
Poznajemy kocie ścieżki... Recenzja: Koty z Kioto
Ostatnio sporo było o myszach (Pierwszy Szczur w Kosmosie, Cheese Master)... ale- mimo sympatii do gryzoni- jako kociarz muszę to zmienić i narzucić temat, będący oczywistym skojarzeniem! Miłej lektury!Informacje/Pierwsze Wrażenia:

Koty z Kioto to rodzinna gra karciana od Wydawnictwa Muduko. Przeznaczona jest dla 2-5 osób, w wieku co najmniej 8 lat. Pudełkowa charakterystyka wskazuje, iż pojedyncza partia powinna zająć 15-30 minut. Autorem gry jest Rudiger Dorn, a choć nazwisko to kojarzyć się może z grotronową krainą, to jest to projektant odpowiedzialny za Istambuł (jedną z moich ulubionych gier!). Mimowolnie więc, oczekiwania mam wysokie.

W standardowym pudełeczku gry karcianej, pod piękną, pstrokatą grafiką kryje się... oczywiście talia kart. Już nie tak bogato zdobiona, ale może to i dobrze? Czytelność jest ważniejsza od wyglądu w trakcie gry. W kuluary zasad wprowadza nas krótka instrukcja.
Zasady:

Wraz z Kotami z Kioto próbujemy zaspokoić naszą ciekawość i wyruszamy na wędrówkę po mieście. Celem owej podróży jest zgromadzenie 13 dzwonków. Kto pierwszy- zwycięża! Ale pamiętajcie, by nie włóczyć się bez końca. Kto za długo się szlaja- pozostaje z niczym.

Przygotowanie to rzecz prosta- zresztą jak całe zasady. Tasujemy talię, a kartę rozpoczynającego gracza wręczamy najmłodszej osobie przy stole. Ot, tyle! Możemy ruszać! W swojej turze gracz dobiera tyle kart, ilu jest graczy. Robi to jedna po drugiej, wręczając odkrywaną kartę wybranemu uczestnikowi (w tym sobie). Ten na nią zerka, a następnie umieszcza w rzędzie przed sobą. Uwaga! Każdy może otrzymać tylko po jednej karcie. Kolej przychodzi na następnego uczestnika. Czynność ową powtarzamy, aż dowolny uczestnik przekroczy wartość 13 w swoim rzędzie. Należy wtedy przerwać "rozdawanie" i rozliczyć wędrówkę. Gracz, który przekroczył limit, odrzuca wszystkie karty. Pozostali odkładają na bok zgromadzone dzwoneczki (punkty!) i pozbywają się resztek rzędu. Wróciliśmy do początkowego układu (na stole leży tylko talia, stos odrzuconych). Możemy rozpoczynać kolejną nocną wędrówkę...

Uwaga! W talii znajdują się karty z symbolami. Rozliczamy je w momencie dokładania karty do swojego rzędu. Dzwoneczek jest oczywiście pożądany, ale już dodatkowy dociąg nie bardzo. Mało tego! W talii ukryły się specjalne koty. Ich działanie możne przechylić szalę zwycięstwa na Waszą stronę (zwiększać czas wędrówki, bądź odmówić przyjęcia karty). Grę kontynuujemy, aż do momentu zgromadzenia przez dowolnego uczestnika 13 dzwoneczków!
Wrażenia:

Nie jest to kaliber Istambułu, ale nie powiem, bym się tego spodziewał (takiego hitu nie da się powtórzyć!). Jednak- mimo wysoko zawieszonej poprzeczki- bawiłem się całkiem nieźle. Kocham kotki (a te łapserdaki z Kioto są przesłodkie) i uwielbiam być przez grę zaskakiwany. Tym razem udało się połączyć obie te składowe! Choć kotków jest tutaj malusio (dlaczego nie są obecne na każdej karcie?! 😂)- wpadłem w ich uroczą pułapkę. Myślicie, iż dałem się oczarować słodkim spojrzeniom? A właśnie, iż nie. Padłem ofiarą ich wredoctwa. Jak w życiu! Kot niby słodziuchy, ale wazon zrzuci, patrząc Ci w oczy. I właśnie! Koty z Kioto wkręciły mnie mechaniką opartą o interakcję negatywną!
Rozumiem już, dlaczego wydawca stawia recenzowaną grę na jednej półeczce z Wirusem i Oskubanymi. Zasady poznajemy w minutę, wszystko jest czytelne i przejrzyste (karty), a sama zabawa wciąga, daje frajdę, pozwala się wykazać intuicji, pamięci...i podroczyć z innymi uczestnikami. Często wręcz jesteśmy zmuszeni do złośliwości (i niechcianych błogosławieństw 😂). Przypominam, iż każdemu możemy podarować jedną kartę, a dobrać kolejną możemy dopiero po decyzji, komu przypadnie poprzednia. Z jednej strony generuje to emocje, z drugiej jest głównym zarzutem tytułu- mamy nikły wpływ na to, co dobierzemy z talii. A decyzyjność? To już kuszenie szczęścia i ryzyko. choćby jeżeli rozdysponujemy te słabsze karty między przeciwników, nie jest powiedziane, iż nam trafi się coś lepszego. Ale cóż zrobić? Taki już urok tej mechaniki. Nam się ten dreszczyk podobał- bo właśnie o to chodzi. By wykrzesać wybuchy entuzjazmu, okrzyki rozczarowania złą kartą... a po 10 minutach i wyznaczeniu zwycięzcy, przetasować talię i rozpocząć jeszcze raz. Dobra propozycja na wolną chwilę- między większymi tytułami, w trasie (można grać w pociągu!), czy jako zajęcie dla dzieci (które ewidentnie lubią taką formę rozgrywki).

Nie ukrywam, iż nie trafi ona na listę moich ulubionych gier (jak Istambuł). Nie należy też do tych oszałamiająco odkrywczych. Ale oddać jej trzeba, iż jako fillerek, zdecydowanie zwróciła naszą uwagę. Jest dość uniwersalna pod względem tematyki (może choćby ma trochę za dziecinną okładkę), przenośna i niezależna językowo (przez co mogliśmy w nią zagrać z odwiedzającymi nas gośćmi). Nie zabiera dużo miejsca, ani nie wymaga długiego rozłożenia- ot, tasujesz i grasz. W sam na zakończenie lata i początek szkoły! My grę polecamy- a jeżeli Wy chcielibyście uzupełnić swoją kolekcję, to na stronie Muduko, z kodem rabatowym JAPONIA, dorwiecie ją taniej!
Plusy:
+ prosta i dynamiczna rozgrywka
+ szybkie wprowadzenie do zasad
+ baaardzo złośliwa
+ generuje sporo emocji
+ interesująca propozycja z kuszeniem szczęścia
+ syndrom kolejnej partyjki
+ nie zajmuje dużo miejsca
+ szybkie przygotowanie
+ KOTKI
+ niezależna językowo
Minusy:
- złośliwości często nie zależą od nas
T.
Przydatne linki:
znajdziecie nas na Instagramie
TUTAJ dołączycie do nas na Facebooku
TUTAJ poczytasz o grze w serwisie Planszeo

















