Podwójna przygoda z Final Fantasy XIV: A Realm Reborn

3 dni temu

Mimo wielu lat na karku Final Fantasy XIV to przez cały czas świetne MMO, w które można wejść w dowolnym momencie – choćby dzisiaj. Postanowiliśmy sprawdzić tę teorię na własnej skórze. Obaj (Artur i Bartłomiej) uwielbiamy tę serię, ale ta konkretna odsłona zawsze znikała z naszego radaru, a powodów ku temu było mnóstwo. Trzeba było jednak odłożyć wymówki na bok i w końcu wsiąknąć w tę wciąż żywą część marki. Jak wypadła nasza przygoda? Czy świat „czternastki” pochłonął nas bez reszty, czy może jednak odejdzie w zapomnienie? Wszystkiego dowiecie się poniżej!

Oczami Bartłomieja

Nadeszła w końcu ta chwila, kiedy zdecydowałem się sięgnąć po raz pierwszy po Final Fantasy w wersji MMO. W swojej karierze gracza miałem okazję zagrać w Ragnarok Online, World of Warcraft oraz Guild Wars 2. W każdym wymienionym tytule zawsze znalazłem coś dla siebie, co sprawiało, iż lubiłem wracać do danego świata. Znajomi zawsze się dziwili, iż nigdy nie spróbowałem zagrać w MMO osadzone w serii kojarzonej z jRPG. Jakby nie spojrzeć, swoją przygodę z serią Final Fantasy rozpocząłem po 2000 roku od ósmej części na PSOne, na której się wychowałem. Skoro nadarzyła się taka okazja, chętnie podzielę się swoimi wrażeniami z Final Fantasy XIV: A Realm Reborn.

Nigdy nie byłem wyjątkowo zaawansowanym graczem w produkcjach sieciowych. Pełna analiza mechanik oraz przerabianie różnego rodzaju buildów jeszcze przed rozpoczęciem zabawy to dla mnie rujnowanie całej przyjemności z poznawania czegoś nowego. Zawsze uważałem się za gracza ze średniej półki, który znał podstawy, wiedział, jak grać wybraną klasą postaci, a o resztę dopytywał bardziej doświadczonych. Zdarzało mi się także wyszukiwać informacje o konkretnych zadaniach, bo nieraz utknąłem w miejscu. Jak zauważyłem fajnego wierzchowca u innego gracza, również zdarzyło mi się poświęcić trochę czasu, aby go zdobyć. Jednak nie ciągnęło mnie do podkręcania wyników i zdobywania najlepszego wyposażenia np. w rajdach.

Pierwsze wrażenia i swoboda w zmianie klas

Pierwsze uruchomienie Final Fantasy XIV: A Realm Reborn sprawiło, iż odniosłem wrażenie obcowania z grą dla pojedynczego gracza, ale tylko przez krótką chwilę. Jest to oczywiście wyłącznie moje indywidualne odczucie. Proces logowania odbywa się w aplikacji startowej, a przy pierwszym włączeniu możemy obejrzeć efektowne intro wprowadzające. Następnie trafiamy do rozbudowanego, ale intuicyjnego kreatora postaci. Jestem przekonany, iż osoby lubiące personalizację nie będą rozczarowane. Na początek wybrałem rasę Hyur (Midlander), czyli po prostu człowieka, oraz klasę łucznika. jeżeli macie znajomą osobę, która już gra w FFXIV, warto zapytać, na jakim serwerze się znajduje. W moim przypadku wybór padł na centrum danych EU Chaos – serwer Moogle.

Jako nowy gracz w świecie Final Fantasy XIV, zaczynamy w lokacji startowej, w której przechodzimy przez zestaw samouczków i całego pakietu zadań do wykonania. Pierwsza rzecz, na którą zwróciłem uwagę, to przejrzysty podział na misje do głównej linii fabularnej oraz poboczne. Sporym zaskoczeniem okazał się fakt, iż wybierając jedną profesję, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zmienić ją na inną. Odkryłem to poprzez wykonanie zadania specjalnego w siedzibie danej klasy. Kiedy nasza postać zostanie przyjęta, wystarczy, iż zmienimy obecną broń, czyli łuk na włócznię, miecz lub różdżkę, i gotowe. Taki system to interesująca alternatywa, dzięki której gracz nie musi tworzyć dodatkowych postaci na koncie w celu wypróbowania innych profesji.

Ustawienia, interfejs i specyficzna eksploracja

Na początku wspomniałem, iż mam już pewne doświadczenie z innymi produkcjami MMO. Dlatego postanowiłem zajrzeć do opcji, aby sprawdzić, co mogę dostosować pod siebie. Pierwszą rzeczą, którą musiałem odnaleźć, była konfiguracja okna czatu, zależało mi na ustawieniu liczby i rodzaju kanałów oraz ich pozycjonowaniu. Teoretycznie to drobiazg, ale dla mnie ma to znaczenie, aby się nie irytować. Mimo wszystko zostałem przytłoczony liczbą funkcji dostępnych w kategoriach takich jak ogólne, cele, czy filtry, wraz z dodatkowymi podkategoriami. Wystarczy jednak poświęcić trochę czasu i cierpliwości, by spokojnie wszystko skonfigurować. Dobra wiadomość jest taka, iż osoby preferujące grę na padzie mogą bez problemu zmienić sterowanie z klawiatury i myszy.

Podzielę się też ciekawą sytuacją, której doświadczyłem. Przez pierwsze kilka godzin orientacja na mapie była lekkim utrapieniem. W ujęciu makro nie potrafiłem dokładnie określić, gdzie znajduje się moja postać. Z perspektywy lokalnej sytuacja wyglądała znacznie lepiej i stosunkowo gwałtownie się przyzwyczaiłem. Zaskoczył mnie również fakt, iż świat gry nie jest w pełni otwarty, ale podzielony na większe i mniejsze strefy, podobnie jak w Guild Wars 2. Po opuszczeniu miasta otrzymujemy dostęp do rozległego obszaru przeznaczonego do eksploracji i wykonywania zadań, z którego można płynnie przechodzić do kolejnych regionów. Inaczej wygląda to w przypadku dużych, wielopoziomowych metropolii, podczas pierwszej wizyty łatwo się w nich pogubić.

Fabuła, muzyka i system walki

Spędziłem miesiąc z Final Fantasy XIV: A Realm Reborn, ale biorąc pod uwagę ogrom świata gry i liczbę rzeczy do odkrycia, dopiero stawiam pierwsze kroki. Planuję poświęcić więcej czasu w fabułę, ponieważ w tej chwili mam więcej pytań niż odpowiedzi. Początek przygody jest spokojny, a zarazem intrygujący, głównie ze względu na wizje, których doświadcza nasza postać. Twórcy starają się przedstawić historię tak, aby gracz nie czuł, iż polega ona wyłącznie na czytaniu opisów zadań. Od czasu do czasu pojawiają się przerywniki filmowe, które sugerują, iż nasz bohater został wybrany przez przeznaczenie i niedługo odegra istotną rolę. Ponadto twórcy wskazują, które napotkane postacie mają własne cele, co w efekcie prowadzi do ponownych spotkań i wspólnej walki.

W aspekcie muzyki do Final Fantasy XIV: A Realm Reborn, głównym kompozytorem jest Masayoshi Soken. Jednak nie trzeba się obawiać braku klasyki. Usłyszymy utwory z innych odsłon serii Final Fantasy, skomponowane przez samą legendę, jaką jest Nobuo Uematsu. Dotychczasowa ilość czasu poświęcona na A Realm Reborn nie pozwala mi w pełni ocenić ścieżki dźwiękowej. Mogę jednak potwierdzić, iż jej wpływ na immersję jest pozytywny. Warto również wiedzieć, iż Soken pracował nad ścieżką dla Final Fantasy XVI. Skoro już wspomniałem o szesnastej odsłonie, to utwór „Away” będzie dobrym przykładem jego umiejętności.

Jak na gatunek MMO przystało, w tym tytule obowiązuje podział ról na Tanka, Healera oraz DPS-a. W tym przypadku system walki turowej oraz Active Time Battle (ATB) został zastąpiony mechanikami takimi jak tab-target oraz Global Cooldown (GCD). Gracz wybiera konkretny cel, na który kieruje swoje ataki przy użyciu wybranych umiejętności. Wspólną cechą większości zdolności jest odgórnie zdefiniowany czas odnowienia. W pełni rozwinięta klasa postaci pozwala na stosowanie określonej rotacji ataków w celu uzyskania jak najlepszej efektywności. Dodatkowo gracz musi uważnie obserwować pole walki, aby nie narazić się na ataki obszarowe (AoE). Nie jest to jednak bezpośredni unik, jak ma to miejsce w Guild Wars 2. Zamiast tego należy odpowiednio przemieścić swoją postać, aby opuścić oznaczone na ziemi strefy zagrożenia.

Jeśli uda mi się zrealizować plan kontynuowania przygody w świecie Hydaelyn, być może choćby w obecnym roku, obowiązkowo będę chciał odwiedzić taką lokację jak Gold Saucer. Oryginalnie miejsce to pojawia się w świecie Final Fantasy VII. W sumie nie mam jeszcze koncepcji, jak się tam dostać, ale pewnie zacznę od szukania statku powietrznego. Dodatkowo dowiedziałem się od Artura, iż w czternastce jest zaimplementowana karcianka Triple Triad, która oryginalnie pochodzi z Final Fantasy VIII. Koniecznie muszę ją sprawdzić. jeżeli jeszcze do tego Square Enix dorzuciłoby zawody Blitzballa z Final Fantasy X, moja motywacja do kontynuacji przygody wzrośnie. Z miejsca przyznaję, iż nie mam pojęcia, czy Blitzball jest zaimplementowany do gry, ale to też koniecznie będę chciał też sprawdzić. Niewykluczone, iż w przyszłości może coś jeszcze uda mi się napisać na temat Final Fantasy XIV: A Realm Reborn. Na chwilę obecną to wszystko z mojej strony.

Perspektywa Artura

Moja przygoda była podobna, więc w kwestii mechanik czy technikaliów nie będę się tutaj powielał. Muszę jednak wspomnieć o tym, jak przez lata (nie do końca celowo) unikałem tej produkcji. Mając z tyłu głowy myśl, iż wymaga ona abonamentu oraz naprawdę dużego zaangażowania i czasu, czułem spory dystans. Niby to interesujący projekt osadzony w uwielbianym przeze mnie uniwersum, ale zasady i specyfika MMO, które rzadko trawię, mocno mnie blokowały. Miałem wcześniej jakieś malutkie próby, ale żeby nazwać je pełnoprawnymi? Nic z tych rzeczy. Nadszedł jednak moment, aby trochę się przemóc, odrzucić uprzedzenia na bok i spróbować swoich sił. Wiele komentarzy wskazywało, iż tytuł przeszedł sporo zmian i świetnie sprawdza się jako przygoda dla jednej osoby chcącej po prostu poznać fabułę. Czemu by więc nie dać mu szansy?

Na początek trzeba było lekko się przemęczyć: postać, rasa, wybór klasy, serwer i inne podstawowe ustawienia. Nie ukrywam – chciałem już wejść do świata i po prostu grać, ale musiałem uzbroić się w cierpliwość. Przyswojenie informacji ze wstępu, pierwsze kroki, czytanie lub słuchanie dialogów… aż w końcu dane mi było wyjść na otwarty teren i zacząć prawdziwą zabawę. Żaden ze mnie tank czy klasyczny melee DPS, więc wybór padł na maga, a konkretnie ścieżkę w stronę summonera. Zawsze uwielbiałem magiczne stworzenia w tej serii, dlatego opcja posiadania ich u swego boku wydawała się kusząca. Nie dotarłem może do tych najbardziej ikonicznych, ale z Carbunclem w zespole miałem już namiastkę tego, co w teorii czeka na mnie w przyszłości. I co najważniejsze – pierwsze wrażenia były bardzo pozytywne. Nie czułem, iż coś mnie przytłacza albo nudzi. Rozpocząłem więc przygodę z dużym optymizmem.

Rozgrywka, interfejs i echa Ivalice

Od strony samej rozgrywki nie było tak źle, bo jednak czuć tu rozwiązania z innych części, choć w nieco zmienionej formie, dostosowanej do realiów MMO. Interfejs to coś, co zawsze drażni mnie w grach tego typu – liczba ikonek i rzeczy do wyklikania wręcz przytłacza, ale do tego trzeba było po prostu przywyknąć. Ostatecznie z czasem człowiek uświadamia sobie, ile z tego w danych momentach faktycznie jest potrzebne, a co ma być tylko pod ręką. Chociaż wolałbym nieco bardziej skondensowane podejście, to rozumiem, czemu jest tu tak „dużo” wszystkiego. Zdaję sobie też sprawę, jak ogromne znaczenie może to mieć na dalszych etapach przygody. W porównaniu do regularnych graczy ja ledwo liznąłem to, co oferuje Final Fantasy XIV, i to w dość powierzchowny sposób. Nigdzie się jednak nie spieszyłem – to była moja sesja, na moich warunkach. Nic i nikt mnie nie gonił.

Dużym plusem tej produkcji z mojej perspektywy są realia, w jakich operuje. Trudno się dziwić, biorąc pod uwagę, iż FFXIV czerpie garściami z uniwersum Ivalice stworzonego przez Yasumiego Matsuno. Dzięki temu osoby takie jak ja odnajdują tu echa Final Fantasy Tactics, XII czy choćby Vagrant Story. I choć to nie jest to samo, oryginalne Ivalice, to inspiracje są niezwykle wyraźne. Znajdziemy tu znajomy styl artystyczny, podejście do świata, polityczne intrygi oraz mechaniki, które wywodzą się ze wspomnianych gier. Dla fana wejście w to MMO staje się dzięki temu o wiele przyjemniejsze. Może nie w 100%, bo to przez cały czas gatunek, gdzie wszystko musi być gigantyczne, aby pomieścić ogromną liczbę graczy (czego nigdy nie lubiłem – zawsze wolałem nieco skondensowaną formułę, jak np. w Ragnarok Online), ale i tak gra się naprawdę dobrze.

Oprawa wizualna bez fajerwerków

Z kolei od strony wizualnej tytuł prezentuje się nieźle. Wiem, iż na przestrzeni lat przeszedł niejedną modernizację, ale jego ogólny styl ma to do siebie, iż choćby dziś cieszy oko. Szczególne wrażenie robią większe konstrukcje, elementy w oddali czy całkiem niezłe modele postaci. Nie jestem jednak fanem samych animacji czarów – przynajmniej tych z początku. Brakuje im polotu, „są, bo są”, a przecież choćby starsze odsłony FF potrafiły na tym polu błyszczeć. Tutaj poczułem lekki zawód, bo jako postać władająca magią liczyłem na nieco więcej fajerwerków. Zakładam jednak, iż z czasem zmienia się to na lepsze. Zresztą, nie przebrnąłem jeszcze przez cały kontent podstawki, więc wierząc weteranom – to, co najlepsze, wciąż przede mną. O ile oczywiście tam dotrę. Chciałbym, ale wszystko zależy od dostępnego czasu.

Czas, czyli wciąż waluta premium

Czas. To w FFXIV szalenie istotny element. Choć grając samotnie czy w duecie, nie musiałem się spieszyć, a gameplay wręcz mnie odprężał, to w grze jest tyle do zrobienia, iż czas po prostu umyka przez palce. Mimo kilkudziesięciu spędzonych godzin przez cały czas czułem, iż raptem liznąłem nieco ponad tutorial, i to choćby nie robiąc wszystkiego, co opcjonalne. Niby wiem, gdzie są główne wątki i co robić, aby pchać je dalej, ale to wymaga ogromnych nakładów. Trzeba mieć na względzie, iż mimo pewnych usprawnień czy ułatwień, dobrnięcie do dalszych etapów to bardzo długa zabawa i nie zawsze ma się przestrzeń na odpowiednie sesje. Nie ma tu większego sensu wchodzić „na chwilę”, bo zbyt wiele nie zdziałamy. Co więcej, po wylogowaniu rzadko kiedy wracamy do wygodnego checkpointa w zadaniu – najczęściej trzeba zaczynać dany etap od zera. Nie jest to wada, ale cecha gier MMO, ale dzisiejsze produkcje trochę rozpieściły nas w tej materii, pozwalając lepiej skalować podejście do zabawy z uwagą na czas gracza.

Czy mam chęć na więcej zabawy z Final Fantasy XIV? Tak, i to jest dla mnie najważniejsza lekcja. Wiem, iż czeka mnie coś ciekawego, wiem, z czym to się wiąże, i wiem, na jakie kompromisy się decyduję. To już nie jest obawa przed nieznanym lub przed elementami, o których miałem mgliste pojęcie – to konkretne doświadczenie. Taki zresztą był cel tej przygody: przekonać się, czy faktycznie będzie sens wrócić i grać dalej. Czy są ku temu podstawy, czy też nie. Myślę, iż mogę śmiało napisać, iż zaznajomiłem się z grą na tyle, by wiedzieć, co wstępnie oferuje i jak wygląda obcowanie z nią – choćby w tym ograniczonym, początkowym formacie. Bardzo możliwe, iż będzie okazja pójść dalej i kontynuować przygodę, co pewnie znów uczynię samotnie lub wspólnie z Bartłomiejem. Czas pokaże, co z tego wszystkiego wyjdzie, ale cieszę się, iż spróbowałem.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

Idź do oryginalnego materiału