
Tak wyglądało moje spotkanie z hiszpańską koleją. Bilet kupiony z pięciomiesięcznym wyprzedzeniem, kontrola bezpieczeństwa przed wejściem na peron, pociąg jadący choćby 300 km/h i niespodziewana dopłata za walizkę.
Jako osoba mieszkająca w Polsce mam już pewne przyzwyczajenia związane z podróżowaniem koleją. Wiem mniej więcej, czego spodziewać się na dworcu, jak wygląda wejście do pociągu, szukanie wagonu i miejsca, a także sama podróż. Hiszpania gwałtownie pokazała mi jednak, iż choć na półwyspie Iberyjskim pociąg pozostaje pociągiem, doświadczenie pasażera może wyglądać trochę inaczej. Ale po kolei.
Pociągiem przez 5 hiszpańskich miast. Są rzeczy, których w Polsce nie znamy
Podróż moja i mojego męża oczywiście zaczęła się od niczego innego, jak od zakupu biletów. Ceny są dynamiczne i potrafią mocno się zmieniać wraz ze zbliżaniem się terminu podróży. Przy planie obejmującym pięć hiszpańskich miast zdecydowaliśmy więc, iż nie będziemy ryzykować i kupimy wszystko z dużym wyprzedzeniem – dużym, bo aż pięciu miesięcy.
Przy zakupie biletów na hiszpańskie pociągi istnieją mechanizmy, które przypominają żywcem wyjęte z tanich linii lotniczych. Można dopłacić za możliwość przewozu dodatkowego bagażu, wybór siedzenia, opcję pełnego zwrotu w przypadku zrezygnowania z biletu czy po prostu kupić przejazd „wyższą klasą” który konsoliduje część (lub w najdroższym wariancie, wszystkie) z tych bonusów.
Wszystkie bilety planowaliśmy kupić przez stronę przewoźnika Renfe, jednak z sześciu transakcji przeszła tylko jedna. Pięć pozostałych zostało anulowanych gdyż z jakiegoś powodu Renfe miało alergię na nasze karty debetowe i wirtualne karty. Szybka sesja googlowania uspokoiła nas, bowiem wielu turystów miało podobny problem i jego rozwiązaniem okazało się skorzystanie z serwisu thetrainline.com. Tak kupione bilety byliśmy w stanie manualnie dodać do aplikacji Renfe, dzięki czemu uniknęliśmy instalacji dwóch osobnych aplikacji. Mimo wszystko niesmak pozostał. A być może to tylko rozpieszczenie doświadczeniami z Koleo.
Pierwsze koty za płoty
To był kwiecień, teraz przenosimy się do września, na dworzec Madrid Puerta de Atocha, największy dworzec kolejowy w Hiszpanii. Jest tak ogromny, iż w pierwszych minutach nie wiedzieliśmy, gdzie adekwatnie mamy iść. Krótka przechadzka sprawiła, iż zapytałam męża „Ej, tam jest kontrola bezpieczeństwa – jak jedziemy tym superszybkim pociągiem, to chyba powinniśmy ją przejść?”. Mając prawie godzinę do odjazdu, wzięliśmy telefony i zaczęliśmy szukać informacji. Faktycznie, musieliśmy przejść przez – dla nas abstrakcyjną – kontrolę bezpieczeństwa. Aby w ogóle do niej przystąpić, należy okazać istotny bilet (wydrukowany lub kod QR w aplikacji) na przejazd odbywający się w ciągu najbliższej godziny. Istnienie kontroli bezpieczeństwa jest powodem, dla którego na dworcu powinno się być minimum 30 minut przed odjazdem pociągu.
W przeciwieństwie do lotnisk, kontrolę na hiszpańskich dworcach można opisać jako luźną. Nie ma wypakowywania elektroniki, wyrzucania pojemników z cieczami powyżej 100 ml czy zdejmowania butów. Po prostu daje się cały swój bagaż na taśmę, a ochrona skanerem szuka tylko przedmiotów obiektywnie niebezpiecznych – broni palnej czy materiałów wybuchowych. Taśma jest bardzo krótka, a sama kontrola zajmuje kilkanaście sekund.


Po przejściu kontroli wchodzimy na drugą część dworca, na której mamy już tylko osoby oczekujące na pociąg, garstkę siedzeń i małą ilość sklepów oraz kafejek. Większość osób w tej strefie patrzy na ekrany z listą najbliższych odjazdów, bowiem informacja o peronie podawana jest około 5 do 10 minut przed wjazdem pociągu na stację.
Dworzec Madrid Puerta de Atocha – wejścia na perony
Dworzec Madrid Puerta de Atocha – tablica (ok, telewizor) z informacjami o najbliższych odjazdach
Dworzec Madrid Puerta de Atocha – osoby oczekujące na informacje o peronie odjazdu swoich pociągówGdy już zostaje podana, pasażerowie ustawiają się w kolejce do bramki, gdzie po raz drugi sprawdzana jest ważność biletu – tym razem sprawdzana jest już zgodność biletu z pociągiem, a także czy liczba wnoszonego bagażu odpowiada liczbie na bilecie. Po tej kontroli pasażer może udać się do pociągu.
Dworzec w Grenadzie – kolejka do drugiego sprawdzenia biletu i wejścia do pociąguPrzez to, iż perony w Hiszpanii są miejscem wyłącznie wsiadania do pociągów i wysiadania z nich, nie uświadczymy tutaj miejsca do siedzenia, rodzinnych pożegnań i powitań, czy obecności losowych osób. Przez to sprawiają one wrażenie posępnych, a brak ludzi innych niż współpasażerowie sprawia, iż przechodząc przez peron wzrok zawiesza się na metalowych i betonowych konstrukcjach.
Dworzec Madrid Puerta de Atocha – peronKierunkiem naszej pierwszej podróży była Grenada, a przewoźnikiem AVE. Według deklaracji AVE, pociąg z Madrytu do Grenady może osiągać prędkość choćby 300 km/h. Ile było w rzeczywistości? Tego nie potrafię powiedzieć, bo ekrany mające wyświetlać informacje o podróży były wyłączone przez cały jej czas. Przejazd z Madrytu do Grenady był zdecydowanie naszym najdroższym – 39 euro od osoby i jej walizki – bowiem dopłaciliśmy ekstra za miejsce w wagonie z dodatkowym miejscem na nogi (opisywanym jako XL Comfort). Ilość przestrzeni dla jednego pasażera rzeczywiście była większa, ale nie jestem pewna czy rzeczywiście warta dopłaty. Późniejsze podróże (Grenada > Malaga, Malaga > Sewilla, Sewilla > Madryt, Madryt <> Toledo) były równie komfortowe, a wagony z siedzeniami Comfort nie przyczyniały się do amortyzacji występujących co jakiś czas wstrząsów, które i tak były bardzo rzadkie – pociągi przez zdecydowaną większość czasu gładko sunęły po torach.
W naszym wagonie dostępne było Wi-Fi osiągające zawrotną prędkość 115 kB/s, do którego logowanie odbywa się danymi identyfikacyjnymi z biletu. O ile jestem przyzwyczajona do systemów logowania do sieci Wi-Fi, o tyle AVE wprawiło mnie w niemały szok, gdy próbowałam zalogować się do sieci z drugiego telefonu. Okazało się, iż każdy pasażer może zalogować się tylko jednym urządzeniem. Także jakby ktoś chciał sobie umilić kilkugodzinną podróż po Hiszpanii tabletem, laptopem, konsolą Nintendo Switch – pamiętaj, iż masz tylko jeden strzał. Na szczęście tego samego nie można powiedzieć o gniazdkach do ładowania czy toaletach – pod tym względem nie byłam w stanie niczego zarzucić przewoźnikowi.


Dzień przed przejazdem Madryt – Grenada odbyłam przejazd PKP Intercity Piotrków Trybunalski – Warszawa Zachodnia. Widząc na ekranie prędkość 160 km/h zaczęłam myśleć o tym jak bardzo zmieniła się polska kolej w ciągu ostatnich kilku lat, i iż to czego doświadczam w Polsce to minimum, jakie będę miała w Hiszpanii. Byłam wręcz przekonana, iż hiszpańska kolej będzie jednym z tych elementów urlopu, których nie da się niczym zepsuć. Pociąg był wygodny, szybki, a organizacja na dworcu po pierwszym szoku zaczęła wydawać się całkiem logiczna.
O jak się myliłam!
Moja podróż do Grenady miała planowo trwać 3 godziny 25 minut, wliczając w to pięć przystanków. Jednak już na drugim okazało się, iż pociąg jest opóźniony. Gdy zatrzymaliśmy się na trzecim i nie odjeżdżaliśmy przez jakieś 10 minut, udało nam się złapać jednego z konduktorów, który wyjaśnił, iż musimy stać by przepuścić inne pociągi wysokich prędkości – w innym wypadku spowodowalibyśmy opóźnienia innych pociągów, a w tym scenariuszu tylko my jesteśmy do tyłu z rozkładem. Koniec końców podróż do Grenady zajęła prawie cztery godziny zamiast deklarowanych niecałych trzech i pół.
Jednak było to tylko jedno obiektywnie negatywne doświadczenie związane bezpośrednio z przejazdami hiszpańską koleją. W przypadku pozostałych pięciu podróży obyło się bez opóźnień, incydentów, a mając za sobą doświadczenia z Madrytu – czyli szok spowodowany różnicą w organizacji wsiadania przez podróżnych – było nam znacznie łatwiej rozplanować przyjazd i zorientować się w „nawigacji” każdego nowego dworca. Dzięki zakupowi wszystkich biletów z wyprzedzeniem i wrzuceniem ich do jednej aplikacji, nie mieliśmy problemów z jazdą z różnymi przewoźnikami (AVE, Avant, Avlo).
Niespodzianki czekały nas dopiero w Sewilli, podczas podróży powrotnej do Madrytu
W Sewilli przebywaliśmy w okolicy dworca San Bernardo, podczas gdy nasz pociąg odjeżdżał z dworca Santa Justa. Byliśmy gotowi kupić bilety na kolejkę podmiejską, jednak pracownik biura obsługi klienta Renfe wyjaśnił nam, iż w cenę naszych biletów do Madrytu wliczony jest bezpłatny przejazd Combinado Cercanias – pociągami podmiejskimi lub tramwajami, na maksymalnie 4 godziny przed planowanym odjazdem pociągu dalekobieżnego. Dlatego skorzystaliśmy i już parę minut później byliśmy na Santa Justa.
Druga niespodzianka nastąpiła przy drugiej kontroli biletów, tj. tej następującej po kontroli bezpieczeństwa. Okazało się, iż gdy kupowaliśmy bilet z Sewilli do Madrytu za 9 euro to nie znaleźliśmy promocji życia. My po prostu nie dokupiliśmy bagażu. Naszym przewoźnikiem w tym przypadku było Avlo, które domyślnie dopuszcza tylko dwie sztuki darmowego bagażu: mały przedmiot osobisty (36 x 27 x 25 cm, np. damska torebka) i mała walizka kabinowa (55 x 35 x 25 cm). Dlatego po kontroli biletowej zamiast wsiąść do pociągu, zostaliśmy przekierowani do stojącego nieopodal pracownika dworca. Byliśmy pewni, iż musimy opłacić karę, ale tu pojawiło się zaskoczenie. Ów pracownik, pomiędzy kłótnią z pasażerem, którego bagaż minimalnie nie mieścił się w koszyku pomiarowym, po prostu zapytał, ile sztuk bagażu mamy nieopłacone, po czym pobrał od nas opłatę za bagaż i pozwolił przejść dalej. Cała sytuacja zajęła kilka minut, a opłata nie była wyższa niż ta, którą zapłacilibyśmy wcześniej przez internet.
Podróż z Madrytu do Sewilli była naszą przedostatnią trasą hiszpańskimi pociągami. Ostatnią była trasa do i z powrotem do Toledo, miasta oddalonego od Madrytu o 67 km. Na tej trasie kilkanaście razy dziennie kursuje pociąg dużych prędkości, który – bez ani jednego przystanku w rozkładzie – dystans ten pokonuje w 30 minut. To właśnie podróże z i do Toledo wspominam najprzyjemniej. Były one wręcz książkowymi przykładami komfortu wynikającego z dostępu do kolei wysokich prędkości, bo półgodzinna podróż pozwalała nam adekwatnie zapomnieć, iż między dwoma miastami dzieli nas 67 km. Bez przesiadek, bez długiego oczekiwania, bez kolejnych postojów po drodze i bez poczucia, iż sama podróż zabiera nam znaczną część dnia.
Muszę przyznać, iż po doświadczeniach z kupowaniem biletu spodziewałam się, iż jazda hiszpańską koleją będzie niczym otwarcie puszki Pandory i pomniejsze nieprzyjemności będą sypać się jak z rękawa. Pierwsze wejście do pociągu relacji Madryt – Grenada i późniejsze odkrycie, iż kolej wysokich prędkości to w żadnym razie kolej punktualna również było dla mnie stresujące. Jednak te doświadczenia były jedynymi, o których mogę mówić z jakąkolwiek dozą niesmaku. Po pierwszym przejeździe każda kolejna podróż była powtarzalna, a procedury sprawdzania biletu i bagażu stały lekko przychodzącą rutyną.
Przygotowując się do pisania artykułu, byłam pewna iż wyrobię sobie skrajnie polaryzującą opinię – polska kolej będzie albo „przytłaczająco gorsza” albo „o niebo lepsza” od tej na półwyspie Iberyjskim. Jednak moim zdaniem jest po prostu inna. Największą różnicę robi obecność kontroli bagażu i kontrola tego kto może wejść na peron, przez co doświadczenie jazdy hiszpańską koleją jest w pewnym sensie bliższe samolotom. Natomiast polska kolej jest bardziej spontaniczna – bilet można kupić minuty przed odjazdem, a spóźnialscy mogą dobiec z ulicy na pociąg.
W tym momencie chciałabym gloryfikować wysoką prędkość hiszpańskich pociągów, ale przejazd do Grenady zweryfikował moje oczekiwania: ja po prostu chcę, aby pociąg był punktualny. A tego ani nasze rodzime, ani hiszpańskie koleje nie są w stanie mi zapewnić.
Mimo wszystko gdybym mogła cofnąć czas, albo gdy będzie mi ponownie dane znaleźć się w Hiszpanii, chętnie przejadę się pociągiem ponownie. Tym razem jednak będę uważniej sprawdzać, czy opłaciłam bagaż.
Zdjęcie główne: Mistervlad / Shutterstock










![Wystawa fotografii na dworcu PKP w Katowicach. Zobacz industrialne oblicze Śląska [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-10/wystawa_2.jpg)







