Recenzja Forza Horizon 6: chciałem mocno ponarzekać, a tu geniusz

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

„Kolejny raz to samo” – taka miała być myśl przewodnia mojej recenzji. Jak na złość, Forza Horizon 6 wprowadza szereg zmian, dzięki którym nie można napisać, iż gra jest wyłącznie odgrzewanym kotletem. Przeciwnie – miejscami szef kuchni naprawdę się popisał.

Przecież miało być kolejny raz to samo. Taką ukułem tezę pod recenzję, wyrobioną na podstawie przedpremierowych testów. Okazuje się jednak, iż finalna wersja gry wprowadza niezwykle potrzebne zmiany, dzięki którym Forza Horizon 6 nie jest kolejnym odgrzewanym kotletem. Kreatywność i struktura wygrały nad anarchią.

Prosto z mostu: Forza Horizon 6 ma jedne z najlepszych, najciekawszych i najbardziej szalonych tras w historii

Już wcześniej mieliśmy szalone eventy, jak zjazd po aktywnym wulkanie. Jednak w japońskiej FH6 producenci wchodzą na wyższy poziom kreatywności. Odwalają rzeczy, na które wpaść mogli tylko najbardziej szaleni projektanci, po kilkudniowej sesji z dragami (taki typ wyścigu). Dzięki temu wiele odcinków przypomina trasy ze świetnych dodatków LEGO oraz Hot Wheels dla poprzednich odsłon.

Przykłady? Kierowcy ścigają się dookoła tokijskiego stadionu, w gęstej mgle. Lawirują między wspornikami, zostawiają ślady na tartanowych torach, a następnie wjeżdżają na sam obiekt, skacząc po rampach skonstruowanych na czas festiwalu. Inny przykład: port przeładunkowy. Trasa składa się ze ścian wielkich kontenerów, które zmieniają położenie na skutek prac suwnicy nabrzeżowej. Później gracze ścigają się na dachach tych kontenerów, mogąc łatwo wypaść z trasy.

Kreatywność twórców Forza Horizon 6 w aspekcie torów – przykład 1
Kreatywność twórców Forza Horizon 6 w aspekcie torów – przykład 2

Im dalej, tym większy odjazd. Dosyć napisać, iż wielki mech stylizowany na Gundama, będący jedną z wizytówek japońskiego festiwalu, wcale nie jest wyłącznie makietą. Gracze głodni wrażeń, niepowtarzalności, kreatywnych perełek oraz niezapomnianych odcinków będą mieli tutaj wyżerkę stulecia. Jestem pod wielkim, wielkim wrażeniem. Kłaniam się w pas projektantom tras.

Forza Horizon 6 częściowo naprawia też największy grzech tej serii: Ferrari wypadające z paczek czipsów.

Zaczyna się idiotycznie. Główny bohater przylatuje na festiwal, ale zapomina swojej fury. Koleżanka lekką ręką daje mu trzy bryki, a chwilę później dostajemy kolejne trzy. W tym miejscu mocno obawiałem się, iż zaraz jakieś Lamborghini wypadnie mi z czipsów, znajdę Ferrari w stodole, a maszyna losująca nagrodzi mnie Astonem Martinem. O dziwo nic z tych rzeczy.

Z wielką euforią spieszę donieść: Forza Horizon 6 została USTRUKTURYZOWANA. Wyzwania festiwalu podzielono na siedem kategorii, reprezentowanych przez siedem różnych opasek, zdobywanych jedna po drugiej. Taka opaska to nic innego jak limit ogólnej mocy pojazdu. Przykładowo, z początkową żółtą opaską ścigasz się furami kategorii C. Potem masz zieloną i przeskakujesz na kategorię B. Ma to sens.

Świetny detal: część „zwykłych” samochodów ma zamontowane rowery oraz dodatkowe bagażniki
Co Huracan robi za budynkiem? Gruzuje! Przepraszam, wiem gdzie jest wyjście

Każdy wyścig w ramach festiwalu ma swój limit kategorii. Co za tym idzie, struktura rozgrywki nie zachęca do kupowania super samochodów w początkowej fazie. Nawet, jeżeli jakiś nabędziemy albo wypadnie nam podczas losowania (co poziom doświadczenia), będzie stał w garażu. No chyba, iż weźmiecie go na swobodną jazdę po otwartym świecie.

To wciąż nie Gran Turismo 7. Nie ma takiego przywiązania do furek jak na PS5, ale jest lepiej

Nie licząc bonusów Edycji Deluxe, pierwszy super samochód zdobyłem w Forza Horizon 6 po dokładnie 2 godzinach i 36 minutach. Liczyłem ze stoperem w telefonie. Pojazd stał do kupienia przy drodze, natknąłem się na niego przypadkiem, podczas swobodnej eksploracji. Ledwo starczyło mi kasy zdobytej za kilkanaście wygranych wyścigów.

Jednak choćby dysponując samochodem klasy S, nie mogłem go używać w wyścigach festiwalu, gdzie dominowała wtedy klasa B oraz A. Jasne, superfura była pomocna podczas aktywności otwartego świata, jak rejestrowanie rekordów prędkości na fotoradarach, ale co do zasady nie zmieniała struktury kampanii. Nie sprawiała, iż nagle wszyscy rywale przesiadają się na Lotusa Evija FE.

Nic tylko wysiąść i nagrać ujęcie z dłonią i łonami zboża z Gladiatora
Na początku Forza Horizon 6 takie bestie niezbyt się przydają

Forza Horizon 6 to pierwsza odsłona od niepamiętnych czasów, w której gracz odzyskuje kontrolę nad kolekcją samochodów. Byłem świadom kolekcji w swoim garażu, przynajmniej przez pierwsze kilkanaście godzin. Potem fury wpadają szybciej, ale przynajmniej na początku sztywna struktura jest zachowana. To wciąż nie poziom GT7, gdzie cieszymy się z każdego nowego zakupu, a nabytą furę od razu bierzemy na tor testowy. No ale jest lepiej. Odczuwalnie lepiej.

Cudowne w Forza Horizon 6 jest to, iż świat żyje poza samym festiwalem. Równoległa kampania to strzał w dychę

Jasne, impreza Horizon to główny motyw rozgrywki. Gracze dostali jednak drugą, równoległą kampanię, skupioną na samej Japonii. To w niej poznaje się lokalsów, bierze udział w nocnych wyścigach ulicznych, driftuje i spotyka na spotach. I mam tu na myśli literalne spotykanie się! Gracze organizują się na parkingach, gdzie parkują swoje pokazowe fury, oglądają skórki oraz kupują nowe maszyny.

Alternatywna kampania skupia się na oddaniu ducha Japonii. A jest to duch cholernie zróżnicowany. Jednego dnia driftujemy na wzgórzach wokół Tokio, aby następnego… rozwozić jedzenie w stolicy na czas. Świetne dopełnienie rozgrywki. Zupełnie opcjonalne, ale grzechem jest go nie sprawdzić. Alternatywna kampania stanowi świetną przeciwwagę dla głośnego, pełnego konfetti festiwalu.

Alternatywna, równoległa kampania zapoznaje graczy z historią Japonii…
…i zamienia w dostawcę jedzenia. Nudy nie ma

Powiem więcej – alternatywna kampania udowadnia, iż Forza Horizon wcale nie potrzebuje festiwalu Horizon. Utrzymuję swoje stanowisko z testów przedpremierowych: grze dobrze zrobiłaby bardziej filmowa kampania w stylu Most Wanted i Tokio Drift, z wyrazistymi postaciami oraz tanią serialową dramą. Zamiast tego wszyscy trzymają się za ręce, zamieniając festiwal w wielką paradę miłości.

BuyboxFast

Microsoft daje graczom bardzo trudny wybór: 30 czy 60 klatek na konsoli? Wiążą się z tym istotne konsekwencje

Naturalna odpowiedź brzmi: oczywiście, iż 60 fps. To absolutne minimum, aby gra wyścigowe oferowała odpowiednią płynność, tak istotną dla tego gatunku. Kto gra w wyścigi w 30 klatkach, pewnie je też zupę widelcem. Można, ale krzywdzi się wtedy siebie, rodzinę, najbliższych.

Problem polega na tym, iż Forza Horizon 6 w 30 klatkach oferuje absolutnie rewelacyjne efekty specjalne. Mam tu na myśli zwłaszcza niezwykle ostre odbicia napędzane przez ray tracing. Nie tylko na karoserii, ale też w szybach i kałużach. Twórcy opracowali świetny system przelotnych opadów, po których błyskawicznie powstają na drogach spore plamy wody. Dodajmy do tego jeszcze światło zachodzącego słońca, odbijające się od takiej powierzchni, a mamy wizualny rarytas.

W końcu zemsta na rowerzystach!
Żadna nawigacja nie będzie mi mówić, którędy mam jechać do celu. Skyrim style

Jasne, Forza Horizon 6 w 60 klatkach też wygląda świetnie. Grając na Xboksie Series X niższa rozdzielczość daje jednak o sobie znać. To jedna z tych produkcji, gdzie wyraźnie czuć, ile się traci, stawiając na tryb wydajności. Mimo wszystko szanujmy się – nie będę grał w wyścigówkę w 30 fps. choćby zręcznościową. Nie upadłem na głowę.

Miał być odgrzewany kotlet, wyszło fusion sushi. Forza Horizon 6 ratuje serię przed chaosem

Teoretycznie mamy powtórkę z rozrywki. Znowu wielka mapa. Znowu festiwal. Znowu ten sam schemat. choćby model jazdy jest podobny. Czuć zmiany dotyczące środka ciężkości oraz podsterowności. Maszyny są bardziej zrywne, lepiej odpowiadają na kontry, ale też łatwiej wpadają w kontrolowany poślizg, co oczywiście jest ukłonem w kierunku drifterów. Jednak niedzielnemu graczowi chwytającemu za kontroler wyda się, iż to ten sam model jazdy, co w poprzedniej odsłonie.

Zmiany wdrożono natomiast tam, gdzie były potrzebne na wczoraj. Po pierwsze, super samochody rzadziej wypadają z czipsów. Po drugie, turniej został ustrukturyzowany. Po trzecie, dostaliśmy równoległą kampanię obok festiwalu – znacznie bardziej klimatyczną i bez fajerwerków. Po czwarte w końcu, trasy są ciekawsze i bardziej odjechane niż kiedykolwiek wcześniej.

Nie pytajcie
Tokio bywa pustawe. Bez tłumów na ulicach to trochę nie to samo

Największe zalety:

  • Ferrari rzadziej wypada z paczki czipsów…
  • …a jak wypada, to siedzi w garażu. System opasek ratuje grę
  • Równoległa, spokojna, pełna klimatu kampania o Japonii
  • Absolutnie genialne, kreatywne, momentami szalone trasy
  • Wizualny rarytas. Zasięg renderowania i odbicia to sztos
  • Tona zawartości. Kupujesz i katujesz tygodniami
  • Lekko lepszy model jazdy. Większa zrywność, lepszy skręt
  • Masa detali środowiska. Level designerzy mają dostać premię
  • O wiele lepiej działa z kierownicą niż poprzednia odsłona
  • Eksploracja otwartego świata daje masę frajdy
  • Unikalny, trudny do opisania, ale piękny klimat wczesnego wieczoru
  • Tona zróżnicowanej zawartości na tygodnie zabawy

Największe wady:

  • Idiotyczne dialogi, głupi bohaterowie, debilna narracja
  • Festiwal miłości i szczęścia wychodzi już bokiem
  • Toporne interfejsy z przerostem formy nad treścią
  • Wciąż uważam, iż filmowa kampania (Tokio Drift) byłaby lepsza
  • Microsoft ma tonę kasy, a muzyka wciąż leży na tle NFS-a
  • Tokio miejscami bywa puste i tekturowe

Ocena recenzenta: 9 na 10

Z bólem przyznaję: twórcy rozwalili mi tezę na recenzję. Miało być jojczenie o powtarzalności oraz odcinaniu kuponów. Zamiast tego mamy oczekiwane zmiany i fontannę kreatywności. Łącząc to z masą zawartości, piękną Japonią, niezłym modelem jazdy oraz graficznymi wodotryskami, te 9 na 10 należy się Forza Horizon 6 jak psu buda.

Więcej o grach wyścigowych na Spider’s Web:

Idź do oryginalnego materiału