Walka z Backlogiem: Pogoń za ambicją w Batman: Arkham City

15 godzin temu

Gdy kilka tygodniu temu kończyłem Arkham Asylum, nie mogłem się przestać zachwycać tym, jak skrzętnie zaprojektowana i zaplanowana była to produkcja. Swój tekst na temat tej gry skończyłem obawą o tym, co czeka mnie w kontynuacji. Arkham City od pierwszych chwil zapowiadał się dla mnie jak projekt, który zestarzał się o wiele gorzej niż poprzednik. Niestety mimo masy ciepłych odczuć, jakie zostawiła w mnie pierwsza przygoda Batmana, sequel potwierdził wszystkie moje obawy. Choć na papierze Arkham City wygląda jak projekt, który rozszerza każdy aspekt poprzednika, tak w rzeczywistości jest to przykład tego, iż lepsze bywa wrogiem dobrego.

Spis Treści

  • Batman w końcu rozpościera swoja pelerynę
  • Detektyw w Arkham City
  • Arkham City i brak poczucia progresu
  • Batman i inne znane twarze
  • Inne postacie grywalne w Arkham City
  • Podsumowanie

Batman w końcu rozpościera swoja pelerynę

Głównym urozmaiceniem Arkham City był otwarty świat, po którym Batman może się dowolnie przemieszczać. Wolność i wiatr trzepoczący peleryną miał pokazać bohatera w nowym świetle. To już nie tylko szybowanie z kilku wyższych punktów jak w poprzedniku, ale zestaw satysfakcjonujących mechanik. gwałtownie ten rytm przemieszczania się po świecie staje się naturalny gracza. Szczególnie po odblokowaniu wyskoku dzięki linki. Dzisiejsza perspektywa pozwala docenić też skalę Arkham City. Gdy przy okazji premiery świat ten wydawał się duży i gęsto wypełniony zawartością, to zestawienie go dzisiejszymi grami staje się on zaskakująco skromny. Przemieszczenie się z jednego końca na drugi nie wymaga godzin, a raczej minut, ale zanurzenie się w aktywnościach pobocznych ukazuje nową twarz miasta, której nie widać z góry.

Czuć, iż w Arkham City głównym daniem było właśnie tytułowe miasto i to na projekcie tego położono największy nacisk. Trudno być w tej materii zaskoczonym, ale boli, iż elementy w mojej opinii doskonałe stały się po prostu przeciętne. Pompowanie rozgrywki dało mi poczucie, iż projekt przygotowany przy okazji Arkham Asylum, nie sprawdza się tak dobrze w kontynuacji. Historia, eksploracja i starcia z przeciwnikami stały się rozwodnione i doświadczenie z gry przez to traci na rytmie. Projekty poziomów poprzednika, które tak bardzo mi się podobały, tu stały się znacznie skromniejsze i mniej satysfakcjonujące.

Detektyw w Arkham City

Zaletą otwartej struktury gry stały się misje poboczne. Batman może natknąć się na zestaw powiązanych ze sobą mniejszych historii prowadzących go do innych postaci znanych z kart komiksów. Każdy z tych wątków różni się znacznie i trudno tu o nudę, o ile grający nie zdecyduje się podążać bezpośrednio za każdą z tych historii. W takiej sytuacji zaczyna wkradać się monotonia. Każdy z takich rozpraszaczy bazuje na jednej mechanice znanej z wątku głównego. Czasem jest to badanie miejsca zbrodni, innym razem szukanie źródła sygnału.

Działa to dobrze i pozwala pobawić się nieco dłużej batgadżetem, który akurat zainteresował grającego najbardziej. Doceniam, iż nie jest to jedynie kilka różnicy obiektów do podniesienia, tak jak bywa i dziś w grach z otwartym światem, ale podążanie jednym wątkiem pokazuje, iż jest to miecz obosieczny i wielokrotne powtarzanie tej samej aktywności powoduje monotonię. Warto dać się rozproszyć co jakiś czas, ale warto pamiętać, iż znaczniki te mają być tylko odświeżeniem od głównej zabawy.

Nie można tego powiedzieć o zagadkach Riddlera, które wróciły tu z pierwszej części. Tam miałem ogrom zabawy, zbierając znaczniki i odkrywając naturę łamigłówek. Do tego w trakcie zwykłej rozgrywki i bez sięgania do internetu znalazłem większość. Arkham City jest już zalane zagadkami Riddlera do granicy absurdu. Czasem wchodziłem wręcz na jakieś przez przypadek. Gdy na takiej mapie zamieszczono 400 punktów tego typu, trudno uniknąć poczucia, iż rozstawiał je stażysta. Wiele z nich umieszczonych jest na mapie niemal obok siebie.

Przez ich liczbę, pomysły, które stoją za zagadkami, zaczynają w wyraźniejszy sposób się powtarzać. choćby jeżeli są bardziej urozmaicone niż w poprzedniku, to tu bardziej w oczy rzuca się ich jakość. Bardzo gwałtownie straciły dla mnie na znaczeniu, a szkoda. choćby jeżeli nie są w żaden sposób potrzebne do ukończenia wątku, to ten ciągle coraz bardziej poirytowany głos Riddlera nadawał dodatkowej narracji do całości.

Arkham City i brak poczucia progresu

Arkham City jest bezpośrednim następcą i widać, iż twórcy założyli, iż grający jest bardzo dobrze zapoznany z poprzednim dziełem. Przez to Batman natychmiast dostaje dostęp do zabawek z jedynki. Ma to swoje plusy. Nie czułem, iż zaczynam znów od nowa przez sztuczne cofanie zdolności bohatera, ale twórcy z Rocksteady Studios całkowicie nie poradzili sobie ze zgrabnym wpasowaniem grającego w buty postaci. Deweloperzy tak bardzo nie mogli się doczekać, pokazania swojego miasta, iż zapomnieli przypomnieć, co robi każdy z gadżetów i jak działa.

Brakowało mi jakiegoś wolniejszego wprowadzenia, bo gdy Bruce już założy strój nietoperza, to od razu wskakuje w wir wydarzeń. Dostrzegam jednak, iż część winy leży po mojej stronie. Zamiast najpierw podążać za znacznikiem, zboczyłem nieco z kursu. To jednak pokazuje, iż deweloperzy nie poradzili sobie do końca ze swobodą, którą mnie obdarowali. Do tego odniosłem wrażenie, iż same informacje odnoście batgadżetów są mniej czytelne w porównaniu do poprzednika.

Poza tym wszystkim jest także niedosyt nowych gadżetów w grze. Naturalne poczucie progresu z jedynki zniknęło. Nowe drogi otwierają się rzadko, bo już wszystko, co najważniejsze, mamy ze sobą. Nowości, które się pojawiają, nie są tak przewrotne dla rozgrywki, bo fundament już jest wystarczająco solidny. To, co nowego przypina Batman do swojego pasa, to zaledwie kilka bardzo sytuacyjnych przedmiotów. Do tego stopnia, iż korzystałem tylko z jednego poza wątkiem głównym.

Nawet posegmentowane i teoretycznie większe drzewko rozwoju postaci zaczęło wydawać się znacznie skromniejsze, gdy zacząłem wczytywać się w rzeczy, które odblokowują. W większości to próba rozwinięcia już istniejących funkcji w walce czy w skradaniu. Opcje te nie wpływały na rozgrywane w sposób, który byłby dla mnie odczuwalny. Zmiany to leniwe zwiększenie mnożnika obrażeń czy obrony z okazjonalnych rozszerzeniem wachlarza ruchów w walce.

Batman i inne znane twarze

Fabularnie Arkham City prowadzi Batmana w sidła najsłynniejszego klauna w historii popkultury. Joker jest zdesperowany przez chorobę toczącą się przez jego krew, a jak wiadomo, najniebezpieczniejsi są ci, którzy nie mają nic do stracenia. Motywuje on Batmana do pomocy… zarażając go tą samą chorobą. Detektyw rozpoczyna walkę z czasem, aby znaleźć lek dla siebie i swojego nemezis. To jednak nie jest jedynym powodem motywującym bohatera do szybowania nad ulicami Arkham City. Miasto to u podstaw ma swoje tajemnice. Projekt miasta-więzienia ma tajemnicze finansowanie i nieznany cel, za którym stoi ktoś jeszcze.

Kolejna ciężka noc Batmana odbija go między wieloma słynnymi bohaterami znanymi z Gotham. Osoby lepiej obeznane z historią postaci na pewno ucieszą się na widok nowych reinterpretacji bardziej i mniej znanych bohaterów. Sam jednak miałem często wrażenie, iż Arkham City było pretekstem, aby pomachać przed nosem jak największą liczbą postaci. Zdaję sobie sprawę, iż marudzenie na to jest trochę jak kłócenie się z konwencją adaptacji komiksu. Z drugiej strony spotykane w trakcie rozgrywki obiecująco zapowiadających się postaci tylko po to, aby ich później nigdy drugi raz nie spotkać, sprawia wrażenie marnowania potencjału.

Inne postacie grywalne w Arkham City

Gdy Batman ma większe kłopoty, wątek głównie kieruje gracza do rozrabiającej w swoim stylu Kobiety-Kot. Te kilka epizodów pozwala zbudować wrażenie, iż Arkham City to faktycznie żyjące miasto, a przygoda przemykającego między wieżowcami Nietoperza, to tylko jedna z historii w nim zawartych. Dodatkowo pozwala to docenić wygodę przemieszczania głównego bohatera. Kobieta-Kot jest postacią, która ma do dyspozycji inny wachlarz ruchów i musi mieć specjalnie przygotowane pod siebie poziomy bazujące na jej silnych stronach. Wypada to różnie. Sama walka jest raczej tym samym z nową gamą animacji, ale samo przemieszczanie się po mieście wypada mozolnie w porównaniu do Batmana. Epizody dają moment na wzięcie oddechu od głównego wątku. Kotka dopiero pokazuje pazur pod koniec gry, gdy w końcu miałem okazję się nią nieco skracać.

Drugą postacią grywalną jest dostępny w DLC Robin. Jego historia, choć dzielona na pół z jego mentorem, dzieje się już po wydarzeniach wątku fabularnego. Pomocnik Batmana jak się można spodziewać, jest bardzo do niego mechanicznie zbliżony. Robin wykorzystuje podobne narzędzia i choćby potrafi szybować na krótsze odległości, więc w założeniach jest to – tak jak Kobieta-Kot – pewna wariacja na temat postaci głównej. Na tyle bliska, iż bardzo łatwo od razu zacząć grać, ale na tyle inna, iż pozwala odetchnąć. Obie te postacie ponownie udowodniły mi to, co miałem w głowie przez cały czas zabawy. Gra najlepiej radzi sobie na mniejszych lokacjach niż w otwartym świecie. Wszystkie poziomy Robina i ten wspomniany ostatni poziom Kobiety Kot to zamknięte i sumiennie zaplanowane wyzwania, które pokazują grę w świetle zbliżonym do Arkham Asylum. Szkoda, iż to światło odbite i rozproszone od wieżowców Arkham City.

Podsumowanie

Granie w Batman: Arkham City 2026 roku jest doświadczeniem skrajnym. Z jednej strony próbowanie patrzenia na tę grę przez szkiełko kontekstu swojej epoki daje ciepłe odczucia projektu, który miał być pod każdym względem lepszy i większy. Czuć, iż gra to jeden z najbardziej naturalnych kolejnych kroków serii. W porównaniu do gier z epoki widać, jak wiele projekt ten oferował, i iż rynek nie był jeszcze tak przesiąknięty otwartymi światami.W momencie, gdy każda kolejna gra dodawała coś nowego do tego zamysłu, twórcy rozwijali wspólnie standard zabawy, który dobrze znamy dziś.

Z drugiej strony przez patrzenie z dzisiejszą perspektywą trudno nie odczuć tego, co dla wielu jest oczywiste w nowych grach – przestrzeń to nie zawartość. Rozwiązania przygotowane na potrzeby przygodowej pierwszej odsłony zostały przysypane ambicją pogoni za większym. Gdy po skończeniu gry sprawdzałem serwis HowLongToBeat, okazało się, iż obie gry można ukończyć w podobnym czasie. Znaczy to, iż Arkham City po prostu większość czasu spędza na samo przemieszczanie się między punktami. jeżeli samo miasto wydłuża rozgrywkę jedynie dla tych, którzy zechcą się w nim zgubić, to wyśmienicie, ale czy jednak mniej nie znaczy więcej.

Mimo dużego zapasu zaufania, Arkham City niestety potwierdziło moje obawy. Teraz patrzę w kierunku Arkham Knight. Choć moja twarz wykrzywia się w grymasie, wszyscy mnie uspokajają, iż to właśnie ta gra jest ukoronowaniem wszystkiego co dobre w tym cyklu. O tym jednak napiszę innym razem.


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

Idź do oryginalnego materiału