne produkcje z dawnych lat, jak Pokémon Fire Red czy hity z Game Boy Advance, w jakiejś rozsądnej cenie. Płacenie blisko 90 złotych za kilkudziesięcioletni plik to gruba przesada – połowa tej kwoty byłaby uczciwym układem. Czy jestem ostatecznie zadowolony z tych 11 miesięcy? Bez dwóch zdań. Czy gdybym miał wybór, kupiłbym tę konsolę samemu? Tak. Mam świadomość, iż z czystej ekscytacji pewnie pominąłem połowę rzeczy, o których planowałem wspomnieć, ale musicie mi wybaczyć – czas goni, a na ekranie czeka już odpalone Super Mario Party Jamboree. Do następnego!
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Za dostarczenie sprzętu do testów dziękuję Alonce.
Udostępnienie konsoli wpłynęło mocno na wydźwięk powyższego materiału xD.

3 godzin temu














