Czarnoksiężnik w Diablo II – czy warto zagrać w Reign of the Warlock?

3 godzin temu
Zdjęcie: Czarnoksiężnik w Diablo II – czy warto zagrać w Reign of the Warlock?


Dodatek Reign of the Warlock trafił niedawno na konsole. Sprawdzamy, czy warto zainteresować się nową klasą w Diablo II

Bardzo nie lubię głośno mówić, iż za dzieciaka grałem w Diablo.

Od razu zza krzaka wyskakuje pan Mariusz, dziś już ponad pięćdziesięcioletni właściciel dawno zamkniętej kawiarenki internetowej i z rozrzewnieniem opowiada, jak wszyscy po lekcjach przychodzili do niego śmigać po battlenecie. Ze studzienki kanalizacyjnej wyłania się Bartek z trzeciej b i zaczyna historię o tym, jak raz wywujał ruskich na rzadkie runy, a tuż za nim wypełza pół klasy i zaczyna się nostalgia party o pierścieniach Manalda, najlepszych buildach na Baala, Paladynach, i ich młotkach.

Ja „po Battlenecie” nie grałem. W domu Internetu jeszcze nie było, jak pytałem o kasę na kafejkę, to matka groziła chochlą, a w sumie jedyny kompletny run na normalu ukończyłem na laptopie przyniesionym przez ojca z pracy, bo domowy komputer już w tamtych latach był eksponatem niemal muzealnym. Diablo i Diablo II były dla mnie doświadczeniami stricte osobistymi. Odkrywanie historii świata samemu, powolne i metodyczne przeczesywanie mapy, słuchanie każdego NPC po sto razy, okrzyki szczęścia jak w końcu udało się pokonać jakiegoś głównego bossa i łzy jedenastolatka, któremu gra dwa razy usunęła bohaterów w okolicach trzydziestego poziomu.

Piszę to, wspominam i zastanawiam się, czy tak naprawdę mam coś do powiedzenia na temat Reign of the Warlock, nowego „dodatku” do Diablo II: Resurrected, który wprowadza pierwszą od 25 lat grywalną klasę postaci. Wątpliwości mam, gdyż wracam do gry jako „casual”, który chce sprawdzić, czy nostalgia chwyci po raz drugi, dyskurs natomiast zdaje się być zdominowany przez weteranów, którzy patrzą na grę dziś o wiele chłodniej, bardziej analitycznie. Macie do tego zresztą prawo. Od ćwierć wieku bronicie wszak Sanktuarium, za to też należy się szacunek. Przestrzegam natomiast, iż więcej w tym tekście znajdziecie pseudo-auto-terapeutycznego rozliczenia z grą, a mniej informacji, które mogą konkretnie Was zaciekawić.

Pierwszą rzeczą, którą należy postawić jasno jest fakt, iż Reign of the Warlock to nie jest pełnoprawny dodatek do gry mimo swojej ceny około 100 złotych. W tej cenie dostaniecie nową postać – czarnoksiężnika – trochę nowych przedmiotów i słów runicznych, oraz szereg usprawnień rozgrywki takich jak osobne zakładki na klejnoty, runy i materiały w skrzynce, czy „kompendium” unikalnych przedmiotów, jakie znaleźliście podczas swoich wojaży. Całe pokolenie graczy zdążyło się urodzić i skończyć studia w czasie, jaki Blizzardowi zajęło dodanie tych (wielce pożądanych przez graczy) funkcji, tym bardziej więc boli, iż trzeba za nie zapłacić. Tak jest, posiadacze podstawowej wersji Resurrected przez cały czas muszą bujać się ze standardową skrytką, co jest – ujmując rzecz dyplomatycznie – dość wątpliwym ruchem dewelopera. Miło natomiast, iż o ile „dodatek” już posiadamy, możemy do niego przenieść nasze „stare” postaci.

Sam czarnoksiężnik (dodany jako swego rodzaju „zwiastun” tej klasy, która w kwietniu dołączy do Diablo IV wraz z dodatkiem Lord of Hatred) wygląda jak lepiej uczesany Karl Urban, gada jak nafurany koksu pod klubem i jest chyba najbardziej przystępną klasą dla nowych graczy. o ile nie wiesz, czy wolisz atakować magią, walczyć w zwarciu jak barbarzyńca, czy spełnić swoje marzenia o awansie na team managera jak nekromanta, czarnoksiężnik jest klasą dla ciebie, bo oferuje wszystkie trzy ścieżki rozwoju. Drzewko chaosu pozwala na szereg ataków dzięki ognia piekielnego lub magii pustki, drzewko demonów pozwala przyzywać znane z gry poczwary (jak chociażby kozłoludy) i im rozkazywać, z kolei drzewko wynaturzenia skupia się na walce w zwarciu, przeklinaniu przeciwników i zaklinaniu broni. Rozwijanie bohatera Diablo tylko w jednym z kierunków nie jest wprawdzie niczym nowym, po raz pierwszy natomiast miałem wrażenie, iż zależnie od obranej drogi, rozgrywka zmienia się tak diametralnie i ma się poczucie, iż gra się kimś zupełnie innym.

Przyznaję się bez bicia: Ani razu nie zostałem na chwilę, by posłuchać Caina, ale ukończyłem kampanię czarnoksiężnikiem na „normalu” i odczucia mam dość mieszane, bo była niesamowicie trywialna. Jasne, jestem trochę bardziej ogarnięty niż gdy miałem lat kilkanaście, ale wejście do Duriela, na którym nie muszę skorzystać z prawie żadnej miksturki trochę mnie zastanowiło. Szybka konsultacja z Internetami potwierdziła moje obawy: Czarnoksiężnik na chwilę obecną jest trochę zbyt przekokszony. To standardowa taktyka Blizzarda i wielu innych deweloperów, by nowe klasy postaci/bohaterowie byli bardzo mocni i zatrzymywały przy sobie nowych graczy, zastanawia mnie jednak zasadność tej strategii w przypadku dodatku, który raczej nie celuje w nowych graczy (no bo… bądźmy poważni), a do tego do gry, która swoją tożsamość buduje na tym, iż na sukces trzeba zapracować, a zdobycie dobrych przedmiotów jest rzadkością (szczególnie na niższych poziomach trudności). Poziom mocy Paladyna w Diablo IV miał sens o tyle, iż Diablo IV opiera się na błyskawicznym levelowaniu, trzech tonach lootu i optymalizowaniu buildu co 5 minut. To szybkie zastrzyki dopaminy, które napędzają kołowrotek. Diablo II z perspektywy designu powinno wymagać więcej i nagradzać surowiej, ale te nagrody z reguły dają wiele satysfakcji, gdy już na nie zapracujemy. jeżeli odejmiemy z tego motyw „pracy”, satysfakcja nagle ginie, bo zostaje nam banalna gra, która nic nie daje, nie nagradza więc ani psychologicznie, ani materialnie.

Ogrywając czarnoksiężnika, zdałem sobie niestety sprawę, iż o ile premiera Resurrected przed kilkoma laty była bardzo miłym powrotem w stare kąty, tak, za drugim razem, siła nostalgii już nie zadziałała tak dobrze. Owszem, do wszystkiego można przywyknąć, ale 25-letni silnik gry tym razem doprowadzał moją cierpliwość do granic, szczególnie na PS5, gdzie 8-kierunkowy system ruchu, nieintuicyjne menu i toporna walka nie wywoływały już uczucia „jej, jest tak jak kiedyś!” a raczej „słodki Baalu w mirabelkach, niech to się już skończy”. Nie pomogło zapewne, iż zdecydowałem się na build oparty na rozrzucaniu po mapie magicznych łańcuchów, które następnie należy przeciągnąć po piekielnych hordach biegając po mapie. Blokowanie się na otoczeniu, bohater rzucający zaklęcie gdzie chce, łańcuchy przerywające się o niemal każdy słup i pół spróchniałego konara… Powiedzmy, iż Diablo II: Resurrected nie zaszkodziłoby zmodyfikowanie kilku więcej rzeczy niż tylko oprawy graficznej.

Jaki jest więc mój ostateczny werdykt? Czarnoksiężnik potrafi dać trochę frajdy i na pewno jest ciekawą opcją, o ile każdą inną klasę ograło się już po sto razy, choćby jeżeli dla wyjadaczy będzie zbyt „noob-friendly”. przez cały czas jest tu sporo magii: tworzenie nowych słów runicznych, optymalizowanie buildu w Excelu, mroczny klimat. I jestem pewien, iż Resurrected jeszcze pożyje dzięki swoim lojalnym fanom. Ja natomiast chyba jestem gotów zamknąć ten rozdział i ruszyć w dalszą drogę. Jest taki moment, w którym po raz ostatni spotykasz się na piwo z kolegami z podstawówki, bo nie macie już sobie nic więcej do powiedzenia, a nie można wiecznie tylko wspominać minionych lat. Dziękuję, Diablo II.

Autor tekstu: Mateusz Jankowski

Oczekując na Czarnoksiężnika w Diablo IV: Lord of Hatred sprawdź również nasze wrażenia z grania Paladynem.

Paladyn w Diablo IV – Co wnosi i czy warto już teraz zagrać?

Pamiętajcie, iż znajdziecie nas również w mediach społecznościowych. Bardzo chętnie porozmawiamy z Wami zarówno na Facebooku, jak i w serwisie X (na dawnym Twitterze). Zapraszamy was również na nasz Discord.

Idź do oryginalnego materiału