Nostalgiczny powrót na Dziki Zachód. Recenzja Red Dead Redemption po latach

2 godzin temu

Dla wielu graczy kolejność poznawania tej sagi jest odwrócona. Najpierw zakochali się w dopracowanym do granic możliwości świecie z 2018 roku, by dopiero teraz sprawdzić, jak kończy się ta opowieść. W Red Dead Redemption wcielamy się w Johna Marstona. To ten sam rewolwerowiec, którego w prequelu obserwowaliśmy jako młodszego członka bandy. Teraz, jako zmęczony życiem były bandyta, musi ścigać swoich dawnych towarzyszy na zlecenie rządu.

Ciąg dalszy westernowej epopei

Jeśli czytaliście naszą recenzję Red Dead Redemption 2, wiecie doskonale, iż tamta gra skupiała się na upadku ery kowbojów. W jedynce obserwujemy już tylko dogasające zgliszcza tego świata. Fabuła jest bezpośrednią kontynuacją wątków z prequela. John poluje na Billa Williamsona i Dutcha, czyli postacie, które w nowszej grze były nam bliskie jak rodzina. Daje to niesamowity efekt emocjonalny. To, co dla graczy w 2010 roku było tylko eliminowaniem celów, dla osób znających dwójkę staje się osobistym dramatem i domknięciem losów gangu.

Sam świat gry, choć mniejszy i mniej szczegółowy niż ten z przygód Arthura Morgana, wciąż ma swój niepowtarzalny urok. Nie znajdziemy tu co prawda tak zaawansowanych systemów symulacji życia czy polowań, o których wspominał Kornel w swoim tekście, ale klimat prerii wciąż potrafi zachwycić. Pustkowia wydają się bardziej surowe, a samotność bohatera jest tutaj znacznie bardziej odczuwalna.

Mechaniki, które gryzą piach

Niestety czas nie był łaskawy dla wszystkich aspektów rozgrywki. O ile system strzelania z mechaniką Dead Eye wciąż sprawia masę frajdy i przypomina ten z nowszej odsłony, tak inne elementy mocno się zestarzały. Największą bolączką jest sterowanie wierzchowcem. W RDR2 budowaliśmy więź z koniem i dbaliśmy o niego. Tutaj jazda sprowadza się do męczącego uderzania w przycisk pada, by utrzymać tempo galopu. Jest to szczególnie frustrujące podczas strzelanin z siodła, gdy palce muszą wykonywać akrobacje, by jednocześnie sterować, celować i przyspieszać.

Również oprawa graficzna to festiwal kontrastów. Krajobrazy i oświetlenie wciąż potrafią zauroczyć, szczególnie przy zachodzącym słońcu. Gorzej wypada mimika twarzy. Paradoksalnie główny bohater, John Marston, wygląda momentami gorzej niż postacie poboczne. Twórcy lata temu chcieli nadać mu szczegółowe rysy pełne blizn i bruzd, co przy dzisiejszych standardach wygląda po prostu nienaturalnie i brudno.

Czy warto znać historię Johna?

Mimo technicznych niedociągnięć Red Dead Redemption broni się jako dzieło kompletne fabularnie. Misje są różnorodne. Od pasterstwa i ujeżdżania koni, po epickie napady na pociągi i obronę dyliżansów. Nie brakuje też minigier jak poker czy kości, choć ich przydługie animacje mogą irytować niecierpliwych graczy przyzwyczajonych do nowocześniejszych rozwiązań.

Dla osób, które zachwyciły się Red Dead Redemption 2, poznanie tej historii jest pozycją obowiązkową. To brakujący element układanki, który nadaje sens poświęceniu Arthura Morgana. Należy jednak pamiętać, iż gra ma już swoje lata. Nie jest to sandbox na sterydach z 2018 roku, ale solidny klasyk, który położył podwaliny pod najlepszy western w historii gier. jeżeli przymkniecie oko na sztywną mimikę i sterowanie koniem, czeka was kilkadziesiąt godzin wciągającej opowieści o odkupieniu.

Idź do oryginalnego materiału