Nightmare Frontier – recenzja (PC). Koszmarny Dziki Zachód

7 godzin temu

Turowe gry taktyczne inspirowane serią XCOM mają się całkiem nieźle. Sam zagrywałem się w Phoenix Point, Marvel’s Midnight Suns czy Warhammer 40,000: Chaos Gate – Daemonhunters, a niedawno choćby w nieco uproszczoną interpretację gatunku w postaci Showgunners. Kilka tygodni temu pojawiła się produkcja, która próbuje ugryźć temat od nieco innej strony, dodając elementy popularnego w ostatnich latach roguelite. Czy Nightmare Frontier od studia Ice Code Games ma szansę zaistnieć w świadomości fanów gatunku?

Spis Treści

  • Świat gry i fabuła
  • Rozgrywka taktyczna
  • Rozgrywka strategiczna
  • Technikalia
  • Podsumowanie

Bardzo Dziwny Zachód

W alternatywnej rzeczywistości wczesny XX wiek w Ameryce Północnej był czasem nietypowym. Jak inaczej bowiem opisać świat, w którym koszmary przyjmują fizyczną formę? Każdy rozsądny człowiek w takiej sytuacji spakowałby walizki i uciekał jak najdalej. Główne postacie z gry, Scavengers, nie należą jednak do tej grupy, gdyż widmo zysku motywuje ich bardziej niż strach. Odpowiedziawszy na ogłoszenie w gazecie, przybywają do nawiedzonego miasta w poszukiwaniu esencji Koszmaru, którą jeden szaleniec nauczył się wykorzystywać do zasilenia wynalazków przekraczających granice logiki. Dlatego w głąb miasta organizowane są liczne wyprawy, a wrócić z nich można z nowym sprzętem, kompletem zębów potwora albo towarzyszem w trumnie.

Z czasem i kolejnymi postępami odkrywamy coraz więcej tajemnic oraz poznajemy prawdziwe zamiary Doca, który nas zwerbował do pomocy. Fabuła jest tutaj poprowadzona w bardzo prosty sposób, tekstowo z narracją, bez choćby zwykłych animacji. Choć to proste i wybitnie mające na celu zaoszczędzenie pieniędzy rozwiązanie, zrealizowane jest naprawdę porządnie i fabuła choćby mnie zaintrygowała. Nieco brakowało mi bardziej „naszej” postaci, bo w drużynie mamy wprawdzie jednostki, ale żadna z nich nie jest Główną Postacią, a z tego powodu brakowało mi bardziej osobistego charakteru historii. My jesteśmy niejako całą grupą, niezależnie od tego, jakich przypadkowych nieszczęśliwców zrekrutujemy w swoje szeregi. Mimo wszystko sama historia może być całkiem niezłym motywatorem, aby brnąć dalej.

Rewolwerem, szablą i sprytem


Naszym zadaniem jest kierowanie Łupieżcami, walka z potwornościami oraz podejmowanie nieraz trudnych decyzji o tym, czy wycofać się, czy przeć dalej. Gra bowiem opiera się na dwóch głównych filarach, obok kilku pomniejszych. Pierwszym z nich jest walka w systemie turowym. Nie bez powodu we wstępie przywoływałem te wszystkie tytuły, bo od razu rozgrywka w Nightmare Frontier kojarzy się właśnie z tym stylem turowych strategii. W przeciwieństwie jednak do większości z nich brakuje tutaj tej charakterystycznej losowości. Jeśli mamy przeciwnika w zasięgu i spełniamy warunki ataku, zawsze trafiamy. To sprawia, iż walka zawiera mniej ryzyka związanego z przypadkiem, a miejscami staje się wręcz zagadką logiczną. Niemal zawsze sukces jest dziełem naszego umiejętnego wykorzystania akcji, terenu, a choćby samych przeciwników. Jednocześnie porażki także są w zdecydowanej większości naszą własną winą.

Postacie, które przyjdzie nam kontrolować, mają swój zestaw umiejętności, zależny od ich typu, ale też ekwipunku. Niektórzy lepiej sprawdzają się na dystans, inni polegają na rykoszetach i kreatywnym wykorzystaniu otoczenia, a siłą niektórych jest po prostu strzelba i pięść. Wraz z postępami i rozwojem sprzętu nasz zespół staje się potężniejszy, a rozwijając nieco później i obozowisko, możemy zabrać ze sobą większą liczbę Łupieżców. Dzięki temu gwałtownie zauważamy własne postępy i wyraźnie czujemy przyrost mocy. Jednocześnie w późniejszej części zabawy to właśnie staje się pewnym minusem. Dobrze rozwinięta drużyna potrafi bez wysiłku wyeliminować zespół przeciwnika w pierwszej turze, zanim ci będą mieli jakąkolwiek szansę na swój ruch. Sprawia to, iż starcia stają się banalnym wyzwaniem, przez co gwałtownie się nudzą.

Unikalnym dla gry rozwiązaniem jest mechanika strachu. Każdy z Łupieżców czegoś się boi – pająków, ognia, ciemności i innych. Ma to znaczenie o tyle, iż w trakcie starć im więcej ataków wykona przeciwnik, tym bardziej ładuje się poziom koszmaru. Osiągnąwszy odpowiedni poziom, skutkuje to na przykład wzmocnieniem przeciwników, ale też przywołaniem strachu naszych postaci do życia. Więc przykładowo ktoś, kto boi się pająków, przywoła kowboja-pająka z sześcioma rewolwerami. Początkowo to rozwiązanie bardzo przypadło mi do gustu, zwłaszcza iż twórcy gry naprawdę popisali się, projektując naszych przeciwników. Niestety, z racji tego, iż później starcia robią się łatwe, ta mechanika gwałtownie traci na znaczeniu.

Decyzje, wybory, konsekwencje


Drugim filarem rozgrywki w Nightmare Frontier jest mechanika roguelike. Gdy wybieramy się z zespołem na rajd, musimy dokonywać wyborów dotyczących naszych kroków. Zwykle mamy dwie albo trzy ścieżki, a wybrać można tylko jedną. Zależnie od naszej decyzji możemy zdecydować się na inny rodzaj spotkania z przeciwnikami, pójść w kierunku łupu, który nas kusi, albo skierować się choćby do wcześniejszego wyjścia. Punkty, których nie wybierzemy, zostają za nami i nie da się do nich wrócić, trzeba więc uważnie przestudiować dostępną mapę ścieżek. Szkopuł w tym, iż poza najbliższymi punktami nie znamy szczegółów kolejnych etapów (choć z odpowiednim rozwojem osady można to nieco poprawić) – widzimy jedynie ogólną ikonę, która pozwala stwierdzić, czy to pole walki, odpoczynku czy innego rodzaju, ale bez dodatkowych informacji.

Zwykle jeden rajd to około 15 pól do przejścia. Trzy z nich to punkty ewakuacji. To istotne z tego powodu, iż to jedyne miejsca, w których możemy odejść i zachować dotychczasowy łup. jeżeli zginiemy pomiędzy nimi, przepada nam wszystko, co w trakcie rajdu zdobyliśmy. Należy więc poważnie zastanowić się, czy podejmować ryzyko dalszych starć, czy rzucić ręcznik i powrócić ze skromniejszą zdobyczą. Jednak z powodu wcześniej wspomnianego rozwoju postaci jest to dylematem tylko w początkowych godzinach gry. Później jesteśmy wystarczająco potężni, aby się niczym nie przejmować i porażka grozi nam tylko i wyłącznie wtedy, gdy popełnimy jakiś błąd.

Zdobyte łupy z kolei dzieli się na kilka kategorii. W niektóre z nich możemy wyposażyć nasz zespół, dając im np. więcej opcji ataku, kolejną broń czy więcej miejsca na przedmioty lecznicze. Inne przydadzą się do tworzenia i ulepszania przedmiotów. Jeszcze inne z kolei posłużą nam do rozwoju osady, co z kolei przekłada się na nowe możliwości, umiejętności czy przedmioty. Dodatkowo spotykanych w terenie Łupieżców możemy oddelegować do osady na stałe, przez co wprawdzie tracimy możliwość zabrania ich w bój, ale w ten sposób przyczyniamy się też do rozwijania naszego zakątka. Przyznam szczerze, iż w późniejszym etapie gry to tutaj czerpałem więcej radości, choć i tu gwałtownie wkrada się monotonia.

Koszmarnie, choć choćby ładnie


Nightmare Frontier to wybitna produkcja bez ogromnego budżetu. Zgaduję, iż to jeden z powodów, dla których produkcja nie zachwyca swoim wyglądem. Modele są proste i ciężko uznać je za ładne, ale jednocześnie charakterystyczny styl graficzny sprawia, iż nie rzuca się to mocno w oczy, a pewne ułomności modeli i otoczenia są sprytnie ukryte. To nie jest brzydka gra, choć ładną trudno ją nazwać. Podobny poziom prezentuje udźwiękowienie, brakuje tu czegoś mocniejszego i bardziej charakterystycznego, choć wciąż jest poprawnie. Muzyka także spełnia swoje zadanie, choćby jeżeli brakuje tutaj wybitnych utworów. Jedynie ubolewam nad tym, iż często przejście pomiędzy mroczną i klimatyczną melodią ze starcia do motywu podsumowania rozgrywki potrafi się mocno gryźć charakterem, zbyt mocno kontrastując.

Technicznie kilka mogę zarzucić temu tytułowi, ale jednak coś się znajdzie. Choć gra ma niskie wymagania sprzętowe, a także bez problemu działa na Linuksie, zdarza się jej nieładnie przyciąć, zwłaszcza na początku tur czy po wczytaniu mapy starcia. Kilkukrotnie wyrzuciło mnie do pulpitu po zakończonej walce – co kończy się tutaj powrotem do zapisu sprzed rajdu – a do tego tytuł nie lubi się z kombinacją alt+tab, więc warto ograniczyć przełączanie się między oknami w trakcie zabawy. Pomijając te bolączki, brak w grze błędów z teksturami, blokowaniem się postaci czy usterek uniemożliwiających zabawę. Warto jednak wziąć pod uwagę, iż kilka pierwszych łatek wydanych po premierze mocno ograniczyło częstotliwość występowania tych problemów.

Podsumowanie

Jeśli mienicie się fanami gatunku gier pokroju XCOM czy Phoenix Point, możecie się zainteresować Nightmare Frontier. Rozgrywka jest przyjemna, choć nieporównywalnie łatwiejsza. Dla bardziej hardkorowych fanów jednak rozwój osady może się wydać tutaj mocno uproszczony, a brak losowości w starciach bardzo dużo ułatwia. To sprawia, iż ten tytuł to raczej pozycja sprawdzająca się w roli przerywnika od bardziej poważnych wyzwań, niż główne danie. Największą wadą gry jest jednak samo to, iż gwałtownie zaczyna być monotonna i powtarzalna. jeżeli więc szukacie czegoś na szybką partyjkę, żeby odpalić raz na jakiś czas na godzinkę, powinniście być zadowoleni. jeżeli planujecie jednak spędzić tutaj więcej czasu, obawiam się, iż możecie się rozczarować. Chyba iż gatunek jest wam całkowicie obcy – wtedy tytuł można potraktować jako łagodne wejście przed sięgnięciem po lepsze gry.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do testów dziękujemy firmie Slitherine Ltd.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższego materiału.
Idź do oryginalnego materiału