
Byłem przekonany, iż sprawdzę go z czystej ciekawości i wrócę do grania w EA Sports FC 27 tak, jak robiłem to zawsze. A tu zaskoczenie.
Od zawsze w serii FIFA najważniejsza była dla mnie kariera. Dlatego gra EA Sports potrafiła na dłuższym dystansie wygrać u mnie z Pro Evolution Soccer, i to choćby kiedy Konami było w najlepszej formie. Wprawdzie sezon zaczynałem od PES-a, ale z czasem wracałem pokornie do FIFY, która mogła być pod względem rozgrywki kiepska, ale cała otoczka robiła swoje. Licencje, aktualne składy i transfery, stadiony itd. – to wszystko sprawiało, iż tryb kariery pozwalał przychylniejszym okiem spojrzeć na wszelkie bolączki.
Zupełnie nie interesował mnie tryb fabularny, historię Aleksa Huntera znałem pobieżnie. Żadne dodatkowe opcje nie były w stanie przyciągnąć mnie do siebie – nie chciałem grać w sieci, nie chciałem grać pojedynczym zawodnikiem. Zawsze wybierałem karierę menadżera i mecze prawdziwymi zespołami, z istniejącymi piłkarzami.
blok: „buybox-fast”
Myślałem, iż z The Grounds będzie podobnie. Że sprawdzę tryb tylko z ciekawości, wszak to jedna z największych nowości w serii od lat, ale potem wrócę do tradycyjnego grania po swojemu.
Tymczasem nie przesadzę stwierdzając, iż połowę czasu, jaki do tej pory spędziłem w EA Sports FC 27, to właśnie The Grounds
Nazywanie tego trybu otwartym światem to spora przesada. Dostajemy raptem niewielkie osiedle – kilka uliczek, na których znajdują się boiska, sklepy, parę innych chwilowych umilaczy czasu i nic więcej. jeżeli ktoś myślał, iż doczeka się czegoś choćby na kształt piłkarskiego GTA, to będzie rozczarowany. Nie można kupować auta, którym dojeżdża się do swojej posiadłości po treningu, nie ma opcji ucieczki przed rozwścieczonymi kibicami derbowego rywala, nie ma dojazdów na spotkania z menedżerem, który planuje transfer.
Otwarty niby-świat w The Grounds jest dosyć puściutki i całe zwiedzanie ogranicza się do dotarcia z jednego boiska na drugie – o ile w ogóle, bo można przenieść się tam od razu. Nie spodziewałem się w tym temacie niczego wielkiego, a i tak miałem wrażenie, iż czegoś brakuje. Uliczki, udające brytyjskie, francuskie i argentyńskie miasta, są zbyt małe, żeby nas wchłonęły. Niby widać wirtualnych kibiców, którzy stoją, krzyczą, rozmawiają ze sobą, ale to tylko tło. Równie dobrze mogłyby ich nie być.

Na ulicach natrafiamy na mentorów, którzy przydzielają nam zadania (np. w postaci strzelania bramek i zdobywania asyst) i przy okazji dzielą się swoją historią. Momenty, w których trzeba było rozmawiać z Dybalą czy Mbappé, to straszna nuda. To wielcy piłkarze, a ich losy na pewno mogą być motywujące dla wielu przyszłych futbolistów, ale kiedy dzielą się swoimi opowieściami, aż chce się zawiesić korki na kołku i zrezygnować z kariery. Na szczęście The Grounds to nie RPG, więc wiele czasu w dialogi nie tracimy – choć, co zabawne, są choćby kwestie dialogowe pozwalające skierować rozmowę na inne tory. Ja najchętniej od razu wybierałbym „to wszystko na teraz, żegnaj”, ale tej opcji brakuje.
To wszystko przestaje mieć jednak znaczenie, kiedy znajdziemy się w okolicach boiska
Największą zaletą The Grounds jest bez wątpienia to, iż udało się twórcom oddać klimat podwórkowego grania. Kiedy przychodzi się na mecz, zawodnicy już są i nie możesz doczekać się, aż wbiegniecie na murawę. Albo na betonowy plac.
W The Grounds solą są właśnie mecze w małych składach – 1 na 1, 2 na 2, 3 na 3. Z zasadami luźniejszymi niż na prawdziwym boisku, ale przez cały czas odwizgdywane są faule i czasami spalone. Głównie liczy się jednak robienie zwodów, gra szybka, dynamiczna, polegająca na wymianie podań, kombinacjach, sprycie.
Jako iż gra się z innymi, żywymi graczami, można było obawiać się chaosu. Być może tak będzie w pierwszych dniach od premiery – ja grałem we wcześniej udostępnioną wersję, więc domyślam się, iż pierwszymi graczami byli najwierniejsi fani serii, którzy zamówili najbogatszą edycję – lub grają w abonamencie EA Play Pro – i od razu wiedzieli, o co chodzi w futbolu. Mimo iż się nie znaliśmy ani choćby nie komunikowaliśmy, łatwo odgadnąć swoje role. Kiedy ja szedłem do ataku, ktoś zostawał w tyle, i odwrotnie. Jasne, zdarzały się błędy – ktoś nie podał i stracił piłkę, kiwał się, zamiast poszukać strzału. Ale to wszystko było jak na prawdziwym osiedlowym boisku, więc łatwiej o wybaczenie.
Mecze są szybkie i nieprzewidywalne. Nie zliczę, ile razu przegrywaliśmy choćby czterema bramkami, a byliśmy w stanie odwrócić bieg zdarzeń. Tylko raz dostałem solidny łomot i w grze 2 na 2 straciliśmy osiem goli, nie strzelając przy tym żadnego.
Jeden zabawny drobiazg dobrze oddaje ducha podwórkowej gry
Aby rozpocząć rozgrywkę, należy podbiec do boiska i ustawić się w kolejce. Czekamy więc przy bandzie tak, jak miało to miejsce na prawdziwych murawach. Aż chciało się krzyknąć: no dalej, schodźcie, teraz nasza kolej. Owszem, gra w tle po prostu mieliła swoje i czekała na graczy, ale mnie ten smaczek naprawdę się podobał. Czułem się tak, jakbym naprawdę miał za chwilę wejść na murawę.

Ulubiony format meczu? Chyba jednak Rush, znany z poprzednich odsłon. Mnie jednak najlepiej grało się nie na hali, z trybunami pełnymi kibiców i zieloną murawą, a na jednym z boisk dostępnych w The Grounds. Mecze 5 na 5 wymagają większej taktyki i zespołowości, ale dlatego też bardziej wciągają.

Nie odmawiam sobie też potyczek 3 na 3, 2 na 2 czy 1 na 1. To największa zaleta The Grounds. Niby wchodziłem tylko na chwilę, tylko na jeden mecz, a potem skakałem pomiędzy boiskami. Rozrywek jest wprawdzie więcej, bo do tego dochodzą też luźniejsze gierki, jak np. koszykówka, ale póki co machnąłem na nie ręką. Nudne są też mniejsze mini-gry, w postaci celowania piłką w zielone punkciki, pojawiające się na mapie.
Mimo iż tło rozczarowuje, to The Grounds ma w sobie syndrom jeszcze jednej rundki. Jeszcze jednego meczu. Chce się grać dalej, żeby ulepszyć postać, zebrać więcej kasy, aby móc kupić nową koszulkę, w której paraduje się po ulicach.

Świat w The Grounds poza boiskami nie jest wypełniony niczym atrakcyjnym, ale to, co dzieje się z piłką sprawia, iż skutecznie odciągnęło mnie od trybu kariery. Zanim rozgrywam mecz ligowy, poświęcam czas na kilka szybkich meczów w The Grounds. Tego się nie spodziewałem. Niby to bardziej rozbudowane, interaktywne menu niż realny otwarty świat, ale i tak udało się przenieść namiastkę wyjścia na ulicę, aby pójść pograć w piłkę.
















