Wave Race 64 (1996) — N64

1 tydzień temu
Zdjęcie: Wave Race 64 (1996) — N64



Hydro-szaleństwo na Nintendo 64 – Wave Race 64 (1996)

Pamiętasz jeszcze te czasy, kiedy „kosole” liczyły się adekwatnie dwie: szaraczek z logo Sony i kanciak od Nintendo, który udawał, iż kartridże to wciąż jest dobry pomysł? W tym całym 3D-owym szale Nintendo postanowiło udowodnić, iż ich czarna skrzynka to nie tylko Mario w 3D i fioletowe dinozaury. Tak właśnie na scenę wjechało – a raczej wpłynęło – Wave Race 64. Gra, która na pierwszy rzut oka wygląda jak prościutkie wyścigi na skuterach wodnych, a po chwili okazuje się jedną z najbardziej grywalnych, uzależniających i technicznie imponujących pozycji ery N64.

„Jak pierwszy raz zobaczyłem fale w Wave Race 64, to się zastanawiałem, czy mi ktoś przypadkiem nie podmienił N64 na silnik z jakiegoś PC-towego demka.” – Rav

Jeśli wychowałeś się na polskich czasopismach pokroju Secret Service, Top Secret czy Świata Gier Komputerowych, to wiesz, iż jest pewien typ gry, którą określało się jednym słowem: „MIÓD”. Wave Race 64 to właśnie ten przypadek. Niby nic specjalnego, żadnych licencjonowanych zawodników, żadnego „Ultra Hyper Championship Edition” w tytule. A jednak działa tu magia Nintendo: dopieszczona mechanika, kapitalne sterowanie, konkretne tryby zabawy i TO uczucie, iż „jeszcze jeden wyścig i idę spać” – a kończysz o trzeciej w nocy.

Fabuła? Jaka fabuła – tu się leje woda, nie łzy

Zacznijmy od rzeczy, których w Wave Race 64 praktycznie nie ma – czyli fabuły. Nie ma tu dramatu rodem z anime, żadnej wielkiej ligi z przerywnikami w CG, nie ma też pseudo-realnych wątków o sponsorach, kontraktach i „pasji do sportu ekstremalnego”. Jesteś ty, są skutery (oficjalnie „jet ski”), paru zawodników o imionach generujących poziom charyzmy rodem z instrukcji obsługi, i seria turniejów do wygrania.

Ale w latach 90. nikt nie oczekiwał historii rodem z telenoweli od gry o skuterach wodnych. Liczyła się grywalność, fizyka, klimat i to, czy można przepchnąć kumpla w multi tak, by efektownie wylądował w wodzie. Wave Race 64 idealnie wpisuje się w ten stary, dobry model projektowania – mniej gadania, więcej ścigania.

„Fabuła? Wave Race 64 ma tyle fabuły, co instrukcja do bojlera. I chwała jej za to.” – Jaca

Tryby gry – od niedzielnego pluskania po hardcore’owe regaty

Wave Race 64, mimo iż wygląda niepozornie, ma całkiem treściwe menu. Główne danie to oczywiście tryb Championship, czyli seria wyścigów, gdzie ścigasz się o tytuł najlepszego jeźdźca wodnych odkurzaczy. Do tego dochodzą Time Trial, Stunt Mode i multiplayer na podzielonym ekranie. Brzmi standardowo? Pewnie. Ale tu ważne jest nie „ile”, tylko „jak”.

Championship – serce całej zabawy

Tryb Championship podzielony jest na trzy poziomy trudności: Normal, Hard i Expert. Każdy z nich nie tylko podkręca agresję przeciwników, ale też… przebudowuje trasy, zmienia warunki pogodowe i poziom wody. I to jest ten moment, w którym Wave Race 64 pokazuje, iż nie jest zwykłym „arcade racerem”, tylko czymś o klasę wyżej.

Na Normalu trasy są relatywnie proste, boje ustawione łagodnie, a woda uspokojona jak jezioro o świcie. Idealne na rozgrzewkę, naukę sterowania i zrozumienie, kiedy przyciąć zakręt, a kiedy nie pajacować. W Hard zaczyna się robić ciekawiej: boje są ustawione ciaśniej, wymuszają odważniejsze manewry i precyzję. A Expert? Tu już Nintendo nie bierze jeńców – fale szaleją, wiatr robi z wodą co chce, a ty masz wrażenie, jakbyś walczył nie tylko z przeciwnikami, ale i z samym żywiołem.

„Na Expert pierwszy zakręt źle wejdziesz i gra ci mówi: ‘Dziękuję, zapraszamy na tryb Normal.’” – Kapral

W ramach mistrzostw Twoim celem jest nie tylko dojechać wysoko w klasyfikacji, ale też nie zawalić przejazdu względem boi. Cała mechanika opiera się na slalomie: czerwone boje mijasz z jednej strony, żółte z drugiej. Każde poprawne minięcie dodaje ci punkt do wskaźnika „Power”, który zwiększa maksymalną prędkość skutera. Spalona boja – tracisz punkt. Pięć pomyłek i jesteś wycięty z wyścigu. To proste, ale cholernie satysfakcjonujące rozwiązanie, które nagradza precyzję i ryzyko.

Time Trial – po prostu ty, trasa i stoper

Tryb Time Trial to klasyka – jedziesz sam, ścigając się z czasem i ewentualnym „duchem” najlepszego przejazdu. Niby nic nowego, ale w Wave Race 64 to świetne laboratorium do nauki tras. Możesz na spokojnie testować nietypowe linie przejazdu, uczyć się wykorzystania fal do skoków i sprawdzać, gdzie opłaca się „przyciąć”, a gdzie lepiej odpuścić, żeby nie wylecieć z toru.

Tu też wychodzi genialna rzecz: każda trasa gra się inaczej w zależności od warunków wody, a te możesz zmieniać w ustawieniach. Chcesz przećwiczyć Dolphin Park przy spokojnym morzu? Jasne. A może ujeżdżać fale na Sunset Bay, gdy robi się prawdziwy sztorm? Proszę bardzo.

Stunt Mode – pokazówka dla publik teraz, dla YouTube’a wtedy, gdy YouTube jeszcze nie istniał

Stunt Mode to tryb, w którym Wave Race 64 trochę udaje Tony’ego Hawka na wodzie (choć Tony wtedy dopiero szykował się do desantu na konsole). Nie chodzi o zajęcie pierwszego miejsca, tylko o zdobycie jak najwyższego wyniku punktowego, wykonując efektowne triki i zaliczając punkty kontrolne.

Możesz skakać przez pierścienie, wykonywać salta, obroty, przysiady w locie – wszystko to na falach, skoczniach i rampach, które Nintendo sprytnie wbudowało w trasy. To tryb typowo „na pokaz”, świetny na imprezy: ktoś siada, robi kozacki przejazd, reszta patrzy i próbuje przebić wynik. Proste, szybkie, znów – cholernie grywalne.

„Stunt Mode to taki moment, kiedy Wave Race 64 mówi: ‘Wiem, iż i tak już wygrałem, ale patrz, co jeszcze potrafię.’” – Sieju

Multiplayer – split-screen, który ratuje imprezy

Era N64 to złoty czas split-screenów. Konsola miała cztery porty na pady, więc w teorii wszystko powinno wspierać czterech graczy. Wave Race 64, niestety (i trochę typowo dla wczesnych gier N64), obsługuje tylko dwóch jednocześnie. Ale to, co traci w liczbie, nadrabia jakością zabawy.

Wyścigi 1 vs 1 na falach, z fizyką wody, falami rozbijającymi się o brzegi i chaosem przy bojach to idealny materiał na „jeszcze jeden rewanż”. Możesz też wyłączyć przeciwników sterowanych przez konsolę, jeżeli chcesz czystego duelu. A jeżeli lubisz dodatkowo podkręcić atmosferę, nikt ci nie broni wprowadzić własnych „domowych zasad” – przegrywający robi herbatę, wygrany wybiera kolejną trasę. Standard.

„Nie pamiętam komu bardziej kibicowałem – sobie, czy temu, żeby kumpel widowiskowo wyleciał na fali.” – Gonzo

Fizyka wody – prawdziwy bohater tego programu

Teraz przechodzimy do tego, co z Wave Race 64 robi grę niemal kultową: silnik wody. Dziś, w dobie zaawansowanych shaderów i ray tracingu, możesz prychnąć pod nosem. Ale w 1996 roku to, co Nintendo zrobiło na N64, było zwyczajnie kosmiczne.

Woda w Wave Race 64 to nie jest płaski, niebieski dywanek z jakąś falującą teksturą. To żywy, dynamiczny element, który ma własną fizykę, rytm i wpływ na rozgrywkę. Fale narastają, rozbijają się, odbijają od brzegów, reagują na wiatr, a ty musisz to wszystko brać pod uwagę przy każdym zakręcie.

Kiedy wpływasz w falę pod złym kątem, dosłownie czujesz, jak skuter traci przyczepność i zaczyna skakać po wodzie. Gdy złapiesz idealny rytm, możesz wykorzystać fale jak rampy – skakać nad przeszkodami albo przeciwnikami. Płycizny, prądy, zmiany poziomu wody – wszystko to ma wpływ na to, jak prowadzi się skuter. To nie jest tylko bajer graficzny; to clue całej rozgrywki.

„W Wave Race 64 po raz pierwszy zrozumiałem, iż woda w grach może być czymś więcej niż niebieską teksturą. To był szok na miarę pierwszego 3D w Mario.” – Yas

Ciekawostka: gra pierwotnie miała być kontynuacją Wave Race z Game Boya, ale dopiero moc N64 pozwoliła twórcom pójść w pełen 3D z zaawansowaną fizyką fal. Legendy głoszą, iż Shigeru Miyamoto, który doglądał projektu, mocno cisnął zespół, by woda nie była tylko „ładna”, ale integralna dla gameplayu. Wyszło tak dobrze, iż jeszcze wiele lat później Wave Race 64 był (i w sumie przez cały czas jest) przywoływany jako wzór „jak robić wodę w grach”.

Sterowanie – proste, ale z tym „feelingiem”, który robi różnicę

Każdy, kto grał w Wave Race 64 dłużej niż 10 minut, wie jedno: ta gra steruje się obłędnie dobrze. N64 ze swoim „trójramiennym” padem i analogiem w środku idealnie nadawał się do tego typu tytułów. Ruchy kciuka przekładają się na reakcję skutera z taką płynnością, iż po chwili robisz ciasne nawroty przy bojach niemal odruchowo.

Masz gaz, hamulec, możliwość wychylania zawodnika do przodu i do tyłu (co wpływa na zachowanie maszyny na falach i zakrętach) oraz delikatne balansowanie na boki. I tu zaczyna się magia: proste wejście w zakręt to jedno, ale kiedy nauczysz się odpowiednio przyspieszać przed falą, odchylać się w locie i przyklejać skuter do wody po lądowaniu, gra wchodzi na zupełnie inny poziom.

„W innych wyścigach kręcisz analogiem. W Wave Race 64 tańczysz z analogiem.” – Gumiś

Co ważne, sterowanie jest bardzo czytelne choćby dla początkujących. Już po pierwszych kilku okrążeniach łapiesz podstawy. Ale gdy spróbujesz przejść na Hard czy Expert, nagle okazuje się, iż te same mechanizmy mają jeszcze głębię. To typowo nintendowski styl: łatwe do wejścia, trudne do wymasterowania.

Postacie i skutery – czterech jeźdźców… fal

Wave Race 64 nie próbuje robić z zawodników rockstarów, ale każdy z nich ma swoje własne parametry, wpływające na styl jazdy. Do wyboru masz czterech jeźdźców, którzy różnią się między sobą szybkością, zwrotnością i stabilnością. W praktyce jeden jest bardziej dla początkujących, inny dla technicznych świrów, a pozostała dwójka to kompromisy.

Masz więc:
– zawodnika uniwersalnego – dobry balans, świetny do nauki
– szybszego, ale trudniejszego w kontrolowaniu – idealny na czasówki i wyższe poziomy
– wolniejszego, za to stabilnego jak czołg na wodzie – dobry dla tych, którzy jeszcze walczą z falami
– wyścigowego wariatę, który potrafi robić cuda, jeżeli masz już rękę wyćwiczoną w Championship na Expert

Każdym z nich gra się odczuwalnie inaczej. To nie jest tylko kosmetyczna różnica. jeżeli przyzwyczaisz się do jednego stylu, przesiadka na innego zawodnika naprawdę wymaga kilku wyścigów adaptacji.

Trasy – od spokojnych zatoczek po sztormowe piekło

Lokacje w Wave Race 64 to mała galeria 3D-owych krajobrazów, które w połowie lat 90. robiły potężne wrażenie. Mamy tu zarówno sielskie plaże, jak i mgliste zatoki, porty pełne przeszkód oraz mroźne okolice z lodowymi klifami. Ale nie chodzi tylko o widoczki. Każda trasa ma swój charakter, swoje „numery” i pułapki, które poznajesz z czasem.

Dolphin Park – wodny plac zabaw

Dolphin Park to swoisty poligon treningowy. Słońce, spokojne fale, szerokie łuki. Idealne miejsce, żeby ogarnąć sterowanie, nauczyć się skoków i trików, a przy okazji zobaczyć jedną z najbardziej uroczych „atrakcji” gry – delfiny wyskakujące z wody obok trasy. Możesz nad nimi przeskakiwać, możesz je ignorować, ale zawsze dają +10 do klimatu.

„Dolphin Park to takie wodne Green Hill Zone – każdy tu zaczyna, każdy go pamięta.” – Łysy

Sunset Bay, Drake Lake i spółka – klimat, klimat i jeszcze raz klimat

Sunset Bay to klasyka: zachodzące słońce, ciepłe kolory, fale odbijające światło tak, iż aż ciężko było uwierzyć, iż to leci z kartridża. Trasa sama w sobie jest dość prosta, ale gdy podkręci się warunki pogodowe, zaczyna pokazywać pazur.

Drake Lake to totalna zmiana nastroju: mgła, spokojna woda, pomosty i boje ledwo wynurzające się z mlecznego horyzontu. Na pierwszych przejazdach masz wrażenie, jakbyś pływał po jakimś opuszczonym jeziorze widmo. Do tego zmieniający się poziom wody potrafi nieźle namieszać w ustawieniu boi.

Mamy też bardziej techniczne trasy jak Marine Fortress – pełne wąskich przejazdów, przeszkód, statków i muru, o który można się efektownie rozsmarować, jeżeli wejdziesz w zakręt zbyt optymistycznie. I wreszcie lodowe klimaty, gdzie nie tylko woda jest przeciwnikiem, ale też unoszące się bryły lodu.

Każda trasa jest zaprojektowana z zegarmistrzowską precyzją – nic tu nie jest przypadkowe. Ustawienie boi, fale, przeszkody, wiatr – wszystko gra w jednej orkiestrze.

Oprawa graficzna – N64 na pokazówce

Musisz pamiętać, w jakim czasie pojawiło się Wave Race 64. Mamy rok 1996, większość konsolowców dopiero co oswoiła się z brzydkimi, kanciastymi poligonami, a tu Nintendo wyjeżdża z wodą, która wygląda jak z innej planety. Jasne, dziś widać ograniczenia – tekstury są proste, tła trochę rozmazane, a zawodnicy to chodzące paczki poligonów. Ale wtedy?

Fale są półprzezroczyste, widać, jak światło się na nich załamuje. Woda nie jest jednolita – ma różne odcienie w zależności od głębokości i miejsca. Silnik płynnie ogarnia całą tę dynamikę, a przy tym gra trzyma stabilną płynność animacji. Wyścigi są szybkie, kamera nie wariuje, a całość – jak na możliwości N64 – wygląda niesamowicie spójnie.

„To była ta gra, którą odpalasz znajomym i mówisz: ‘Patrz, to jest ta słynna 64-bitowa grafika.’” – Red.

Efekty cząsteczkowe, rozbryzgi wody, mgła, zachody słońca – to wszystko dodaje klimatu i autentycznie buduje wrażenie, iż nie ślizgasz się po teksturowanej tafli, tylko naprawdę rozbijasz fale skuterem. Kolorystyka jest żywa, ale nie jarmarczna, a design lokacji ma ten typowy dla Nintendo sznyt: lekko kreskówkowy, ale nie infantylny.

Muzyka i dźwięk – wakacje w głośnikach

Muzyka w Wave Race 64 idzie w stronę lekko syntetycznego, wakacyjnego, miejscami quasi-rockowego klimatu. Takie granie, które może nie trafi na twoją playlistę życia, ale podczas zabawy robi dokładnie to, co trzeba – pompuje adrenalinę, podkręca tempo, a przy tym nie męczy choćby przy dłuższych sesjach.

Każda trasa ma swój motyw przewodni, dodający jej charakteru. Sunset Bay brzmi ciepło i lekko, Marine Fortress jest bardziej dynamiczny, Drake Lake wpada w lekko tajemnicze tony. Kompozycje są chwytliwe, ale nie nachalne – po kilku godzinach gry łapiesz się na tym, iż w głowie gra ci właśnie jakiś motyw z Wave Race’a.

Efekty dźwiękowe to z kolei solidna robota: ryk silników, chlupnięcia, rozbryzgi, plusk wody, kiedy lądujesz po nieudanym skoku. Do tego głos komentatora („Power up!”, „Missed buoy!”), który z jednej strony dodaje klimatu telewizyjnej transmisji, a z drugiej potrafi nieźle wkurzyć, gdy po raz kolejny przypomina ci, iż źle wziąłeś boję.

„Ten komentator to taki wczesny streamer – zawsze musi ci wytknąć błąd, ale bez niego byłoby dziwnie pusto.” – Buki

Poziom trudności – Nintendo uśmiecha się na Normal, a potem wyciąga tasak

Wave Race 64 ma bardzo sprytnie zbalansowany poziom trudności. Zaczynasz w trybie Normal, wszystko wydaje się względnie proste – przeciwnicy nie są demonami prędkości, fale grzecznie falują, a boje ustawione są tak, iż da się je brać z dużym marginesem błędu. Idealne wejście dla nowych graczy.

Ale gdy przełączysz się na Hard, gra zaczyna pokazywać pazury. Przeciwnicy jadą jakby nagle przypomnieli sobie, iż walczą o złoto na olimpiadzie, fale rosną, a trasy zaczynają być bardziej wymagające technicznie. Musisz przestać jechać „jakoś”, a zacząć „konkretnie”.

A na Expert? Tutaj Wave Race 64 przypomina, iż pod ładną powierzchnią wody kryje się tsunami. Błędy są karane bez litości. Źle wzięta boja nie tylko kasuje ci „Power”, ale też potrafi kompletnie wybić z rytmu. Przy mocniejszych falach jeden nieudany skok może cię kosztować kilka pozycji. To już nie jest niedzielny relaks, to jest prawdziwy sport.

Żywotność – kartridż, który nie kurzy się na półce

Wave Race 64 nie jest grą z tysiącem trybów, unlocków i fabularnych wątków na 50 godzin. A mimo to potrafi zostać w konsoli na długie tygodnie. Dlaczego? Bo tu cała „żywotność” wynika z czystej przyjemności grania.

Masz:
– mistrzostwa do przejścia na wszystkich poziomach trudności
– czasy do bicia w Time Trialu
– triki do dopracowania w Stunt Mode
– multiplayer, który zawsze prosi się o rewanż
– i to uczucie, iż „da się to pojechać jeszcze lepiej”

Wave Race 64 to typowy przedstawiciel gier z lat 90., gdzie nie zasypywało cię zawartością, ale zachęcało do doskonalenia się w tym, co już jest. Niby tylko kilka tras, niby tylko czterech zawodników, niby prosty koncept… A jednak można w to grać tygodniami.

„Wave Race 64 to ten typ gry, która nie potrzebuje save’a na 40 godzin. Ona chce, żebyś wracał po 40 minut, ale regularnie.” – Mik

Miodność i grywalność – czyste złoto z domieszką soli morskiej

To, co w polskich magazynach z lat 90. określało się mianem „miodności”, Wave Race 64 ma w ilościach przemysłowych. Jazda po falach jest po prostu przyjemna. choćby jeżeli przegrywasz, choćby jeżeli spadasz z czołówki – i tak czerpiesz frajdę z samego sterowania, z czucia skutera, z walki z wodą.

Nie ma tu zbędnych dodatków, nie ma wypełniaczy. Każdy tryb ma sens, każda trasa jest charakterystyczna, każdy poziom trudności ma coś do zaoferowania. To gra, do której wraca się po latach i która wciąż „trzyma się” gameplayowo, mimo upływu czasu.

Wave Race 64 to też świetny przykład designu, który łączy przystępność z głębią. Dziecko może spokojnie bawić się w trybie Normal, jeżdżąc praktycznie jak mu się podoba. Weteran wyścigówek będzie ślęczał nad Time Trialem, próbując urwać setne sekundy z idealnie wyprofilowanych zakrętów na falach.

Ciekawostki z redakcyjnego archiwum

Żeby utrzymać klimat dawnych czasów, dorzućmy kilka smaczków i anegdot w sam raz na margines recenzji:

– Wave Race 64 to bezpośredni sukcesor Wave Race z Game Boya (1992), ale różnica między nimi jest tak duża, jak między tratwą a jachtem wyścigowym. Oryginał był prostą, dwuwymiarową gierką, zaś wersja na N64 to pełne 3D z zaawansowaną fizyką.
– Wczesne wersje gry miały bardziej futurystyczny klimat, z innymi designami skuterów i bardziej „arcade’owym” podejściem. Ostatecznie postawiono na pół-realistyczny styl, co wyszło grze na dobre.
– Nintendo chętnie wykorzystywało Wave Race 64 na pokazach i targach jako demonstrację mocy N64 – głównie właśnie ze względu na wodę.
– Kontynuacja, Wave Race: Blue Storm, pojawiła się później na GameCube, dorzucając jeszcze bardziej rozbudowane efekty pogodowe, ale wielu fanów wciąż uważa, iż to „szesnastka-cztery” ma lepszy „feeling” i bardziej zwarte, miodne trasy.

„Blue Storm był jak sequel dobrej kapeli – technicznie lepszy, ale w sercu i tak grał mi pierwszy album.” – Dred

Dlaczego warto wrócić do Wave Race 64 dziś?

W czasach, gdy większość współczesnych wyścigów tonie w mikrotransakcjach, sezonowych przepustkach i wymaganiach sieciowych, Wave Race 64 działa jak łyk chłodnej wody w upalny dzień. Wkładasz kartridż (albo odpalasz na legalnych reedycjach, jeżeli Nintendo akurat pozwoli), klikasz start i po minucie już pędzisz po falach.

Nie ma tu zbędnych komplikacji. Nie musisz grindować punktów, odblokowywać setek malowań, martwić się o „metę”. Jest ty, jest skuter i jest ocean poligonowych fal. I ta niesamowita, czysto growa satysfakcja, którą gry z lat 90. potrafiły generować bez tony dodatków i DLC.

Wave Race 64 starzeje się bardzo godnie. Owszem, grafika zdradza wiek – zwłaszcza modele postaci. Ale woda wciąż wygląda zaskakująco dobrze, a sama rozgrywka trzyma poziom, którego mogłaby pozazdrościć niejedna współczesna produkcja „na szybko” wrzucona do cyfrowych sklepów.

„Jakby ktoś dziś wypuścił Wave Race 64 w ładniejszej oprawie, z tym samym gameplayem, zgarnąłby pół sceny arcade-racerów.” – Rysiek

Podsumowanie – klasyk, który zasłużył na swoje miejsce w panteonie N64

Wave Race 64 to podręcznikowy przykład tego, jak w latach 90. robiło się gry na miarę „system sellerów”. Nie jest może tak ikoniczny jak Super Mario 64 czy Zelda: Ocarina of Time, ale w swojej kategorii – arcade’owych wyścigów – to absolutny top.

Rewelacyjna fizyka wody, miodne sterowanie, kapitalnie zaprojektowane trasy, sensownie dobrane tryby, bardzo dobrze zbalansowany poziom trudności i audio, które nie męczy – wszystko to składa się na produkcję, która zasługuje na miano klasyka. I to nie „klasyka z litości”, tylko takiego, do którego naprawdę warto wrócić.

Jeśli masz gdzieś w szafie Nintendo 64 i kartridż z Wave Race 64, odkurz to żelastwo. jeżeli nie – wypatruj, czy Nintendo nie dorzuci tej perełki do którejś z usług retro. Bo są gry, które warto znać „z historii”, i są takie, które po prostu trzeba zagrać. Wave Race 64 zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.

„Wave Race 64 to gra, którą spokojnie można by włączyć w muzeum gier z podpisem: ‘Tak się robi czystą grywalność.’” – Szaman

Ocena końcowa

Miodność / Grywalność: ★★★★★☆ (6/6 po staremu)
Świetne sterowanie, genialna fizyka wody, kapitalny flow wyścigów. To ten typ gry, w którą „na chwilę” grasz dwie godziny.

Video: ★★★★☆
Jak na N64 – klasa sama w sobie. Woda robi robotę, trasy są różnorodne i klimatyczne. Modele postaci trochę się zestarzały, ale przez cały czas daje radę.

Audio: ★★★★☆
Chwytliwe, klimatyczne kawałki, dobre efekty, charakterystyczny komentator. Bez fajerwerków, ale solidnie i z klimatem.

Trudność: ★★★★☆
Od bardzo przystępnego Normal po bezlitosny Expert. Idealny stopniowany próg wejścia – dla wszystkich coś falkowego.

Ogólnie: ★★★★★☆
Jeden z najważniejszych tytułów pokazowych N64 i zarazem jedna z najbardziej „miodnych” gier wyścigowych lat 90.

Dane techniczne

Platforma: Nintendo 64
Rok wydania: 1996 (JP/US), 1997 (EU)
Producent / Wydawca: Nintendo / Nintendo
Nośnik: Kartridż N64
Liczba graczy: 1–2 (split-screen)
Tryby gry: Championship, Time Trial, Stunt Mode, VS
Wymagania sprzętowe: Konsola Nintendo 64, jeden pad (zalecane dwa do multi)
Poziom brutalności: Minimalny – zero przemocy, maksimum chlapania wodą
Poziom trudności: Średni → Wysoki (na Expert)
Żywotność: Wysoka – idealna „gra do wracania”, szczególnie w multi i na Time Triale
Język: Angielski (proste menu, zrozumiałe choćby bez znajomości języka)

Redakcyjna dymka:
„Jeśli kiedykolwiek chciałeś sprawdzić, jak to jest walczyć z żywiołem na skuterze wodnym, ale bez ryzyka zalania piwnicy – Wave Race 64 to najbezpieczniejsza, a przy tym jedna z najbardziej frajdodajnych opcji w historii gier.”

Idź do oryginalnego materiału