Star Wars: Galactic Racer zachwyca nieoczywistą mechaniką. „Czuj, nie myśl”

konto.spidersweb.pl 1 godzina temu

Grałem już w Star Wars: Galactic Racer w wersji na PS5. Twórcy z Fuse Games dźwignęli legendę i przy okazji wyleczyli mnie z FOMO. Zdecydowali się na nietypową mechanikę.

Gier wyścigowych powstaje masa, ale na prawdziwego następcę kultowego Star Wars Episode I: Racer przyszło nam czekać blisko trzy dekady. Za sprawą Fuse Games i byłych programistów z Criterion Games, tych od Need for Speedów i Burnoutów, odwiedzimy ikoniczne światy za sterami wymyślnych pojazdów z odległej galaktyki. Na pecety i konsole wjeżdża z impetem Star Wars Galactic Racer.

Od pierwszej prezentacji gra zapowiadała się miodnie, więc skąd mój niepokój? Twórcy gier z uniwersum Star Wars do tej pory celnie trafiali w nostalgiczne struny, zwłaszcza w Star Wars: Squadrons, nawiązującym do kultowych X-Wingów, a ja się obawiałem końca dobrej passy – tym bardziej iż Star Wars Galactic Racer sprzedawany jest na start w niezłej cenie. Na szczęście zupełnie niepotrzebnie.

Star Wars Galactic Racer – recenzja

Tytuł od razu rzuca nas na głęboką wodę, klepie przyjacielsko po plecach i tempa już nie zwalnia. Większość czasu spędzamy nie w menu ani tym bardziej w wiosce z NPC-ami obok toru, tylko na torach. Zaraz po rozpoczęciu kampanii dostajemy ekspozycyjną pigułę, ale bynajmniej nie w formie nudnej cutscenki. Po planszy z niebieskimi napisami, niczym w serialach Star Wars od Disneya, wpadamy kolejno w kokpity różnych pojazdów, a lore wchłaniamy mimowolnie przez osmozę.

Głównym bohaterem Star Wars: Galactic Racer jest Shade

Jeśli chodzi o fabułę, to ta jest prościutka: w erze Nowej Republiki niejaki Darius Pax organizuje Ligę Galaktyczną, której gwiazdą jest Kestar Bool, opryskliwy synalek bogatego tatusia. Gracz wciela się w tajemniczą i skrywającą się pod hełmem postać o imieniu Shade. Z początku kokietuje, iż wcale nie chce się ścigać, ale to gra pozorów. Rozpoczynamy naszą drogę od zera do bohatera, a ta przebiega inaczej, niż się spodziewałem. A to jest największą siłą nowej gry.

Galactic Racer uczy przede wszystkim godnie przegrywać

Wybierając poziom trudności, zdecydowałem się na ten najtrudniejszy z dostępnych (najwyższy odblokowuje się dopiero po przejściu kampanii). Wykoncypowałem sobie, iż to dobry pomysł, bo na pecetach i konsolach nie ma chyba nic nudniejszego niż gry wyścigowe, w których każdy poziom kończymy na pierwszym miejscu, i to nie wchodząc w interakcje z innymi wirtualnymi kierowcami czy też, jak w przypadku tytułów z uniwersum „Star Wars”, pilotami. No i hard to była świetna decyzja.

Czasem daję speederowi wycisk

Na ścigałkach zębów nie zjadłem, ale swoje w Need for Speedy i inne Forze przegrałem, więc trafiłem z trudnością rozgrywki akurat. Wyścigi kończyłem albo na ostrzu noża, albo przedwcześnie, rozbijając się na wystającej z piachu w najgorszym możliwym miejscu skale. Próżno jednak szukać tu w menu guzika „powtórz wyścig”. Po poziomach niższej rangi zawsze lecimy dalej, tyle iż czasem bez dodatkowych kredytów, ale czasem po przegranej wracamy na start. Dosłownie.

Galactic Racer uchwycił ducha maksymy „czuj, nie myśl”

Dokładnie te słowa rzucił w Mrocznym Widmie w stronę przygotowującego się do wyścigu Anakina mistrz Qui-Gon Jinn i można je kierować do graczy, którzy zaczynają swoją przygodę z nową produkcją Fuse Games. W toku kampanii rozgrywamy duże zawody składające się z kilkunastu wyścigów, a margines błędu, zwłaszcza na początku, jest minimalny. Jedna kraksa za dużo i koniec – wracamy na chwilę do menu, potem do lokacji z NPC-ami i szykujemy się do kolejnego sezonu.

Decyzje, decyzje, decyzje!

Progresja w Star Wars Galactic Racer realizowana jest przy tym dwutorowo i to mi się podoba. Nie przywiązujemy się emocjonalnie do konkretnych egzemplarzy pojazdów, którymi się ścigamy, oraz usprawnień, które w nich montujemy. Landspeedery, speederbike’i, skimspeedery i podracery, bo takie typy maszyn są do wyboru, po zakończeniu sezonu złomujemy. Dane buildy są z nami tylko przez jeden turniej, a dostępne do kupienia w ich trakcie buffy są co serię losowane.

Dzięki temu zamiast min-maksować build w garażu bawię się na torze

Fakt, iż nie mamy tutaj hangaru pełnego różnych pojazdów i dostępu do tysiąca różnych komponentów naraz, jest taki… uwalniający. Zamiast porównywać dziesiątki parametrów przed wyścigiem, rzucam okiem na propozycje części, wybieram to, co z opisu brzmi najlepiej, a potem śmigam na tor. Strategia ustępuje miejsca taktyce, a metodyczne przygotowania – decyzjom podejmowanym pod wpływem chwili. Idealnie wpisuje się to w stereotyp ryzykującego życiem dla chwały pilota.

Podczas turnieju sami wybieramy ścieżkę, którą pójdziemy

Jest tu zdecydowanie rogue-lite’owo i proceduralnie, ale progresji oczywiście nie zabrakło. Po złomowaniu pojazdu możemy odblokować malutkie permanentne buffy, a kredyty możemy oszczędzać, by nie zerować się już na starcie każdego turnieju. Co do zasady jednak największe korzyści daje nam sprzęt, który wpada nam w łapy przypadkiem, ale co z nim zrobimy, zależy już od naszej zręczności oraz sprytu. Mniej przygotowań, więcej vibe-race’owania. Fajnie to wyszło.

Nie jest jednak tak, iż nie mamy w ogóle wpływu na to, czym się ścigamy. Z czasem odblokowujemy inne style jazdy i decydujemy, czy chcemy kolejny turniej zaczynać agresywnie, zyskując bonusy za eliminowanie oponentów (wszystkie chwyty dozwolone!), czy też defensywnie, odpalając osłonę, gdy ktoś siedzi nam na ogonie. Zdarza się też, iż odblokujemy na stałe jakiś inny bonus, ale przez cały czas trzonem są te tymczasowe, losowane wzmocnienia.

Przed wyścigiem montujemy nieco szpeju, a resztę się uzupełni w locie

Sama jazda w Galactic Racer daje też masę frajdy!

Opanowanie sterowania różnymi pojazdami zajęło mi chwilę, ale w ogólnym ujęciu sprowadza się do tego, co zawsze: dobrego wchodzenia w zakręty i odpowiedniego dysponowania mocą. Do tego tak jak w starym dobrym Racerze naprawdę czuć prędkość, z jaką poruszają się nasze oraz przeciwników speedery i podracery – zaiwaniamy szybciej niż w finałowych etapach klasycznych wyścigów samochodowych. Wisienką na torcie są zaś dopasowane do kontekstu wibracje pada DualSense.

Jakby tego było mało, nasze pojazdy mają dwa rodzaje przyspieszenia: zwykłe turbo oraz to drugie, zdecydowanie bardziej niebezpieczne, przez które silnik może nam się zagrzać i eksplodować. Trochę zajmuje ogarnięcie tego systemu, ale gwałtownie wchodzi w krew. No i do naszych maszyn da się montować, rzecz jasna, dodatkowe gadżety – zarówno obronne, jak i ofensywne oraz te pomagające w prowadzeniu. A fakt, iż je losujemy, dodaje sporo regrywalności.

Menu edycji pojazdów jest naprawdę bogate

Podobają mi się też wstawki dodające klimat. Pojazdy w garażu malujemy, a przed startem wyścigu mamy minigierkę sekwencji startowej, w ramach której możemy uzyskać dodatkowy mikrobonus, wciskając konkretną sekwencję klawiszy, w trakcie piloci raczą się onelinerami, a pomiędzy nimi czasem ktoś do nas podejdzie, by dorzucić swoje trzy grosze na nasz temat. Shade z kolei ma swój cięty własny język i zwykle nie pozostaje druhom po fachu dłużny. Niby małe rzeczy, no ale cieszą.

Kampania wypełniona jest przy tym króciutkimi dialogami i wydarzeniami losowymi

Podążając za drzewkiem zawodów, poczynając od eliminacji do Ligi Galaktycznej, mamy wybór, jakiego typu aktywności zaliczymy, a które pominiemy. Czasem jakiś szemrany typ zaoferuje nam testy eksperymentalnego modelu, które zaliczymy, realizując jakieś wyzwanie, a innym razem nasz mechanik przyjdzie z kuszącą, aczkolwiek nie do końca legalną propozycją. Podejmować będziemy też decyzje, gdy ktoś nas zaszantażuje, co może przynieść konsekwencje później.

Star Wars Galactic Racer w wersji na PS5

Same wyścigi czasem wymagają zaś jedynie dojechania do mety w jednym kawałku (co nie zawsze jest takie proste!), ale inne eliminują pilotów na ostatniej lokacie, aż zostanie jedynie trójka najlepszych. Musimy też często zgadywać, którą z tras na danej planecie będziemy jechać później, decydując się na zakup sprzętu na samym początku ścieżki. Raz sobie plułem w brodę, iż dopakowałem speeda zamiast driftów, a w kolejnym turnieju, iż zrobiłem to na odwrót.

Sprawdź inne nasze recenzje gier wyścigowych:

To wszystko jednak dodatki i przerywniki, które dają nam chwilę wytchnienia pomiędzy kolejnymi kawałkami tego mięska, o które nam chodzi, czyli pogoni za prędkością. No i niezależnie od tego, czy po ostatniej kraksie ścigam się znów po pokrytym piaskiem i wrakami Gwiezdnych Niszczycieli Jakku lub w dżungli na Lantaanie, czy też przemierzam pokrytą solą czerwoną powierzchnię Crait, zachwycam się widoczkami z ukochanej przez masy serii filmów. Pan ma relaks.

Galactic Racer jak na wyścigówkę przystało tak naprawdę nigdy się nie kończy

Największe zalety:

  • Godny spadkobierca Star Wars Episode I: Racer;
  • Zachęca do spędzania czasu w torze, nie w menu;
  • Każdy kolejny turniej przebiega nieco inaczej;
  • Sympatyczne przerywniki wymagające podejmowania decyzji;
  • Zróżnicowane planety wpływające na mechanikę lotu;
  • Różne pojazdy do wyboru, a nie tylko podracery.

Największe wady:

  • Prościutka fabuła z przymrużeniem oka;
  • Po jakimś czasie nie będziesz mógł patrzeć na Jakku;
  • Nie każdemu roguelite’owy system musi akurat pasować.

Ocena recenzenta: 9/10

Z pewnością będę do Star Wars Galactic Racer często wracał, by odpalić kolejny sezon z nadzieją, iż tym razem to już na pewno wyrobię się na tym cholernym zakręcie. Albo z bananem na twarzy włączę autopilota, którego wylosowałem, by mnie przeprowadził przez tę najtrudniejszą jaskinię, podczas gdy oponenci, którzy chwilę temu mi dogadywali, rozsmarowują się na ścianach. Skoro woleli zamiast tego dopakować sobie silnik, to w sumie sami są sobie winni, nie?

Star Wars: Galactic Racer trafi do sprzedaży już 6 października 2026 r. Oprócz kampanii, trybu arcade oraz scenariuszy dla jednego gracza dostępny będzie również tryb multiplayer (do 8 graczy w podracerach i 12 w speederach).

Idź do oryginalnego materiału