Reigns: The Witcher – recenzja (PC). Gdy Wiedźmin łączy się z Tinderem

1 miesiąc temu

Reigns to seria prostych karcianek opartych na mechanice przypominającej Tindera, stworzona przez studio Nerial. Seria jest obecna na rynku już od kilku lat, ale moja przygoda z nią zaczęła się dopiero od Reigns: The Witcher – udanej na tyle, iż gwałtownie nabrałem ochoty, by nadrobić pozostałe odsłony.

Spis Treści

  • Fabuła
  • Rozgrywka
  • Oprawa audiowizualna
  • Podsumowanie

Fabuła w Reigns: The Witcher

Opowiedzenie o fabule to twardy orzech do zgryzienia. Powodem jest fakt, iż – tak po prawdzie – pisze się ona sama poprzez nasze wybory. Nie znajdziemy tu prowadzenia za rękę ani jasno określonych celów w postaci zadań rodem z tak zwanych „fetch questów”.

W każdej rundzie otrzymujemy trzy karty przygód, takich jak na przykład: „żyj na krawędzi”, „ciało Geralta to płótno” czy „zabij potwory”. Możemy je wymienić (łączna pula to trzy dobory) albo na ich podstawie utkać własną historię – opowiadaną przez Jaskra gdzieś w karczmie. Bo wbrew pozorom, to właśnie nasze wybory tworzą balladę śpiewaną przez tego dobrze znanego barda.

W praktyce to on staje się głównym bohaterem tej historii, ponieważ wraz z rosnącą jego sławą – czyli zdobywanym przez nas doświadczeniem – odblokowuje nowe karty przygód, które z kolei napędzają kolejne wersje opowieści. Nie ma tu jednego szczęśliwego zakończenia: czasem Geralt ginie z ręki potwora (co poznajemy już w samouczku), a czasem kończy pijany w karczmie.

Całość okraszona jest krótkimi fraszkami, takimi jak ta: „Pocięty na kąski, już nie harcuje, najlepszy krasnolud go nie poceruje.” Takie podsumowania aż zachęcają, by zaczynać od nowa i sprawdzić, dokąd zaprowadzi nas kolejna historia. Dlatego też trudno o jednoznaczne podsumowanie fabuły – wszystko zależy od naszych wyborów, bo to my jesteśmy aktorem w tym przedstawieniu.

Raz w lewo, raz w prawo, a może znowu w lewo

Jeśli chodzi o rozgrywkę, to jej rdzeń opiera się na dokonywaniu wyboru poprzez przesuwanie karty w lewo lub w prawo – niczym dobieranie par w popularnej aplikacji randkowej. Z tą jednak różnicą, iż tutaj przesunięcie karty w lewo nie zawsze oznacza odrzucenie, a w prawo – akceptację, choć na pierwszy rzut oka mogłoby się tak wydawać. „Przewalanie” kart na oślep często kończy się jednym ze wspomnianych wcześniej wierszyków.

Naszym zadaniem jest dokonywanie wyborów tak, by balansować pomiędzy czterema statystykami przychylności: ludzi, nieludzi, czarodziejów oraz koncentracji Geralta na walce. jeżeli którakolwiek z tych statystyk – poza ostatnią – spadnie do zera lub osiągnie maksimum, opowieść dobiega końca. Gdy natomiast skupienie na walce osiągnie maksymalny pułap, rozpoczyna się starcie: jeżeli wygramy, historia toczy się dalej, jeżeli przegramy – zaczynamy od początku.

To jednak nie wszystko, co czeka nas na szlaku. Co jakiś czas wcielamy się w Jaskra i układamy balladę, która ma zadowolić konkretne osoby chcące usłyszeć na przykład o bogactwie, wypoczynku czy wielkiej przygodzie. Wówczas musimy dobrać z posiadanej puli kart te, które najlepiej pasują do oczekiwań słuchaczy. jeżeli nie zdołamy poprawnie ich dopasować, już po pierwszym wyborze wita nas taka fraza: „Może lepiej będzie, jeżeli pójdziesz spać… tam? Wskazują pobliskie drzewo. Kulisz się w jego cieniu i wyobrażasz sobie, iż jesteś gdzieś indziej, byle nie tutaj. No cóż, wielu jest innych podróżnych na szlaku…”

Sekwencja ta pojawia się po każdym występie w karczmie, dopóki nie wykonamy tego zadania – o ile oczywiście w ogóle zdecydujemy się je w danej chwili podjąć. jeżeli natomiast dojdzie do walki, gdy Geralt jest na niej skupiony, opiera się ona na unikaniu spadających kafelków z atakami i zbieraniu tych, które symbolizują nasze uderzenia. Wygrywa ten, kto wyzeruje punkty życia przeciwnika. Wraz z rozwojem postaci zyskujemy dostęp do znaków, dzięki czemu walka staje się nieco łatwiejsza, choć nie ukrywam, iż początkowo trudno było mi wyczuć rytm poruszania się naszym „pionkiem” po planszy – zwłaszcza przy użyciu myszki. gwałtownie więc przerzuciłem się na pada.

Prosta, ale pełna uroku oprawa audiowizualna

Szczerze mówiąc, jest coś klimatycznego w tej prostej grafice, na fundamentach której leży seria Reigns. Mamy tu jedynie minimalistyczne portrety postaci na kartach osadzone na przyjemnym dla oka tle. A mimo to są one na tyle charakterystyczne, iż bez problemu rozpoznajemy postaci, których dotyczą. To niejako znak rozpoznawczy całej serii.

Jeśli chodzi o muzykę, w tle przygrywają nam znane motywy ze Wiedźmina 3, co jest dla mnie jak najbardziej na plus. Soundtrack z tej odsłony serii to zresztą jedna z jej mocniejszych stron. Idealnie wkomponowuje się w tę „karcianą” rozgrywkę „przy kominku”.

Czy warto sięgnąć po Reigns: The Witcher?

Szczerze mówiąc, to chyba pierwszy tytuł od dawna, który poleciłbym każdemu. Bawię się przy nim świetnie i to genialna propozycja na krótką rozgrywkę podczas przerwy w pracy albo wtedy, gdy nie możemy odpalić czegoś bardziej wymagającego – bo na przykład montujemy film w DaVinci czy innym Premiere. Tak po prostu, żeby przeżyć jedną, dwie, a może i dziesięć przygód Geralta z Rivii.

Zwłaszcza iż cena tego tytułu nie przekracza kwoty kebaba z mieszanym mieszanym, dając w zamian dziesiątki godzin zabawy. Dodatkowym atutem jest polska wersja językowa – z napisami – ale w tym przypadku niczego więcej nie potrzeba. Dla wielu może to być kolejny powód, by się tym tytułem zainteresować.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Za dostarczenie gry do recenzji dziękujemy firmie Cosmocover.
Udostępnienie kodu w żaden sposób nie wpłynęło na wydźwięk powyższej recenzji.
Idź do oryginalnego materiału