Po prawie 30 latach Croc powraca. Czy warto zainteresować się odświeżoną wersją przygód tytułowego krokodyla? Przekonajmy się.
Studio Argonaut Games w 1997 roku wypuściło w świat grę Croc: Legend of the Gobbos. Nie ukrywam, iż bardzo pozytywnie wspominam tę produkcję. Bardzo gwałtownie stała się ona jednym z moich ulubionych tytułów. Kiedy dowiedziałem się, iż tworzona jest odświeżona wersja, nie mogłem nie zainteresować się tą grą. Czy po niemal 3 dekadach tytuł ten bawi tak samo jak w dniu swojego debiutu? Zobaczmy.
Czym jest Croc: Legend of the Gobbos?




Recenzowana dziś produkcja jest klasyczną platformówką z lat 90-tych z wszystkimi zaletami i wadami z tym związanymi. Nie ma więc co liczyć na rozbudowaną historię. Opowieść jest bardzo prosta i de facto nie wymaga od nas żadnej znajomości języka. Historia jest przedstawiona przez bardzo wymowne scenki. Oto bowiem pewnego razu małe stworki, tytułowe Gobbosy, znalazły podrzuconego młodego krokodyla. Nie myśląc wiele, wzięły się za jego wychowywanie oraz, jakżeby inaczej, nauczanie pewnych ciosów. Wychowanek rósł jak na drożdżach, doczekał się choćby jednego wystającego zęba oraz dorobił się plecaka.
Niestety, sielankę przerwał złowrogi Baron Dante. Porwał bowiem Gobbosów, co nie zostawiło Crocowi innej możliwości jak tylko udać się w podróż, której celem jest uratowanie swojej przybranej rodziny. Zaznaczę jeszcze, iż gra nie ma co prawda polskiej wersji językowej, ale choćby najmłodsi gracze nie powinni mieć problemów z rozumieniem wydarzeń (przez brak dialogów) i mogą skupić się na rozgrywce. Więcej o niej dowiecie się z poniższej części recenzji.
Rozgrywka




Jak wspomniałem, Croc: Legend of the Gobbos – Remastered jest platformówką, a więc sporo czasu spędzimy na pokonywaniu przeszkód. Croc jest w stanie skoczyć – choćby podwójnie, co zakończy tąpnięciem w podłoże. W ten sposób zniszczy skrzynie, czy na pewien czas pozbędzie się przeciwnika. Ruch ten przydaje się również w starciu z kilkoma bossami, aczkolwiek to nie jedyny manewr ofensywny, jaki opanował nasz krokodyl. Umie także uderzyć ogonem – nie zniszczy tak skrzyń, ale już z wrogami potrafi się w ten sposób się uporać (nawet pływając). Przemierzając poziomy, będziemy ratować Gobbosy (najczęściej poukrywane w skrzyniach lub zamknięte w klatkach). W tym drugim przypadku będziemy musieli znaleźć srebrny klucz, aby uwolnić stworka.
Eksploracja




Niekiedy klucze będą też wymagane do odblokowania przycisku, czy otwarcia drzwi prowadzących do dalszej części poziomu. Etapy nie są przesadnie długie i na ogół ukończenie poziomu nie powinno zająć więcej niż 5 minut. Natomiast ukończenie całej gry powinno trwać około 5 – 6 godzin. Czas ten można nieco wydłużyć, starając się odkryć wszystkie ukryte poziomy i zamierzając zebrać wszystkie Gobbosy na poziomach. Warto jeszcze wspomnieć, iż dobrze jest uważnie i świadomie przemierzać poziomy. Na każdym z nich czeka na odnalezienie 5 kolorowych kryształów, za których skompletowanie możemy wybrać się do dodatkowego obszaru poziomu. Niestety, czasem łatwo można sobie zamknąć drogę powrotną do odwiedzanego wcześniej obszaru. Poziomy nie mają co prawda strasznie liniowej struktury, ale zdarzają się punkty bez powrotu (niczym nie sygnalizowane).




Wrócę jeszcze na chwilę do poziomu odblokowanego za skompletowanie kolorowych kryształów. Znajdziemy w nim ostatniego Gobbosa do uratowania. Nie jest to bynajmniej jedyny ukryty obszar, na jaki natkniemy się w grze Croc: Legend of the Gobbos – Remastered. Niekiedy warto wykonać pewne czynności w konkretnych miejscach (na przykład uderzyć trzykrotnie w podłoże), czy zeskoczyć na schowaną platformę, aby odblokować nowy poziom. Mało tego, część takich obszarów daje nam możliwość zdobycia dodatkowych serc dla naszego bohatera. Co istotne, zachowane serca przechodzą na kolejne etapy. Powinienem napisać jeszcze coś na temat „żyć” naszej postaci. Croc nie jest wielkim wojownikiem i niemal każde zetknięcie z wrogiem oznacza natychmiastową utratę życia i restart od pobliskiego punktu kontrolnego. Można jednak nieco oszukać przeznaczenie. Wystarczy, iż mamy choćby jeden kryształ (zwykły, nie specjalny, kolorowy), a w pierwszej kolejności wysypią się z nas kryształy, zapewniając dodatkową szansę na uporanie się w przeciwnikiem.
Zebranie 100 zwykłych kryształów również dodaje Crocowi jedno życie, aczkolwiek szkoda, iż nie pokuszono się o możliwość odblokowania chociażby alternatywnych skórek za zbieranie tych kryształów. Nie mogę też przejść obojętnie obok często frustrujących etapów. Od połowy trzeciego świata często natkniemy się na miejsca, w których musimy wymierzyć skoki co do milimetra. Częste ginięcie przez nieudany skok skutecznie zniechęca do dalszej rozgrywki i przydałoby się tutaj zadbanie o choć delikatne dociąganie Croca do platformy.
Grafika i udźwiękowienie




Jako iż oryginalny Croc: Legend of the Gobbos ukazał się na konsolach i komputerach w 1997 roku, oprawa wizualna zdecydowanie odstaje od dzisiejszych standardów. Nic więc dziwnego, iż postanowiono nieco ją ulepszyć w tegorocznym wydaniu. Tekstury są zdecydowanie wyższej rozdzielczości i mogą się pochwalić wygładzaniem krawędzi. Gra nie prezentuje się co prawda tak dobrze, jak na przykład Astro Bot, aczkolwiek przez cały czas może się podobać. Ponadto przez przyjęty styl wizualny bez wątpienia jeszcze długo będzie wyglądała przyzwoicie. Podoba mi się też dodanie pod jeden przycisk opcji zmienienia wyglądu gry na oryginalny lub odświeżony. To świetny zabieg, który pozwala docenić pracę Argonaut Games w recenzowaną dziś wersję swojego hitu.
Zmiany nie ograniczają się tylko do grafiki. Tym razem możemy bowiem wykorzystywać obie gałki analogowe do sterowania ruchem postaci oraz kamerą niezależnie od siebie. Oczywiście zdecydowanie wpływa to korzystnie na komfort rozgrywki. Pamiętajmy, iż w oryginale, aby się rozejrzeć/obrócić, trzeba było stanąć. o ile jednak preferujecie oryginalne poruszanie się dzięki krzyżaka, to on również jest obsługiwany w Croc: Legend of the Gobbos.








Występuje też czarny ślad w miejscu, w którym wyląduje nasz bohater po skoku, a gra działa bezproblemowo w 60 (i więcej) klatkach na sekundę. Możemy choćby postawić na 60 klatek na sekundę w zestawieniu z dawnym wyglądem, a choćby filtrami CRT i VGA na obraz. Podoba mi się również to, iż gra obsługuje ultraszerokie rozdzielczości. Szkoda natomiast, iż optymalizacja nie jest najlepsza. Przez większość czasu Croc: Legend of the Gobbos działa co prawda w ponad 50 klatkach na sekundę, aczkolwiek zdarzają się (i to wcale nie rzadko) sytuacje, w których męczymy się z 2 – 5 klatkami na sekundę. Zdecydowanie należy jeszcze przysiąść do technicznej strony tej gry.
Fani Croca z pewnością ucieszą się natomiast z obecności Crocipedii. Dzięki niej dowiemy się więcej o historii studia, obejrzymy prace koncepcyjne czy merch związany z Crociem. Możemy też przesłuchać wszystkie utwory z gry. Miłośnicy zbierania osiągnięć na pewno zadowoli także wiadomość o ich obecności na GOG-u (a taką wersją dla Was recenzuję).
Podsumowanie




Croc: Legend of the Gobbos – Remastered to dość udany powrót do klasycznej plaformówki, do której mam spory sentyment. Miłośnicy gatunku zdecydowanie powinni zainteresować się tytułem, aczkolwiek nie uważam, żeby był wart pełnej ceny. Około 130 złotych to nieco za dużo i lepiej będzie czekać na wyprzedaż i spadek do niecałych 100 złotych. Z całkowitą pewnością to produkcja, którą dobrze jest mieć w swojej kolekcji. Jestem przekonany, iż wiele osób z przyjemnością do niej wróci albo przedstawi Croca swoim latoroślom. Mam nadzieję, iż powstanie też odświeżona wersja „dwójki”. A kto wie, może choćby doczekamy się nowej odsłony? Trzymam za to kciuki i będę Was informował. Ja bawiłem się bardzo dobrze, choćby pomimo uciążliwych wad, o których wspomniałem. Nie mogę jednak stwierdzić, żebym zmuszał się do rozgrywki. Croc był i jest bardzo przyjemną, choć nie idealną, platformówką.
Kod recenzencki zapewniła agencja Redner PR.