CD-Action EXPO 2026 okiem Pograne, czyli wrażenia z imprezy!

17 godzin temu

W miniony weekend Łódź na dwa dni stała się stolicą polskiego gamingu za sprawą CD-Action EXPO 2026. Postanowiliśmy uderzyć z pełną siłą i zebraliśmy połowę zespołu, by wspólnie celebrować 30-lecie kultowego magazynu i wycisnąć z tej imprezy, ile tylko się da. Byliśmy na panelach, rozmawialiśmy z branżą, ograliśmy większość „indyków” i dorzuciliśmy do kolekcji kolejne gadżety. Przeszliśmy tysiące kroków, pochłonęliśmy stanowczo za dużo śmieciowego jedzenia i wypiliśmy o kilka Monsterów za dużo. Czy było warto? Jeszcze jak! Zapraszamy na podsumowanie.

Spis Treści

  • Ogólne wrażenia
  • Stoiska
  • Panele
  • Wspaniałe indyczki
  • Elementy na minus
  • Podsumowanie

Ogólne wrażenia

Najlepszym podsumowaniem będzie to, iż zaledwie kilka dni po wydarzeniu wszyscy w zespole po prostu za nim tęsknią. I wcale nie chodzi tu tylko o własne towarzystwo. Każdy z nas znalazł na 30-leciu CD-Action coś dla siebie: gry, panele, interesujące stoiska czy po prostu ludzi o podobnych zainteresowaniach. Mimo pewnych uwag całościowo było to dla nas prawdziwe święto. Mogliśmy sprawdzić nowe produkcje, posłuchać ludzi z branży i przybić dziesiątki piątek. W ten sposób dałoby się opisać wiele imprez, ale tutaj wyraźnie czuć było to specyficzne „coś”, co decyduje o pełnym zadowoleniu.

Na tegorocznej edycji tego „czegoś” zdecydowanie nie brakowało. Nikt nie pytał, ile to jeszcze potrwa, nie narzekał na małą liczbę atrakcji, nudne wykłady czy brak ciekawych gości. Wręcz przeciwnie, każdy z tych elementów został godnie przygotowany przez organizatorów. Atrakcji było na tyle dużo, iż mimo sporego składu redakcyjnego nie udało nam się zajrzeć wszędzie. Pozostał osobisty niedosyt wynikający wyłącznie z ograniczeń czasowych, bo fizycznie nie dało się być w kilku miejscach naraz. Zdecydowanie lepiej jednak czuć taki niedosyt, niż zacząć się nudzić po kilku godzinach. Tutaj nie było na to miejsca – każdy chciał więcej i wyciągnął z imprezy, ile fabryka dała, aż do samego końca.

Marek:

Jako iż to już moja druga edycja CD-Action EXPO, mniej więcej wiedziałem, czego mogę się po tym wydarzeniu spodziewać, choć tegoroczna edycja była odwiedzona już faktycznie w roli „mediów”. Znowu, podobnie jak rok temu, poczułem się jak na Gambleriadach w latach 90. ubiegłego wieku — tylko oczywiście trochę starszy, ale z tym samym błyskiem w oku, bo pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. jeżeli chodzi o liczbę atrakcji dostępnych w tym roku, mam wrażenie, iż było ich rzeczywiście więcej niż rok temu. Nie zabrakło też piątek zbijanych ze znajomymi z branży oraz z osobami, z którymi nawiązałem pozytywny kontakt na ostatniej edycji, bo to jeden z tych elementów, które zawsze towarzyszą tego typu wydarzeniom.

Ogromnym zaskoczeniem okazała się natomiast strefa, a adekwatnie strefy poświęcone grom indie. Faktycznie było ich więcej i było na czym zawiesić oko: Verho (Kasur Games), Death Pong (Circle of Rats), Inconceivable Rat Endeavour (Seven Rats) i wiele innych. Zawsze niezmiernie cieszy mnie rozmowa z tymi ludźmi, bo to właśnie podczas niej widać, ile serca i pasji wkładają w swoje projekty. W zeszłym roku tych stoisk było moim zdaniem mniej, więc mam nadzieję, iż ta tendencja wzrostowa się utrzyma. W dzisiejszych czasach to właśnie indyczki są często grami, które wybijają się poza excelowe schematy, i w tym tkwi cała magia. Oczywiście podobnie jak w zeszłym roku można było zagadać niemal każdą osobę z CD-Action, przybić piątkę i po prostu pogadać o niemal wszystkim, co dodawało całemu wydarzeniu sporo uroku.

Marcin:

Choć branżowych imprez w Polsce nie brakuje, tegoroczne CD-Action EXPO było dla mnie wyjątkowe – pojawiłem się tam jako debiutant. I wiecie co? Wyjeżdżałem z poczuciem, iż z wielką chęcią za rok tam wrócę. Na miejscu czekała na nas ogromna liczba atrakcji: przedpremiery, strefa retro, konkursy i stoiska z merchem, które kusiły każdego kolekcjonera. Choć zegarek nieubłaganie odliczał minuty i nie sposób było być wszędzie, to nie zawartość hal zrobiła na mnie największe wrażenie, a klimat.

Gdybym miał opisać przestrzeń targową jednym słowem, byłoby to: różnorodność. Organizatorom udało się zbić w jednym miejscu skrajnie różne światy, które idealnie ze sobą współgrały. Z jednej strony ryk głośników i stanowiska z najnowszymi, wyczekiwanymi produkcjami, które można było ograć przedpremierowo. Z drugiej – nostalgiczna strefa retro, przy której serce każdego wychowanego na kineskopach gracza biło mocniej.

Jako osoba, która lubi fizycznie namacalne aspekty naszego hobby, z zachwytem obserwowałem też stoiska targowe. Miejsc, w których nasza domowa kolekcja growa mogła drastycznie się powiększyć, było bez liku. Od rzadkich wydań gier, przez gadżety, aż po unikalny merch – portfel nie miał lekkiego życia. Czas na halach płynął jak szalony i choć bardzo się starałem, logistyka wygrała: nie udało mi się dotrzeć w każdy zakamarek. Ale to, co zobaczyłem, udowodniło, iż CD-A EXPO to impreza robiona przez graczy dla graczy.

Stoiska

Chyba nikogo nie zdziwi, gdy napiszemy, iż stoisk było naprawdę sporo, a jeżeli ktoś się nie pilnował, to z łatwością mógł zostawić na nich całą pensję albo oszczędności. Choć część z nich była dość generyczna, bazując głównie na samym asortymencie, tak inne starały się wyróżnić ciekawymi dekoracjami czy przebraniami wystawców. Nie ma tu jednak złotego środka – wiemy, iż cosplay to świetna sprawa, ale spędzenie całego dnia za ladą w takim stroju to na pewno ciężka praca. Samo udekorowanie stanowisk działało za to bardzo pozytywnie i z miejsca przykuwało uwagę. Fani Gothica zdecydowanie nie mogli narzekać, bo ich strefa wyglądała tak, jakby ktoś żywcem wyciągnął kawałek Starego Obozu z gry. Piękna sprawa.

Stoiska to jeden z tych elementów, które budują klimat całego wydarzenia, a im większa różnorodność, tym lepiej. Cieszyło nas więc, iż na miejscu dało się upolować białe kruki, zobaczyć sprzęt retro w fantastycznym stanie i przeszukiwać setki pudełek w poszukiwaniu dobrych, niedrogich gier. Nie brakowało książek, komiksów, gadżetów, odzieży i masy innych rzeczy – szalików, czapek, medalionów i wielu, wielu innych. Na brak różnorodności zdecydowanie nie można było narzekać. Ponieważ słowa nie oddadzą w pełni tego klimatu, najlepiej będzie obejrzeć naszą wirtualną wycieczkę i przekonać się, jak to wyglądało na żywo. Z naszej strony zero zastrzeżeń – stoiska to absolutny top!

@pograneeu

Dziś coś nietypowego, coś innego i ale chcieliśmy nieco wyrwać się z klasycznego schematu. Zapraszamy Was na wirtualną wycieczkę pod CD-Action Expo, które odbyło się w miniony weekend. o ile z jakiegoś powodu nie mogliście tam być, to ten materiał chociaż na chwilę sprawi, jakbyście tak byli, a przynajmniej taką mamy nadzieję 😊. #cdaction #lodz #gaming #expo #virtual

♬ original sound – MOMO STUDIO – momostudiostd

Dawid:

Sporo tam było stoisk z merchem, grami planszowymi, retro (duh!) i oczywiście pokazami najnowszych gier od niezależnych twórców. Każdy znalazł tam coś dla siebie: łasuchy mogły spróbować czegoś dobrego, a pasjonaci uzupełnić swoją biblioteczkę o dodatkowe gry, konsole, książki i figurki. Sposobów by “przepierdzielić” kasę było sporo. Pragnienie dało się ugasić na stoisku Monstera, gdzie bez limitu wydawano kolejne napoje. Było też parę miejsc, gdzie można było wziąć udział w konkursach czy konkurencjach, dzięki czemu otrzymywaliśmy szansę na wygranie różnych nagród i gadżetów. Klasyk.

Marcin:

Oddzielny akapit należy się stoiskom, bo te były po prostu na wypasie. Dla kolekcjonerów to był prawdziwy raj – do kupienia było mnóstwo wspaniałych gier na prawie każdą platformę. Co do sprzętu, fani hardware’u też mieli w czym wybierać: od nowszych konsol po te starsze. Można było zgarnąć zarówno profesjonalnie odnowiony sprzęt, jak i kultowego, oryginalnego Game Boya. Do tego dochodziła tona pięknych figurek, w oko wpadała między innymi Miku, ale nie brakowało też Funko Popów czy pluszaków. Każdy, niezależnie od wieku, mógł znaleźć coś dla siebie. Poza typowo growym merchem trafiały się też stoiska nietypowe, jak na przykład to z serami. Jako iż uwielbiam wyroby mleczne, nie mogłem odpuścić takiej okazji i wpadłem na sporą degustację.

Oczywiście na CD-A EXPO nie przyjeżdża się tylko po zakupy, ale też po to, żeby pograć. Mnie udało się sprawdzić między innymi demko nowego Tsubasy, pograć w Smash Brothers oraz sprawdzić kilka innych tytułów retro. Bardzo miło było spędzić czas przy grach, wśród których oczywiście nie zabrakło też indyków. Jasne, gdzieniegdzie można było trafić na naprawdę ciężko i drogo wycenione gry – szczególnie wersje japońskie – ale ogólnie całą strefę oceniam na pozytywny z plusem.

Panele

Dla jednych panele i prelekcje to główna atrakcja tego typu imprez, dla innych zaledwie zwykły dodatek. My stanowczo należymy do tej pierwszej grupy. Szkoda tylko, iż nie daliśmy rady odwiedzić wszystkich punktów programu, które wpadły nam w oko, ale nie ma tego złego. Posłuchaliśmy Przemka z Cenegi opowiadającego o wydaniach pudełkowych, poznaliśmy mnóstwo smaczków zza kulis testowania gier od Jakuba Di, zobaczyliśmy na żywo LaserDisc u NRGeeka, a i nie zabrakło interesujących dyskusji stricte ze świata gamedevu. To wszystko działo się jednak na górnym piętrze, gdzie ulokowano cztery sale. Na dole zaś znajdowała się scena główna.

Tam z kolei wiele zależało od tego, co działo się dookoła, jaką formę oferowała dana atrakcja i ilu zgromadziła słuchaczy. Jak już wspominaliśmy, przez niefortunną lokalizację samej sceny czasami ciężko było czerpać pełną przyjemność z paneli, a słaba wentylacja tylko potęgowała to uczucie. Nie oznacza to jednak, iż zawsze było źle. Sobotnie otwarcie wypadło naprawdę dobrze, udało nam się posłuchać weteranów branży z różnych sektorów, dowiedzieć się nieco więcej o ekipie arhn.eu czy porządnie pośmiać w towarzystwie ludzi z CD-Action i NRGeeka. Trochę się tego zebrało. Nie można też zapomnieć o Mateuszu Witczaku, który z wielką klasą prowadził panele, zadawał trafne pytania i trzymał całe show na wysokim poziomie. Organizacyjnie trzeba to jednak w przyszłości podnieść o szczebel wyżej, aby dało się w pełni docenić to, co ma do zaoferowania główna scena.

Marek:

Nie będę ukrywał, iż zwykle panele na tego typu eventach są u mnie najwyżej na liście rzeczy do „odhaczenia”. Nie inaczej było tym razem, choć rzeczywistość gwałtownie zweryfikowała moje plany. Powodów było wiele, ale głównym okazała się lokalizacja sceny głównej — w rogu hali. To właśnie przez to część paneli zwyczajnie odpuściłem. Nie chodzi o to, iż były nudne albo nieciekawe, ale poza panelami otwierającymi dany dzień wydarzenia akustyka dawała się we znaki i po chwili, będąc na miejscu, po prostu zrezygnowałem i poszedłem porozmawiać z indie devami o tym, co dla nas przygotowali.

Zdecydowanie lepiej wyglądała sprawa paneli prowadzonych w salach konferencyjnych. Tutaj choćby mógłbym powiedzieć, iż było lepiej niż rok temu. Nie było opóźnień ani dziwnych sytuacji, takich jak prelegent siedzący na widowni własnego panelu, nieświadomy tego, iż to on ma go prowadzić — no chyba iż było to „zamierzone zagranie”. Zróżnicowana tematyka paneli sprawiła z kolei, iż miałem zagwozdkę, jak się „rozdwoić”, żeby zaliczyć ich jak najwięcej. Zdarzało się, iż urywałem się na ostatnie pięć minut jednego panelu, żeby przejść do kolejnego w sali obok. A jak zwykle najlepsze rozmowy z prowadzącymi pojawiały się już po zakończeniu panelu, pod salą, bo zawsze zostawało jakieś pytanie, które nie zmieściło się w przewidzianym czasie.

Dawid:

Tutaj muszę powiedzieć, iż byłem najbardziej usatysfakcjonowany, bowiem rozstrzał tematyki wszystkich prelekcji był naprawdę szeroki: przez popkulturę, gry wideo, tematykę retro, aż po gamedev. Co ważne, mówię tutaj o panelach odbywających się w salkach konferencyjnych. Te, które odbywały się w głównej hali nie wydawały mi się zbyt interesujące. Natomiast umiejscowienie głównych paneli w prawym rogu hali sprawiło, iż nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia.

Z tych paneli, w których brałem udział, zdecydowanie najbardziej przypadły mi te dotyczące gamedevu. Osoby z branży nie tylko opowiadały jak wygląda tworzenie gier od podszewki, ale też tłumaczyły na “chłopski rozum” dlaczego pewne rzeczy działają tak, a nie inaczej. Miło zapamiętałem też panel “Gamedevowe pogaduchy”, bardziej przypominający otwartą dyskusję, na której solowi twórcy gier niezależnych chętnie odpowiadali na pytania i rozmawiali ze słuchaczami.

Marcin:

Największym atutem imprezy okazał się jednak fakt, iż barierki między „twórcami” a „odbiorcami” adekwatnie nie istniały. Możliwość złapania ludzi z branży, zbicia piony z ekipą redakcyjną czy zamienienia kilku słów z Archonem i ekipą arhn.eu (którym po prostu zawsze muszę uścisnąć dłoń przy takich okazjach!) to jedno. Drugą, znacznie głębszą warstwą były panele dyskusyjne. Prelegenci poruszali tematy nieszablonowe i społecznie ważne. Ogromne wrażenie zrobił na mnie panel poświęcony cosplayowi, który pokazał tę pasję od kuchni, z całym jej technicznym i artystycznym skomplikowaniem.

Jednak momentem, który zapamiętam najmocniej, była dyskusja o tym, jak w branży gamedevowej radzą sobie osoby ze spektrum. Jako osoba z AuDHD, słuchałem tego z zapartym tchem. To szalenie istotny, a wciąż spychany na margines temat. Środowisko graczy i twórców jest pełne neuroróżnorodnych osób, a gamedev bywa dla nich środowiskiem zarówno pięknym, jak i niezwykle wymagającym.

Wspaniałe indyczki

Na tego typu wydarzeniu nie mogło zabraknąć produkcji niezależnych. Chyba nie było ani jednej gry spośród sprawdzanych przez nas, która nie przyciągałaby do ekranu. Od szczurka, któremu trzeba pomóc przejść przez planszę, poprzez pierdzące świnki, na sterowaniu przy użyciu bananów kończąc. Każdy projekt intrygował od pierwszych chwil i przyznamy, iż zupełnie się takiego poziomu nie spodziewaliśmy. Na stoiskach czuć było pasję i konkretny pomysł na siebie, a sami twórcy chętnie dzielili się z nami detalami. Przeprowadziliśmy serię miniwywiadów, które będziemy sukcesywnie udostępniać wraz ze szczegółami dotyczącymi poszczególnych tytułów.

Chcemy, aby wieść o tych grach poniosła się trochę dalej i czujemy się w obowiązku szerzej o nich opowiedzieć, stąd pomysł na realizację materiałów wideo. Dajcie nam tylko trochę czasu, bo to jednak format, w którym dopiero raczkujemy. Możecie być jednak pewni, iż postaramy się przekazać emocje, które sami czuliśmy podczas wizyty na EXPO. Czasami naprawdę kilka trzeba, aby znaleźć perełkę, a tych na tej imprezie zdecydowanie nie brakowało.

Dawid:

Ileż tam było indyków! A każdy inny od poprzedniego. I nie, iż różniły się od siebie tylko jednym elementem. Każde stoisko z grą przedstawiało zupełnie odmienny pomysł na rozgrywkę, koncept artystyczny czy sposób narracji. Część inspiracji było widocznych gołym okiem, ale naprawdę wiele z tytułów zaskakiwało pomysłem oraz wykonaniem. Szczególnie moje serce zdobyła gra No Touch, w której kontrolerami były… banany. Prosty koncept i interesujący pomysł na kontroler sprawiły, iż od gry nie sposób się było oderwać. interesujący wydawał się również projekt Hank: Drowning On Dry Land, w którym poznawało się losy superbohatera wzorowanego na Batmanie, ale będącego po suto zakrapianej nocy. A to zaledwie dwie z szeregu wielu oryginalnych gier, w które miałem okazję zagrać.

Zaskoczeniem były dla mnie również stanowiska z modami do gier, gdzie twórcy prezentowali prace i promowali swoje modyfikacje. Fanowski remake Vampire: The Masquerade – Redemption, zatytułowany Reawakened zaskoczył mnie tym, jak się prezentuje, szczególnie, iż działa na silniku graficznym Skyrima. No i nie sposób nie wspomnieć o fanowskim dodatku do Wiedźmina 3 o nazwie Revenge of Ofir, który po prostu urzeka skalą oraz włożonym w niego sercem.

Elementy na minus

Pewne obawy budziła sama lokalizacja. Zamiast zapowiadanej Atlas Areny impreza przeniosła się do hali EXPO. Choć sentyment podpowiadał, iż pierwotne miejsce byłoby lepsze, ostateczna miejscówka obroniła się całkiem nieźle, z jednym poważnym „ale”. Do dyspozycji było adekwatnie tylko jedno wejście, co bywało kłopotliwe przy próbie wydostania się z głębi głównej sali. Rozumiemy logistykę i kwestie bezpieczeństwa, jednak w pewnych momentach zaduch mocno dawał się we znaki.

Jeśli w przyszłości nie da się otworzyć więcej drzwi, warto pomyśleć o lepszej klimatyzacji lub skuteczniejszej cyrkulacji powietrza. Dla porównania na Pyrkonie większa liczba wyjść naturalnie ratowała sytuację, gdy na halach robiło się duszno. Na duży plus trzeba jednak zapisać fakt, iż mimo prostokątnego układu hali i tłumu uczestników, EXPO nie zamieniło się w zakorkowane piekło. Gdy ruch na chwilę gęstniał, zawsze dało się prześlizgnąć bokiem.

Kolejnym minusem była lokalizacja sceny głównej. Została ona usytuowana na samym końcu, w rogu hali. Niestety bliskość ściany sprawiała, iż dźwięk często ulegał zniekształceniu lub nie docierał do publiczności w naturalny sposób, zdarzały się również momenty uciążliwego buczenia. Samej przestrzeni dla widzów także brakowało, oprócz krzeseł ustawionych bezpośrednio przed sceną wolne miejsce znajdowało się adekwatnie tylko po lewej stronie. Rozumiemy specyfikę obiektu, jednak była to odczuwalna bolączka.

Marek:

Poza tymi elementami, które już wcześniej zostały opisane jako minusy, chciałbym wspomnieć jeszcze o trzech rzeczach, które mam nadzieję, w przyszłości się poprawią, bo nie wynikają one z samej lokalizacji.

Pierwszą z nich jest tak zwany „biforek”, czyli wydarzenie przygotowane dla osób, które zdecydowały się na zakup biletu VIP. Zacznijmy od chaosu informacyjnego, czyli braku spójnej informacji dotyczącej godziny zbiórki. Kilka dni przed wydarzeniem napisałem do redakcji z pytaniem, o której godzinie jest spotkanie, żeby zdążyć na wspomniany beforek wraz z oprowadzaniem po hali. Otrzymałem odpowiedź, iż zbiórka odbędzie się o 18:15. Ponieważ nie lubię się spóźniać, czekałem już pod wejściem około 18:05 — gdzie było już kilka osób — i gdyby nie przypadek, iż ktoś zauważył grupę ludzi w środku wraz z redakcją CD-Action, to najpewniej spóźnilibyśmy się na całe zaplanowane wydarzenie.

Drugą z nich jest catering – w tym roku, mimo iż wszystko wyglądało apetycznie, znowu większość rzeczy zawierała produkty mleczne, takie jak serki itp. Jako osoba z uczuleniem wolałem więc nie ryzykować. Szkoda, bo już w zeszłym roku zwracałem uwagę, iż warto byłoby jakoś oznaczać serwowane jedzenie.

Trzecią rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę, jest chaos informacyjny dotyczący mediów. Pomijam już choćby brak osobnej kolejki dla przedstawicieli mediów, choćby po to, żeby odebrać stosowną plakietkę. Najbardziej zabolał mnie fakt, iż w pierwszej połowie dnia media mogły korzystać z „VIP roomu”, chociażby po to, by na spokojnie rozłożyć sprzęt, coś napisać, zgrać materiały albo po prostu naładować akumulatory w aparatach. Ostatecznie część z nas korzystała po prostu z przestrzeni restauracyjnej. Pod tym względem w zeszłym roku rozwiązano to znacznie lepiej. Mam nadzieję, iż ten chaos wynika przede wszystkim ze zmiany lokalizacji z Atlas Areny na EXPO i iż w przyszłości zostanie to lepiej dopracowane.

Dawid:

Mimo iż wszystko działo się na stosunkowo małej przestrzeni, to dystans między stoiskami, salami konferencyjnymi i halą sprawiał, iż dostanie się z punktu A do punktu B, wydawało się ciągnąć w nieskończoność. Nie pomagał też brak klimatyzacji: w głównej sali momentami nie było czym oddychać — i to mimo otwarcia bocznych wyjść. Następnym razem wypadałoby to mieć na uwadze. Brakowało też jasnych informacji, gdzie znajdują się sale konferencyjne, więc ktoś, kto nie jest zaznajomiony z planami budynku, błądził, szukając tychże sal.

Był też spory chaos związany z kolejkami, gdzie sprzedawano bilety i odbierało się plakietki mediów. Stanie w jednej kolejce, by dowiedzieć się, iż osoba za ladą mnie nie obsłuży, to jedno, ale kiedy widzi się, iż ten sam człowiek minutę później jednak jest w stanie wydać plakietki komuś innemu, pozostawia niesmak.

Marcin:

Żeby jednak nie było tylko kolorowo – impreza miała też swoje minusy, które potraliły dać w kość. Największym problemem okazał się brak klimatyzacji, który potwornie męczył. Podczas paneli było to po prostu odczuwalne, ale na głównej hali szło się dosłownie udusić. Szczerze współczuję wszystkim osobom, które się tam wystawiały i musiały spędzić w takich warunkach cały dzień. Kolejna rzecz to chaos związany z miejscem do pracy. Paradoksalnie cieszę się, iż nie wziąłem ze sobą laptopa, bo po prostu ciężko by było cokolwiek zrobić, napisać post czy choćby wysłać zdjęcia. Wierzę jednak, iż był to chaos wynikający z nowego miejsca dla tej imprezy i w przyszłym roku będzie lepiej.

Podsumowanie

Ciężko to wszystko streścić, tam trzeba było po prostu być. Szkoda, i to wielka, iż impreza trwała tylko dwa dni – może jakiś maraton tygodniowy, taki gaming festival? My jesteśmy na tak! Chociaż pewnie serducho by nie pozwoliło, a zamiast krwi płynąłby Monster lub woda gazowana. Ludzie z CD-Action wraz ze wszystkimi zaangażowanymi wykonali kawał solidnej roboty. Tak, są rzeczy do poprawy, tak, jest potencjał na coś więcej, ale nikt z nas choćby przez chwilę nie żałował, iż z różnych zakątków Polski trafił właśnie do Łodzi. Biorąc pod uwagę memową opinię miasta, to już naprawdę wyczyn.

Do następnej edycji!


Jeżeli podobał Wam się materiał, to koniecznie dajcie znać na X (dawny Twitter), Bluesky, naszym Discordzie, Redditcie lub Fediverse.

Idź do oryginalnego materiału