
Padł jeden z ostatnich bastionów niezdecydowania, niedopowiedzenia, dawania szans i przymykania oczu – pewne jest to, iż teraz trzeba być bezwzględnym, stanowczym i konkretnym.
To jest mini-rewolucja. Goodreads, portal i aplikacja służąca do oceniania książek (ale też pamiętniczek, w którym zapisuje się to, co się czytało), zmienił sposób wystawiania not. Dawniej użytkownik po prostu wręczał gwiazdki – od jednej do pięciu, w zależności od tego, jak bardzo podobała mu się lektura. Teraz może dokładniej przekazać, co ma na myśli, podsumowując swoje wrażenia werdyktem 3,25 bądź np. 4,5.

Kiedy zaczynałem korzystać z aplikacji faktycznie miałem wrażenie, iż system zbyt ogranicza recenzenta. Każdy doskonale wie, iż jest różnica pomiędzy tróją na szynach a trójką z plusem. Jedna ocena to efekt litości, druga to mimo wszystko gest docenienia – było blisko, prawie się udało, jeszcze czegoś zabrakło, więc próbuj dalej. W aplikacji trója to trója, bez niuansów. Dlatego niektórzy użytkownicy doprecyzowywali swoje recenzje, zaznaczając, iż tak naprawdę chcą dać 2,5 gwiazdki lub 4,75. Pełna gwiazdka to za mało, bo przecież zawsze jest jakieś „tak, ale…”.
Może to tylko głupia przekora, by stać się pingwinem z mema i z naburmuszoną miną stwierdzić: „teraz to ja nie chcę precyzyjnych ocen”. Ale może ten system rzeczywiście nie był aż tak zły. Parę razy złapałem się, iż zastanawiając się nad tym, czy książka zasługuje bardziej na dwie czy trzy gwiazdki, po prostu odpuszczałem i nie oceniałem jej w ogóle. Uciekałem od krytyki, dochodząc do wniosku, iż w sumie to przeszkadzająca rzecz to tylko moje wrażenie i nie powinna zaburzać obrazu innym. Być może więcej użytkowników miało podobnie, co przekładało się na spadającą liczbę not, przez co aplikacja służąca właśnie temu zaczęła wyglądać blado? Jednocześnie pozytywne emocje podbijałem. Faktycznie tytuł zasługiwał raczej na 4,5 lub 4,75, ale niech będzie – 5!
To z perspektywy wiarygodności serwisu też nie było najlepsze. Moja hojność musi oznaczać, iż gdzieś w ekran klikał ktoś postępujący zupełnie odwrotnie. Zakładając, iż równowaga istnieje, moje krytyczne przeciwieństwo w identycznej sytuacji uznawało, iż piątka to jednak za dużo i czwórka musi wystarczyć. Tak, owszem, 4,75 czy choćby 4,99 wyrażałoby to bardziej – ale cóż zrobić! Trzeba postępować zgodnie z własnym sumieniem i dać tylko czwórkę, która nie do końca odpowiada realnym zachwytom.
Pokusa uporządkowywania, zamykania wszystkiego w liczbach, bardzo dokładnych i precyzyjnych, chęć wyciągnięcia z było nie było subiektywnych opinii obiektywnego podsumowania towarzyszy nam od dawna. Sam pamiętam, ile nerwów, komentarzy i dyskusji potrafiła wywołać zbyt niska lub wysoka ocena w piśmie o grach; niektóre werdykty choćby po latach pamiętane były bardziej niż sama oceniana produkcja.
W obcym mieście prędzej wejdę do knajpki, która ma notę 4,1 niż 3,9. Czy rzeczywiście hotel z opinią 8,3 jest dużo lepszy od tego z 8,1, mimo iż to ten drugi ma lepszą lokalizację? Nie wiem, ale ten lepiej oceniany i tak przekonuje mnie bardziej.
Z jednej strony to nic nowego, ale z drugiej – presja narasta
Ironiczni komentatorzy będący ponadto szydzą, iż każdy musi mieć swoją opinię o filmowej i serialowej „Lalce”. Oczywiście w tego typu wpisach chodzi głównie – wyłącznie? – o to, aby pokazać, iż jest się nieczułym na podniety tłumu i autor jako ostatni z ostatnich nie podąża za resztą stadka, ale trzeba przyznać, iż choćby w tych złośliwościach kryje się coś więcej niż tylko ziarenko prawdy. Zresztą samo krzyczenie, iż ktoś wypisuje się z tej gry, bo jego „wcale a wcale to nie obchodzi, słyszycie?” też jest dowodem na presję. Trzeba zająć stanowisko. Jakiekolwiek, jak najszybciej.
Nie ma się czemu dziwić. Dziś oceniane jest wszystko. Zakupy w sklepie, sen, podróż pociągiem, spacer, pokój w hotelu, aplikacja do odbierania paczek, sam odbiór paczki, a później to, co w niej się znalazło. Tylko czekać, aż po wciśnięciu jednej lub pięciu gwiazdek czy serduszek pojawi się komunikat pozwalający ocenić sam proces wręczania oceny.
Wszystko jest doświadczeniem wymagającym podsumowania. Na chłodno, liczbami bądź symbolami. Rzetelnie, obiektywnie, ale też – mimo wszystko, to wcale się nie wyklucza – od serca i jak najbardziej szczerze. Jednocześnie jest się oceniającym jak i ocenianym. Przebiega to bardzo płynnie i często niewidocznie, możliwe, iż te dwie role odgrywane są niezależnie w tym samym czasie.
Coraz częściej nie zawsze choćby wie się, co jest poddawane ocenie, ale i tak się ocenia – jak przy kasie samoobsługowej, kiedy nie pewności, czy recenzuje się cały sklep, jedną alejkę, z której wzięliśmy płatki, a może konkretnego pracownika, który czymś nam podpadł albo zachwycił serdecznością. Nie jest jasne, czy ocena opisze sieć czy zarządzającego daną placówką kierownika, o którym nie ma się bladego pojęcia. Werdykt trzeba wydać, jeden za drugim, nie mając świadomości konsekwencji.
Biorąc to wszystko pod uwagę, zmiana na Goodreadsie to drobiazg. Ale jakże symboliczny! choćby oni w końcu, po latach, musieli się poddać. Wygrała chirurgiczna precyzja – taka powinna być dziś ocena, biorąca pod uwagę choćby najdrobniejsze szczegóły. Trzeba się zastanowić, przemyśleć – czy jednak choćby 3,5 to nie za dużo, czy palec nie powinien zatrzymać się przy 3,25?
Tylko ktoś bardzo naiwny mógłby uznać, iż mnogość okazji do oceniania sprawi, iż w końcu uznamy: dość, wystarczy, już zbyt długo byliśmy sędziami i krytykami, czas odpocząć. Nic z tego. Wręcz przeciwnie: wchodzimy w ocenianie jeszcze głębiej. Wymaga się poświęcenia jeszcze większej uwagi, aby nota była dokładniejsza, lepiej opisywała nasze uczucia.
Ocenianie zawsze było ważne, ale może nigdy nie było aż tak ważne
Przecież cała afera z pizzą Książula jest też o tym. Owszem, wypomina się internetowemu twórcy złamanie słowa i niekonsekwencję, ale boli sam fakt, iż symbol Muala, który niespodziewanie pewnie choćby dla samego Książula stał się aż tak prestiżowy, uległ niespodziewanej dewaloryzacji. Jeszcze niedawno coś znaczył, zaszczyt zarezerwowany był dla nielicznych, tych najbardziej zasłużonych. To był pomnik, który teraz, w momencie zdrady, można obalić. Przed momentem jeden z restauratorów odlepił prestiżową naklejkę jak zwykłą wlepkę przyczepioną przez wandala. Wyczuł nastroje społeczne. To w końcu już nie wyróżnienie, a hasło rzucające się w oczy w każdej Żabce, wystające coraz częściej z kontenerów i koszy na śmieci. A my chcemy, żeby ocena miała wartość, coś za nią stało.
Jeżeli ulubiony twórca pokazuje kciuk w górę to tylko dlatego, iż naprawdę coś mu się podoba, a nie dlatego, iż mu się to opłaca. Jest trybunem ludu, więc musi być świadomym ciążącej na nim odpowiedzialności – sami ludzie wybrali go, by mówił co jest dobre, a co złe. Co za tym idzie, nie można go kupić, a on nie może się sprzedać. A przynajmniej nie powinien.
Sami chcemy mieć tego namiastkę, chcemy też coś znaczyć: jeżeli już coś oceniamy, to konkretnie, przekazując swoje myśli w pełni, bez pozostawienia wątpliwości. Dlatego książka jest na 2,75, a nie na nic niemówiące trzy gwiazdki!
W aferze z Książulem zaskakujący był motyw zemsty
W komentarzach, pół żartem, pół serio, niektórzy zauważali, iż teraz restauratorzy skrzywdzeni wcześniejszą krytyczną oceną ich hamburgerów, kebabów, zapiekanek czy innych dań powinni w ramach odwetu rzetelnie ocenić mrożoną pizzę youtubera, nie zostawiając na niej suchej nitki. Oto przyszedł czas zemsty! Zresztą sam Książulo na swoim filmie wyznał, iż to nieco dziwne uczucie – teraz to jego produkt będzie oceniany, więc znajdzie się po drugiej stronie. Spełniła się przestroga: nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Za późno, pizza trafiła do lodówek.
To pragnienie odwinięcia się też sporo mówiło. Podszepty, kierowane choćby w stronę sław, zachęcające do stanięcia przed kamerą i zatuszenia się w szczytnym celu, jakim jest rewanż. Przestało mieć znaczenie, czy tamta opinia Książula pod adresem danej knajpy była zasadna, czy nie – liczyło się tylko to, iż można było dokonać symbolicznej zemsty. Jakby podświadomie oczekiwano, iż na każdego musi przyjść pora.
A może ludzie doskonale zdają sobie sprawę, iż te wszystkie oceny, które tak regularnie musimy wystawiać, oceniając wszystko dookoła, tak naprawdę kilka znaczą. Są iluzją. Sprytną sztuczką, która pozwala wierzyć, iż na coś mamy wpływ. I rzeczywiście opinie mogą być wykorzystywane jako kara, ale znacznie częściej odnosimy wrażenie, iż i tak nic się nie zmienia. choćby jeżeli ktoś dostanie po kieszeni, to czy w ten sposób rozprawimy się z problemem?
Dopiero momenty kryzysowe, kiedy pomnik się chwieje, dają okazję do odwetu. Dopiero wtedy oceniany może naprawdę stać się oceniającym i mieć w końcu realny wpływ. Teraz wszystkie te zrywy – odrywanie naklejek, recenzje pizzy mniej lub bardziej pochlebne – wpłyną na postać youtubera. Musiały się jednak wytworzyć bardzo specyficzne okoliczności, aby sędzia był sądzony. Wcześniej nie mieliśmy takich narzędzi. I przeważnie nie mamy. Czy łapka w dół coś znaczy? Raczej nie.
Pewnie za miesiąc o całej aferze nikt nie będzie pamiętał, a kiedy kurz opadnie, być może niektórym pizza zacznie choćby smakować. Ale może nie? Tego jeszcze nie wiemy.
Pozostanie pokusa oceniania. A okazji do precyzyjnych werdyktów przybywa, co pokazuje zmiana na Goodreads. Pokusa? Nie. Konieczność.

















