Until Dawn: Rush of Blood – recenzja (PSVR). Przypływ krwi, odpływ dopaminy

13 godzin temu

Odrobina coachingu na start: o ile kiedykolwiek pomyślicie, iż jakikolwiek z Waszych pomysłów na dowolny temat jest głupi, to przypomnijcie sobie, iż ktoś kiedyś uznał, iż przerobienie Until Dawn na „celowniczek” brzmi jak fantastyczny plan. Wyzłośliwiam się odrobinę, ale naprawdę nie mogę pojąć, dlaczego stworzone z myślą o goglach wirtualnej rzeczywistości Until Dawn: Rush of Blood jest nie atmosferycznym horrorem (jak chociażby Here They Lie czy nieco późniejszy Resident Evil VII), ale strzelanką na – dosłownie – szynach. Pomysł pokręcony, ale gry warto oceniać przez pryzmat tego, czym są, a nie za to, czym nie są.

Spis Treści

    • Fabuła
    • Sterowanie
    • Rozgrywka
    • Aspekty horroru
    • Oprawa
    • Podsumowanie

Kolejka zbudowana na tragedii

Jako „celowniczek” Until Dawn: Rush of Blood sprawdza się natomiast względnie dobrze, acz jest nieco dziwacznie, bo tytuł zabiera gracza w podróż przez siedem inspirowanych oryginałem lokacji. Spodziewać należy się zatem między innymi górskiej chatki, opuszczonego szpitala psychiatrycznego czy wijących się tuneli kopalni. Psikus polega na tym, iż wszystkie te miejsca przerobione zostały na swoiste kolejki górskie. Każdy z siedmiu etapów rozpoczynamy w wesołym miasteczku, by chwilę później gnać w wagoniku po oplatających lokacje szynach.

Fabuła nawiązuje w późniejszych etapach do oryginału, ale wciąż mogłoby jej równie dobrze nie być.

Skąd taka formuła? Z czasem wyjaśnia to fabuła, aczkolwiek nie należy spodziewać się pod tym względem rewelacji. Choć w oryginale historia grała pierwsze skrzypce, w Rush of Blood ma ona marginalne znaczenie, ograniczając się wyłącznie do sporadycznych i raczej enigmatycznych dialogów, które pozwalają na połączenie tej opowieści z konkretnymi wątkami z Until Dawn, ale bynajmniej nie zagwarantuje Wam ona emocjonalnego – nomen omen – rollercoastera. Ot, traktować należy to jako ciekawostkę, aniżeli wartościowy wkład w uniwersum Until Dawn, zwłaszcza iż choćby w separacji Rush of Blood wypada pod względem narracji blado.

Mobilność ponad siłę ognia

Lepiej – choć nie idealnie – ma się sprawa rozgrywki, aczkolwiek zdecydowanie polecam zabawę przy pomocy kontrolerów Move. Twórcy wprawdzie uwzględnili opcję sterowania DualShockiem 4 (bądź DualSense’em, jeżeli gracie na PS5), ale wówczas strzelać możemy wyłącznie w jednym kierunku, mimo iż wyposażeni jesteśmy w dwie pukawki. Move’y oswabadzają nasze ręce, dzięki czemu pruć możemy, gdziekolwiek tylko chcemy, co nie tylko wygląda zdecydowanie bardziej „cool”, ale też stanowczo ułatwia rozgrywkę, wszak możemy faszerować ołowiem dwie maszkary zamiast jednej.

Możliwość prucia do kilku przeciwników jednocześnie to olbrzymia zaleta PlayStation Move.

Do naszej dyspozycji oddano kilka różnych rodzajów broni. Zaczynamy od zwykłych pistoletów, ale dość gwałtownie w nasze łapki wpadną również obrzyny, pistolety maszynowe, rewolwery czy wyrzutnie rac. Until Dawn: Rush of Blood zmusza przy okazji do srogiego żonglowania pukawkami – każda z nich posiada bowiem ograniczoną liczbę magazynków, po których zużyciu wracamy do wcześniejszego rodzaju uzbrojenia. Wyjątkiem są podstawowe pistolety – z tych pruć możemy, ile fabryka dała. Co więcej, bronie można dowolnie mieszać, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by na lewo pruć śrutem, a na prawo walić racami.

Rollecoaster pozbawiony emocji

To powiedziawszy, model strzelania nie jest jakiś fantastyczny, aczkolwiek to już chyba szerszy problem gier VR z tamtego okresu. Broniom brak ciężaru, więc prucie z pistoletu i obrzyna daje podobne doświadczenia. Jedynie reakcje przeciwników (głównie humanoidalnych stworów, ale pojawiają się też pająki, więc cierpiący na arachnofobię powinni mieć to na uwadze) i ich odpadające kończyny dają namiastkę poczucia, iż dzierżymy w rękach śmiercionośne urządzenia.

Jeżeli boicie się pająków, czujcie się ostrzeżeni.

Nie pomaga natomiast fakt, iż rzeczywistej walki z przeciwnikami jest tu stosunkowo mało i zwykle odbywa się ona w tych samych okolicznościach – kolejka wtacza się do sporych rozmiarów sali, zatrzymuje się na środku, a z okolicznych miejsc wypadają wrogowie. W trakcie jazdy sporadycznie również ktoś nas zaatakuje, ale przez większość czasu jesteśmy skazani na monotonne podziwianie widoczków i ewentualne marnowanie amunicji na niszczenie oznaczonych tarczami celowniczymi elementów otoczenia celem zwiększenia swojej punktacji na koniec poziomu. No, dobra, pozostało unikanie przeszkód poprzez fizyczne wychylanie się, co jest samo w sobie bardzo fajne.

Strach ma wielkie oczy i niezbyt dużą różnorodność

Fanów oryginału zaboli natomiast, iż Until Dawn: Rush of Blood to zwyczajnie słaby horror i to niezależnie od tego, czy mowa o klasycznym kinie grozy, czy teen slasherze. W żadnym momencie nie czuć napięcia bądź zagrożenia – w czym nie pomaga fakt, iż fabuła w zasadzie nie istnieje – a pojawiające się tu i ówdzie straszne mordy czy zagrywki pokroju gasnącego światła i sapania za uchem gwałtownie robią się nudne, bo twórcy w ciągu niecałych dwóch godzin potrzebnych na ukończenie przygody napchali tego na tyle dużo, iż starczyłoby jeszcze na kontynuację.

Tego typu scenu są z początku niepokojące, ale gwałtownie powszednieją.

Until Dawn przez sito

Pod względem wizualnym jest natomiast naprawdę nieźle. Gogle PlayStation VR i PlayStation 4 oczywiście nie pozwalały na fotorealistyczne doznania w wysokiej rozdzielczości, ale całość nie prezentuje się źle. Cieszą przede wszystkim różnorodne lokacje i projekty przeciwników, które z czasem robią się całkiem odważne, choć nie odkrywcze. Udźwiękowienie z kolei wypada kompletnie nijako – ani gra aktorska, ani dźwięki tła, ani choćby sama muzyka nie wywierają większego wrażenia, wyparowując z głowy tuż po zdjęciu gogli. Szkoda, bo zwykle jest to mocna strona gier Supermassive Games.

Przypływ krwi, odpływ dopaminy

Until Dawn: Rush of Blood to taka trochę gra dla nikogo – fani Until Dawn zawiodą się brakiem grozy i zerowym wkładem w uniwersum, fani „celowniczków” niezbyt miodnym strzelaniem. Niby nie jest zła, ale nie można też powiedzieć, by oferowała zbyt wiele frajdy. To po prostu kolejny z technologicznych eksperymentów takich jak choćby Ukryty plan, które może i miały interesujący pomysł na siebie, ale absolutnie nie spełniły jego potencjału.



Co gorsza, Until Dawn: Rush of Blood to produkcja, która w pewnym sensie utknęła na PlayStation 4, bo choć można – tak jak ja – ograć ją w ramach wstecznej kompatybilności na PlayStation 5, to będzie ona notorycznie włączać co jakiś czas menu gry, uprzykrzając tym samym zabawę. Toteż by komfortowo jej doświadczyć, należy albo wyciągnąć PS4 z szafy, albo – jeżeli go nie posiadacie – takowe nabyć, a w tym kontekście mocno zastanowiłbym się, czy Until Dawn: Rush of Blood warte jest tego wysiłku. Odpowiedź nasuwa się niestety sama…
Przeczytaj także

The Dark Pictures Anthology: Little Hope – recenzja (PC). Nadzieja warta utrzymania


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.


Idź do oryginalnego materiału