Z Residentami mam osobliwą relację. Przez większość czasu nie poświęcam im choćby losowej myśli, ale gdy zbliża się premiera którejś odsłony - nieważne, czy to remake, czy zupełnie nowa część - bilans się praktycznie wyrównuje. Nie inaczej było i tym razem. Od początku roku nadrabiam/odkurzam całą serię, łącznie z "jedynką" na potrzeby felietonu, nie mogło także zabraknąć zahaczenia o moją ulubioną część czwartą. Wszak Leon Kennedy powraca, i to w części, która ma gigantyczne znaczenie zarówno dla przeszłości, jak i przyszłości IP. Przyjrzyjmy się zatem, jak Resident Evil Requiem poradził sobie ze sporą presją - którą zresztą Capcom sam sobie narzucił szumnymi zapowiedziami.