Rynek urządzeń typu 2 w 1 to od lat poligon doświadczalny, na którym producenci próbują pożenić mobilność tabletu z surową wydajnością komputera osobistego. zwykle kończy się to stworzeniem potworka, który jest zbyt nieporęczny, by wygodnie przeglądać na nim filmy przed snem i zbyt słaby, by zastąpić biurową stację roboczą.
Kiedy więc w moje ręce trafił Ninkear S13, dostępny za około 3000 złotych, podszedłem do niego z chłodnym dystansem. Ale w kilku miejscach potrafił zaskoczyć.
Egzemplarz testowy został dostarczony redakcji przez producenta bezpłatnie do celów recenzenckich. Producent nie miał wpływu na treść niniejszej publikacji.Specyfikacja
| Model: | Ninkear S13 |
| Procesor: | Intel® Core Ultra 5 115U, 8 rdzeni (2LPE4E2P), 10 wątków |
| Pamięć RAM: | 16 GB |
| Pamięć masowa: | 1 TB |
| Możliwość rozbudowy pamięci: | Maksymalny obsługiwany rozmiar dysku HDD/SSD: 8 TB |
| Wyświetlacz: | 13 cali |
| Rozdzielczość: | 1600*2560 IPS 16:10 |
| Akumulator: | 11,67 V/3600 mAh (42 Wh) |
| Aparat fotograficzny – tył: | 5 MP |
| Aparat fotograficzny – przód: | 5 MP |
| System operacyjny: | Windows 11 |
| Transmisja danych: | Wi-Fi 6 i Bluetooth 5.2 |
| Karta graficzna: | Intel® Graphics 1,8 GHz |
| Klawiatura: | Klawiatura dzielona, złącze Pogo Pin, 5 pinów |
| Złącza: | USB Typu-C – 2 szt. USB 3.0 typu A – 1 szt. |
| Typ karty SIM: | Brak |
| Klasa ochrony: | Brak |
| Wymiary: | 300,57 x 195,56 x 9,89 mm |
| Masa: | 850 g (bez klawiatury i rysika) |
Pierwsze wrażenia i magia rozpakowywania Ninkear S13
Jak już wspominałem w poprzednich moich recenzjach, w ostatnich latach producenci przyzwyczaili nas do ascetycznych, ekologicznych kartoników, z których wypada wyłącznie urządzenie. Ninkear idzie pod prąd. S13 dociera do nas w eleganckim, biało-pomarańczowym tekturowym pudełku z solidnym, magnetycznym zamknięciem. To detal, ale sprawia, iż sprzęt od progu sprawia wrażenie produktu w segmencie premium, idealnego na prezent.
Wewnątrz pudełka czeka na nas sprzęt gotowy do pracy, co dziś wcale nie jest rynkowym standardem. Oprócz tabletu, klawiatury, rysika i nakładek językowych, Ninkear dorzuca kompletny zestaw zasilający. W czasach, gdy pod płaszczykiem ekologii producenci nagminnie ogołacają pudełka z zasilaczy, zostawiając w nich jedynie krótki kabel, tutaj dostajemy konkret. Kompaktową kostkę o mocy 65 W oraz odpowiednio długi, odczepiany przewód USB-C. To najprostsze, a zarazem najwygodniejsze rozwiązanie. Taka ładowarka bez problemu obsłuży w podróży również naszego telefona, więc pakowanie dodatkowych kabli i kostek do plecaka staje się całkowicie zbędne.
Sama konstrukcja urządzenia to stop magnezu i aluminium o wymiarach 300,57 x 195,56 x 9,89 mm. Wizualnie S13 prezentuje się wybornie. Zaokrąglone rogi i matowe wykończenie nadają mu sznytu, a ramki otaczające ekran są na tyle szerokie, by ułatwić chwyt bez przypadkowego dotykania matrycy. Jednak magia smukłości kończy się w momencie, gdy weźmiemy sprzęt do rąk. Sama jednostka centralna waży 850 gramów. To zdecydowanie za dużo, by beztrosko obsługiwać go w powietrzu jedną ręką, ale z drugiej strony – jak na 13-calowy laptop, jest to waga piórkowa, która nie urywa ramienia podczas transportu.
Tym, co ratuje ergonomię tabletu, jest genialnie zrealizowana, wbudowana podpórka na tylnym panelu. Odchyla się do imponujących 155 stopni, pracuje z przyjemnym, sztywnym oporem i stabilnie trzyma zadany kąt. Przez cały okres testów zawias nie poluzował się ani na milimetr. Bez tego elementu S13 byłby ergonomicznym koszmarem.
Złącza i audio. Gdzie się podział minijack?
Rozmieszczenie portów w urządzeniu 2 w 1 zawsze jest kompromisem, ale tutaj Ninkear poradził sobie całkiem nieźle, ale z jednym, bolesnym wyjątkiem. Na lewej krawędzi znajdziemy podwójny przycisk regulacji głośności oraz dwa w pełni funkcjonalne porty USB-C 3.1. Obsługują one ładowanie, transfer danych oraz przesyłanie obrazu. Po prawej stronie ostał się jeden klasyczny port USB-A 3.0, co jest zbawieniem, jeżeli przez cały czas korzystamy ze starszych pendrive’ów czy myszek bez konieczności zabawy w przejściówki.
W tym całym bogactwie zabrakło jednak gniazda słuchawkowego 3,5 mm. Mam świadomość bezprzewodowej rewolucji, ale w sprzęcie biurowo-multimedialnym o grubości niemal centymetra miejsce na minijacka na pewno by się znalazło. Zamiast tego jesteśmy skazani na Bluetooth 5.2 lub adaptery pod USB-C.
Jeśli zaś mowa o dźwięku, za oprawę audio odpowiadają dwa 2-watowe głośniki umieszczone po bokach obudowy. O ile system komunikacji (dwa cyfrowe mikrofony z redukcją szumów AI) działa rewelacyjnie podczas rozmów, o tyle same głośniki są po prostu płaskie. Dźwięk pozbawiony jest jakiejkolwiek głębi czy basu. Są akceptowalne do wideokonferencji czy obejrzenia odcinka serialu na kanapie, ale o muzycznej uczcie czy podkręceniu głośności na domówce możemy zapomnieć. Jest po prostu średnio.
Ekran w Ninkear S13. Złoty środek między przestrzenią a mobilnością
Front urządzenia zdominowany jest przez 13-calowy wyświetlacz IPS LCD o rozdzielczości 2.5K (2560 x 1600 pikseli) w proporcjach 16:10. Zastosowanie technologii InCell oraz zmatowionej powłoki robi swoje. Ekran to zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów tego sprzętu.
Obraz jest ostry jak brzytwa, a zagęszczenie pikseli sprawia, iż praca z tekstem to czysta przyjemność. Deklarowane 100% pokrycia przestrzeni kolorów sRGB widać gołym okiem. Kolory są naturalne i odpowiednio nasycone, co ucieszy osoby zajmujące się amatorską edycją zdjęć czy grafiką. Producent chwali się jasnością rzędu 350 nitów. W warunkach biurowych, zaciemnionych pomieszczeniach czy na zewnątrz w pochmurny dzień, matryca radzi sobie wzorowo. Sytuacja zmienia się jednak w pełnym, wiosennym słońcu. Wtedy czytelność drastycznie spada, a ekran staje się niemal lustrem, mimo prób zmatowienia.
Częstotliwość odświeżania zachowano na standardowym, zachowawczym poziomie 60 Hz. Nie uświadczymy tu gamingowej płynności, ale w urządzeniu kierowanym do pracy i podstawowej rozrywki jest to kompromis, na który z łatwością można przystać. 13 cali okazuje się przy tym idealnym rozmiarem. Wystarczająco dużo przestrzeni roboczej dla Windowsa, a wciąż na tyle kompaktowo, by zmieścić sprzęt na małym stoliku w kawiarni.
System operacyjny, czyli stara, znana szkoła
Kwestię systemu można w zasadzie skwitować jednym zdaniem: Ninkear S13 pracuje pod kontrolą Windowsa 11. Nie ma najmniejszego sensu rozwodzić się nad jego funkcjami czy interfejsem, bo to środowisko doskonale wszystkim znane – ze swoimi zaletami i powszechnie irytującymi bolączkami.
Istotne jest wyłącznie to, iż mówimy o pełnoprawnym, desktopowym systemie, a nie okrojonej wersji mobilnej znanej z klasycznych tabletów. Otrzymujemy więc standardowe, uniwersalne środowisko pracy, które w połączeniu z układem Intel Core Ultra po prostu robi to, co do niego należy. Działa płynnie, stabilnie i zapewnia pełną kompatybilność z każdym oprogramowaniem biurowym, którego akurat potrzebujemy. Żadnych niespodzianek, żadnego uczenia się interfejsu na nowo. Ot, klasyczne okienka, które w tym formacie sprawdzają się bez zarzutu.
Wydajność, czyli biurowy demon pod nadzorem sztucznej inteligencji
Choć Ninkear S13 z zewnątrz udaje tablet, wewnątrz bije serce rasowego ultrabooka. Pod maską ukryto układ Intel Core Ultra 5 115U wykonany w litografii 7 nm (proces Intel 4). To jednostka 8-rdzeniowa (2 wydajne, 4 energooszczędne i 2 o bardzo niskim poborze mocy) i 10-wątkowa, zdolna rozpędzić się do 4,2 GHz przy domyślnym TDP na poziomie 15 W. Wspomaga go 16 GB wlutowanej, szybkiej pamięci RAM LPDDR5x (6400 MHz) pracującej w trybie dwukanałowym oraz pokaźny, wymienny dysk SSD PCIe 3.0 M.2 2280 o pojemności 1 TB.
Te liczby przekładają się na dobrą wydajność w codziennych zadaniach. System operacyjny Windows 11 wstaje w około 7-8 sekund. Urządzenie bez najmniejszej zadyszki radzi sobie z uruchomieniem kilkudziesięciu kart w przeglądarce w tle, prądożernym Excelem i aktywną wideokonferencją na Teamsach. Procesor zyskał również zintegrowany układ NPU, który odciąża główne rdzenie przy zadaniach związanych ze sztuczną inteligencją (np. rozmywanie tła z kamery na żywo).
Warto jednak zaznaczyć, iż S13 nie jest maszyną gamingową. Zintegrowana karta graficzna Intel Graphics bez problemu udźwignie multimedia w 4K, starsze klasyki czy proste gry niezależne, ale o nowościach ze stajni AAA można zapomnieć.
Za kulturę pracy odpowiada aktywny system chłodzenia. Umieszczenie dwóch wentylatorów i miedzianej rurki cieplnej w tak cienkiej obudowie to kawał inżynieryjnej roboty. Sprzęt przy podstawowych zadaniach jest bezgłośny, a pod pełnym obciążeniem delikatnie szumi, nie wpadając przy tym w irytujące, wysokie rejestry. Obudowa z tyłu nagrzewa się zauważalnie, ale nigdy do poziomu, który powodowałby dyskomfort przy dotyku.
Akcesoria i kontrola. Symbioza pełna niespodzianek i… kuriozalnych decyzji
Dostarczana w zestawie dzielona klawiatura magnetyczna łączy się ze sprzętem błyskawicznie i bezbłędnie. Zastosowano tu czujniki Halla, więc po podpięciu lub zamknięciu klawiatury system automatycznie dostosowuje swój tryb działania. Klawisze mają krótki, ale wyczuwalny skok, a ich półprzezroczysta natura w połączeniu z jednostopniowym podświetleniem sprawdza się wybornie w nocy. Znalazło się tu choćby miejsce na dedykowany klawisz asystenta Copilot.
Niestety, fizyka jest bezlitosna. Bardzo cienka, nakładkowa konstrukcja sprawia, iż klawiatura dość wyraźnie ugina się na środku podczas szybkiego pisania. Zintegrowany gładzik (105 x 52 mm) oferuje świetną precyzję, ale jego fizyczne przyciski są przeraźliwie głośne i twarde.
W zestawie znajdziemy również aktywny rysik. Rejestruje 4096 poziomów nacisku i świetnie sprawdza się w odręcznych notatkach czy podpisywaniu dokumentów. System mocowania woła jednak o pomstę do nieba. Producent przyszył do krawędzi klawiatury zwykłą, materiałową gumkę. Owszem, spełnia swoją funkcję, ale wygląda tanio i psuje estetykę sprzętu. Aż prosiło się o magnetyczny uchwyt na ramce urządzenia.
Przejdźmy jednak do największego kuriozum tego sprzętu, czyli aparatów. O ile frontowa kamera 5 MP sprawdza się zupełnie nieźle przy rozmowach wideo i bez problemu łapie ostrość na użytkowniku, o tyle tylny, wystający obiektyw (również 5 MP) to technologiczny żart. Producent uznał najwyraźniej, iż z tyłu musi znajdować się wypukłe oko aparatu, by sprzęt wyglądał profesjonalnie. W rzeczywistości zdjęcia generowane przez ten moduł są wyblakłe, rozmyte i pełne szumów przy jakimkolwiek spadku oświetlenia. O dobrym wideo nie ma mowy. Moduł ten służy co najwyżej jako bardzo przeciętny skaner dokumentów. Znacznie mądrzej byłoby pozbyć się go całkowicie i wykorzystać zaoszczędzone miejsce w obudowie.
Bateria i zasilanie w Ninkear S13. Maratończyk, który nie lubi się spieszyć
Wnętrze Ninkear S13 skrywa ogniwo o pojemności 42 Wh (3600 mAh przy napięciu 11,67 V). Biorąc pod uwagę zapotrzebowanie procesora i ekran 2.5K, inżynierom udało się wyciągnąć z tej baterii całkiem przyzwoite wyniki.
W cyklu biurowym, przy średniej jasności matrycy i aktywnym Wi-Fi 6, S13 jest w stanie dociągnąć do 7 godzin nieprzerwanej pracy. Bardziej obciążające zadania skrócą ten czas do około 5 godzin, ale jak na ten segment urządzeń, jest to satysfakcjonujący wynik. Fenomenalnie wypada zarządzanie energią w uśpieniu – pozostawiony na biurku na cały tydzień, sprzęt zużył zaledwie ułamek baterii i był gotowy do natychmiastowej pracy po przebudzeniu.
Rozczarowuje natomiast czas ładowania. Mimo świetnej kostki 65 W i obsługi standardu Power Delivery, krzywa ładowania jest mocno zachowawcza. Pierwsze 50% pojawia się na wskaźniku po upływie lekko ponad godziny, co jeszcze można zaakceptować. Jednak doładowanie baterii do pełnych 100% zajmuje koszmarnie długie kolejne 1,5 godziny. To wynik, który nie przystoi w obecnych czasach, wymuszając dłuższą przerwę przy gniazdku przed dłuższą podróżą.
Werdykt
Ninkear S13 to maszyna pełna sprzeczności, która ostatecznie wygrywa świetnym stosunkiem ceny do oferowanych możliwości. Za kwotę około 2999 złotych otrzymujemy wydajne, dobrze zmontowane z chłodnego metalu urządzenie biurowe, dysponujące pięknym i jasnym ekranem oraz cichym systemem chłodzenia. Dostajemy tu również bogaty zestaw sprzedażowy gotowy do pracy zaraz po wyjęciu z pudełka, pojemny dysk 1 TB i wystarczającą baterię.
Hybryda ta wymaga jednak pójścia na pewne kompromisy. Trzeba pogodzić się z głośnym gładzikiem, uginającą się lekko klawiaturą, przeciętnym audio bez basu oraz całkowicie bezużytecznym tylnym aparatem, który po prostu szpeci obudowę. Brakuje minijacka, a czas ładowania testuje cierpliwość.
Jeśli ostatecznie szukasz maszyny z pełnym Windowsem 11, która fizycznie udaje tablet, ale pod maską ma na tyle dużo mocy, by sprawnie poradzić sobie z biurową rzeczywistością – Ninkear S13 dowiezie płynność działania. O ile oczywiście przymkniesz oko na to, iż producent w kilku miejscach poszedł na kompromisy.
Zalety
- Świetny ekran IPS 2.5K: Żywe kolory, świetna ostrość i proporcje 16:10 idealne do pracy.
- Wydajność Core Ultra 5: Błyskawiczne działanie systemu, 16 GB pamięci LPDDR5x i zero zadyszek w codziennych zadaniach.
- Jakość materiałów: Stop magnezu i aluminium zapewnia trwałość i uczucie obcowania z produktem premium.
- Zintegrowana podpórka: Sztywna, stabilna i niezastąpiona przy wadze 850 gramów.
- Kultura pracy: Ciche wentylatory i efektywne odprowadzanie ciepła.
- Zestaw wszystko mający: Etui z podświetlaną klawiaturą, rysik, świetna i uniwersalna ładowarka 65W, naklejki językowe.
- Świetny tryb czuwania: Bateria nie ucieka w tle, a samo ogniwo pozwala na spokojne 7 godzin biurowej pracy.
Wady
- Bezużyteczny tylny aparat: Rozdzielczość 5 MP i jakość rodem sprzed dekady; moduł niepotrzebnie wystaje z obudowy.
- Audio rozczarowuje: Dwa głośniki grają płasko, bez głębi i basu, a głośność maksymalna mogłaby być wyższa.
- Czytelność w pełnym słońcu: Pomimo matowej powłoki i 350 nitów jasności, praca na zewnątrz w upalne dni może sprawiać problem.
- Długi czas ładowania: 2,5 godziny do pełna to zdecydowanie zbyt powolny proces.
- Klawiatura i gładzik: Klawiatura wyraźnie ugina się pod naciskiem, a klik przycisków touchpada przypomina stukanie młotkiem w biurko.

11 godzin temu

















