Seria Monster Hunter Stories zawsze była czymś w rodzaju słodkiej odskoczni od brutalnego, wymagającego rytmu głównej sagi. Zamiast desperackiego unikania przed rozjuszonym Rathalosem i modlitwy, by zdążyć uderzyć przed jego kolejnym atakiem, dostajesz… przyjaźń. Wsiadasz na grzbiet potwora, machasz do kamery i ruszasz w przygodę rodem z sobotniego porannego bloku kreskówek. Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection nie tylko podtrzymuje ten czar, ale bez pardonu wchodzi z nim na zupełnie nowy poziom – i szczerze mówiąc, po skończeniu zabawy nie byłem w stanie wrócić do polowania bez pewnego rodzaju nostalgii za tymi kolorowymi krajobrazami i moim ulubionym Rathalosem!
Spis Treści
- Księżniczka idzie na wojnę
- Kamień, papier, nożyce – ale z zębami
- Ekologia jako zabawa
- Świat wart zwiedzania
- RE Engine w bajkowym kostiumie
- Muzyka i dźwięk
- Kilka kamyczków w bucie
- Podsumowanie
Kup Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection (PC)
Księżniczka (lub Książe) idzie na wojnę
Historia w Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection zaczyna się od czegoś, czego w tej serii raczej się nie spodziewałem – od polityki. Królestwo Azuria żyje w napiętej koegzystencji z sąsiednim Vermeil, a oba kraje trawi tajemnicze zjawisko krystalizacji, które zamienia dzikie stworzenia i ich siedliska w zimne, martwe kryształy. Wcielamy się w królewskiego syna lub królewską córkę, który lub która porzuca wygodne komnaty, by stanąć na czele grupy Rangerów – badaczy dzikich terenów i obrońców ekosystemów. Brzmi poważnie? Bo tak właśnie jest, i to miło zaskakuje.

Seria dotychczas aż tak nie porywała narracją. Tutaj jednak twórcy pokusili się o coś znacznie bardziej ambitnego. Wątek zaginięcia matki protagonistki, dawne tajemnice królewskiej rodziny i napięcie polityczne między królestwami tworzą historię, przy której chciało mi się siedzieć do późna, chociaż do gry podchodziłem z nastawieniem „pogram sobie lekko przed snem”. Nie był to plan, który mi wyszedł.

Co ważne, towarzysze nie pełnią tu roli ożywionej scenografii. Każda z kluczowych postaci ma własną historię do opowiedzenia, własne motywacje i własny łuk fabularny do przebycia. Misje poboczne poświęcone poszczególnym bohaterom to nie zapychacze – to pełnoprawne mini-narracje, które rzeczywiście dają nowy kontekst wydarzeniom głównym. Capcom wyraźnie odrobił lekcję z poprzednich odsłon.
Kamień, papier, nożyce – ale z zębami
Fundamenty systemu walki w Stories pozostają niezmienione: turowe starcia, w których wybieramy typ ataku (Siła, Technika, Szybkość) i staramy się przewidzieć, co zaraz wyczyni przeciwnik. To wciąż ta sama logika kamień-papier-nożyce, która dawała mnóstwo satysfakcji już w jedynce i dwójce. Tym razem jest jednak znacznie głębiej.

Największą zmianą jest wprowadzenie Wyvernsoul Gauge – wskaźnika bojowego ducha każdego dużego potwora. Systematyczne ataki, zwłaszcza te celowane pod odpowiedni typ, uszczuplają ten pasek, aż stworzenie zostaje ogłuszone i traci dostęp do swojej pełnej mocy. Wtedy pojawia się szansa na wyczerpanie adekwatnego Wyvernsoul Bar, po którym potwór pada na kolana. A wtedy… Synchro Rush. Cała drużyna z potworami rzuca się na leżącego przeciwnika w jednym, spektakularnym natarciu. Wygląda to dokładnie tak fantastycznie, jak brzmi.

Na papierze to proste dodanie jednej warstwy do i tak sprawnego systemu. W praktyce zmienia jednak to, jak myślisz o każdej walce. Czy skupić się na szybkim skracaniu paska życia, czy może powalić bestię i uderzyć z całą siłą drużyny w jednym momencie? To naprawdę angażująca decyzja, zwłaszcza gdy wróg w każdej chwili może zmienić swoją postawę bojową, przenosząc słabe punkty i zmieniając typ używanych ataków. Do tego łamanie części ciała przeciwnika wciąż ma ogromne znaczenie – szczególnie u zmutowanych, skrystalizowanych wariantów, które potrafią serwować naprawdę nieprzyjemne niespodzianki.
Trzy sloty na broń (Sieczna, Przebijająca, Tępa) wymuszają myślenie o zasobach przed każdą większą potyczką, a dekoracje dołączane do ekwipunku pozwalają modyfikować zestawy ruchów, otwierając całe spektrum opcji personalizacji stylu gry. To więcej synergii z główną serią, niż kiedykolwiek wcześniej, i czuć to w każdej godzinie spędzonej przy tej grze.
Monster Hunter Stories 1 & 2 – recenzja (XSX). Czy łapanie potworów zadziała na Xboxie?
Ekologia jako zabawa
Gdybym miał wskazać jeden system, który najbardziej mnie zaskoczył – a przy tym pochłonął więcej czasu, niż planowałem – to byłoby to Przywracanie Habitatów. Zamiast po prostu wyruszać do kolejnych Jaskiń Potworów po jajka, możesz aktywnie kształtować ekosystem każdego obszaru. Wypuszczasz złowione gatunki do danej strefy, one się rozmnażają, tworzą unikalne mutacje, a te z kolei składają jajka z wyjątkowymi genami.

Mechanika hodowli i wymiany genów między potworami to coś w rodzaju supermocy dla maniaka optymalizacji. Geny widoczne są w formie siatki bingo: dopasuj kolor lub typ w rzędzie, a stwór zyska dodatkową siłę. Podbijesz ogień Rathalosowi genami z innego ogniodyszącego stworka? Można. Usuniesz słabość na wodę? Też można. Głębokość tego systemu jest imponująca, a mimo to nie przytłacza – gra respektuje Twój czas w stopniu, który w grach JRPG rzadko jest oczywisty.

Zdarzyło mi się niemal przypadkowo osiągnąć ranking S w restauracji lokalnej populacji Rathian, co zaowocowało pojawieniem się unikalnej mutacji Dreadqueen. Wylęgłem ją, weszła do drużyny jako gotowy, potężny towarzysz i byłem po prostu zachwycony. To właśnie ten rodzaj organicznej satysfakcji, za którą wracamy do gier.
Świat wart zwiedzania
Mapy w Twisted Reflection są duże, ale nie do bólu. Capcom znalazł tu sensowny balans między poczuciem przestrzeni a brakiem wrażenia chodzenia po pustkowiu. Każda strefa jest podzielona na sektory, w których możesz bawić się ekologiem, a za każdym rogiem czai się coś, co warto zbadać – ukryta nisza, nora z jajkami albo rzadki gatunek, na który nie liczyłeś.

Przemieszczanie się między obszarami to czysta przyjemność, bo każdy Monstie wnosi inny zestaw możliwości. Rathalos szybuje z wiatrowych prądów. Tobi-Kadachi wspina się po pionowych ścianach. Royal Ludroth śmiga przez wodę. Gra nie zmusza cię do poświęcenia ulubionego jajka – przez całą przygodę miałem dostęp do odpowiednich specjalistów bez poczucia, iż rezygnuję z czegoś cennego. Drobnym zgrzytaniem jest jednak to, iż Rathalos – król niebios, symbol całej serii – technicznie jedynie szybuje, a nie lata. Machanie skrzydłami w górę? Zapomnij. To małostka, ale wyobraźnia podpowiada, iż powinno być inaczej.

Przed walką można też zaatakować przeciwnika z zaskoczenia w terenie lub, gdy jest wyraźnie słabszy, pokonać go bez wchodzenia w tryb bitwy. Eksploracja nagradza zarówno składnikami, jak i doświadczeniem – i nie sprawia wrażenia obowiązkowego grindowania, ale naturalnego odkrywania.
RE Engine w bajkowym kostiumie
Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection to pierwsza odsłona serii korzystająca z silnika RE Engine firmy Capcom i efekt jest po prostu piękny. Stylistyka cell-shadingu połączona z możliwościami tego narzędzia daje coś niezwykłego: postacie i potwory wyglądają jak wyciągnięte z najlepiej narysowanego anime, a jednocześnie świat zachowuje głębię i szczegółowość, której wcześniej w tej serii nie było.

Animacje podczas walki są na poziomie osobnej kategorii artystycznej. Każdy podpisowy ruch każdego potwora – czy to ryk Rathalosa, czy szarża Magnamalo – odtworzony jest z taką starannością i dramaturgią, iż trudno uwierzyć, iż to ta sama seria, co pikselowe początki na handheldzie Nintendo. Przerywniki filmowe podczas kluczowych momentów fabularnych robią wrażenie, a grafika na PC pozwala podziwiać je w pełnej krasie.

Wydajność na komputerach osobistych stoi na solidnym poziomie, przynajmniej na mojej konfiguracji (Ryzen 7 7800X3D, RTX4070 Ti SUPER, 32GB DDR5) – Capcom wyraźnie wie, jak wycisnąć z własnego silnika co najlepsze, a doświadczenia z poprzednich premier (po pewnych perturbacjach z Monster Hunter Wilds) najwyraźniej dały twórcom do myślenia. Wszystkie ustawienia na najwyższe i zero problemów z grafiką czy płynnością.
Kilka kamyczków w bucie
Nie byłbym uczciwy, gdybym pominął kilka rzeczy, które uwierały podczas zabawy. System podpowiedzi i tutoriali w grze jest rozbudowany i naprawdę użyteczny – dopóki nie zaczniesz szukać informacji o bieżącym celu misji. Tam, gdzie gra chętnie tłumaczy mechaniki przez kilkanaście ekranów, opisy zadań potrafią być zatrważająco lakoniczne lub wręcz nieobecne. Jedna z wczesnych misji wymagała zebrania konkretnych składników w specyficzny sposób, a quest log milczał jak zaklęty. Rozwiązanie? Powrót do NPCa i rozmowa we adekwatnym momencie. Tak, to mała rzecz. Ale w trakcie kilkugodzinnej sesji niepotrzebnie zatrzymuje.

Brak rejestru dialogów w trakcie przerywników filmowych to kolejna kwestia – jeżeli rozproszysz się w kluczowym momencie albo po prostu chcesz wrócić do wcześniejszej kwestii, możesz zapomnieć. Gra nie zapamiętuje rozmów w żadnym podręcznym logu. Misje poboczne znajomych, które tak naprawdę blokują postęp w głównym wątku, nie wyświetlają się w dzienniku zadań przed ich ukończeniem. To może powodować chwile konsternacji u osób, które nie wiedzą, dlaczego historia stanęła w miejscu. To nie są wady, które psują zabawę. To raczej drobne chropowatości na skądinąd bardzo dobrze wypolerowanej grze.
Muzyka i dźwięk
Oprawa audio w Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection trzyma poziom, którego można było oczekiwać po tej marce. Kompozycje podczas walk z dużymi potworami robią swoje – są dynamiczne i dobrze budują napięcie, szczególnie gdy na ekranie dzieje się coś spektakularnego.
Spokojniejsze motywy podczas eksploracji nie drażnią i przyjemnie współgrają z nastrojem danej lokacji. Efekty dźwiękowe, zwłaszcza te towarzyszące atakom i ruchom potworów, są solidnie wykonane i wiernie oddają charakter bestii znanych z głównej serii. Nie jest to może ścieżka, którą będziesz nucić pod prysznicem, ale na pewno taka, przy której nie sięgniesz po pilota, żeby ściszyć.
Podsumowanie
Monster Hunter Stories 3: Twisted Reflection na PC to nie tylko świetny spin-off – to dowód na to, iż Capcom potrafi rozwijać poboczne gałęzie swojej największej franczyzy z taką samą starannością, co ich główne produkcje. Dojrzalsza fabuła, głęboki system walki wzbogacony o Wyvernsoul Gauge, unikalne mechaniki ekologiczne i oprawa graficzna, która po prostu zapiera dech w piersiach – wszystko to składa się na najlepszą odsłonę w historii serii i jedną z ciekawszych gier turowych tego roku.
Jeśli wahasz się, bo nie grałeś w poprzednie części – spokojnie wskakuj. Historia jest samowystarczalna, a gra wprowadza wszystkie mechaniki z odpowiednią cierpliwością. jeżeli jesteś fanem Monster Hunter Stories 2 – już powinieneś grać. A jeżeli kojarzysz markę wyłącznie z głównych odsłon – Twisted Reflection może okazać się zaskakująco przyjemnym odkryciem. Bo czasem najlepiej walczy się nie mieczem, ale przyjaźnią. I zestawem genów odpowiednio dobranym w siatce bingo.
Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.
Za dostarczenie gry do testów dziękujemy firmie Capcom.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.


1 miesiąc temu
















